niedziela, 18 grudnia 2016

Gra fabularna w formie pisemnej


OGŁOSZENIE

Szukam graczy do gry fabularnej w formie pisemnej, rozgrywanej poprzez komentarze do notek – na jakiejś stronie, może być G+ lub FB, albo na blogu. Jeśli ktoś chciałby pograć, zapraszam. Przy trzech lub nawet dwóch chętnych moglibyśmy zacząć. W zasadzie gra solo też wchodzi w grę. Łatwiej będzie innym chętnym zdecydować się na dołączenie, gdy będą widzieli, że gra jest w toku.

JAK BĘDĘ PROWADZIŁ GRĘ

...jeśli do niej dojdzie.

  1. Będziemy grali poprzez komentarze do wpisów posuwających akcję do przodu. Gra na FB, G+ lub na blogu.
  2. Raczej powolne tempo. Przypuszczam, że jeden wpis posuwający akcję do przodu będzie co 2-4 dni. Komentarze będą częściej, jeśli będą jakieś akcje ze strony graczy.
  3. Wpisy posuwające akcję do przodu będą krótkie i treściwe. Komentarze również. Nie oczekuję opisów stanów emocjonalnych postaci, przedstawiania tego, co myśli itd. Oczekuję wyłącznie opisów działania lub planów, ewentualnie przedstawienia słów w rozmowach z bohaterami niezależnymi, choć długie dialogi raczej nie wystąpią i będę skłaniał się do streszczania ich w opisie.
  4. Korzystamy z mechaniki używając jej w komentarzach, jeśli to ułatwi grającym zrozumienie tego, o czym jest mowa. Przykładowo, zamiast zdania: “ściana jest niemal gładka i ciężko będzie się na nią wdrapać” będę zwykle uzupełniał (lub od razu zamieniał komentarz na) informację:żeby wejść na ścianę, trzeba wykonać test zręczności z modyfikatorem -8.” Testy tajne wystąpią wyłącznie w bardzo specyficznych sytuacjach i zawsze będę się z nich tłumaczył (najpóźniej w następnym wpisie posuwającym akcję naprzód), przedstawiając uwzględnione modyfikatory oraz powody zastosowania takiego testu. Nawet jeśli będzie wykonywany, gracz będzie poproszony o rzut kostką, więc zawsze będzie co najmniej wiedza o tym, że coś tam właśnie “tajnie” testuję.
  5. W grze na żywo pozwalam cofać akcje graczom, gdy zrobili coś w wyniku nieporozumienia lub złego zrozumienia opisu prowadzącego. Tym bardziej będę dopuszczał to w grze poprzez komentarze, bo nieporozumienia mogą się zdarzać. Nie jestem prowadzącym, który mówi: “powiedziałeś że tak robisz, to tak robisz – w nasŧępnym komentarzu możesz się cofnąć, ale teraz stało się”.
  6. Bez wahania zabijam bohaterów graczy. To znaczy nie mam przed tym żadnych oporów. Opowiastki o herosach biorących na klatę ciosy wroga, nabożny stosunek dla snutej opowieści czy postaci gracza – tego u mnie nigdy nie było i już raczej nie będzie. Szkoda mi czasu na podobne bzdury. Każdy odpowiada za to, co robi – zarówno bohaterowie graczy jak i prowadzącego.
  7. Żadna informacja nie jest tajna dla graczy, nawet jeśli bohaterowie się rozdzielają. Nie będę stosował wpisów dedykowanych dla jednej osoby. Rola w tym graczy, by odegrali niewiedzę postaci na jakiś temat, jeśli taka niewiedza wystąpi.

ZAŁOŻENIA

Zaczynamy grę w Europie w roku 1793 albo 1794, czyli w ostatnich chwilach istnienia Rzeczypospolitej. Proponuję zacząć na jej terenach. Dobry moment na to, by gracze – jako Polacy – zostali awanturnikami i ruszyli w świat, bo w domu nie ma czego szukać. Oczywiście można grać obcokrajowcem. (Gdyby ktoś chciał zagrać nie-człowiekiem, nie musi wybierać narodowości). Końcówka XVIII wieku daje niewielkie możliwości jeśli chodzi o eksplorację terenu (chyba że gracze udadzą się na inny kontynent), więc na ten element nie będę w ogóle kładł nacisku. Postaram się robić jakieś mapki heksowe, ale od razu odkryte i dostępne dla wszystkich. Coś jak w Warhammerze, jeśli ktoś zna i pamięta, jak tam było. Wiedza historyczna o epoce nie jest wymagana. Ja też nie jestem znawcą, choć nie jest z tym źle. Będziemy uczyli się o epoce w trakcie gry, dzięki niej samej.

Bohaterów tworzymy w oparciu o oryginalne D&D z 1974 roku (z możliwością przejścia na AD&D gdyby nie odpowiadał nam minimalizm oryginału). Gramy w D&D, więc podziemia, magia oraz inne rasy istnieją, dostępne także dla graczy (choć jeśli gracz zdecyduje się np. grać elfem, to będzie prawdopodobnie jedynym podróżującym elfem w Europie). Krótko mówiąc obce rasy i magia są ściśle związane z podziemiami i tam będą występowały normalnie, ale na “powierzchni”, w Europie - gramy w świecie historycznym.

Będę gotowy na rozpoczęcie rozgrywki w ciągu tygodnia-dwóch od zgłoszenia się graczy i skończenia tworzenia z nimi postaci (chciałbym je zrobić mailowo lub już na odpowiedniej stronie w komentarzach).

Zapraszam.

OGŁOSZENIE JEST AKTUALNE (grudzień 2016)

poniedziałek, 17 października 2016

Atelier 34zero Muzeum

Wystawa zbiorów Muzeum Atelier 34zero w galerii BWA w Katowicach, 16 IX - 23 X 2016.

Podług wyświetlanego filmu wprowadzającego w pochodzenie zaprezentowanej w katowickiej galerii BWA kolekcji (a który to film z pamięci i niedokładnie teraz przywołuję), kurator wystawy Wodek Majewski wykupił lata temu za niewielkie pieniądze podupadający dom na jednej z zaniedbanych ulic w Brukseli. Ulicę tę mieszkańcy chętnie opuszczali wyprzedając nieruchomości, tak bardzo miała nie nadawać się do życia. Polak razem ze znajomymi artystami poczęli organizować nabytą przestrzeń, dzisiaj także część ulicy, która uzupełniana jest o ogródek ze sztuką. Powstaje w ten sposób rodzaj parku, strada współczesnego artyzmu, sztuka uliczna per se.

Na filmach takie rzeczy są często większe i inne niż w rzeczywistości. Trzeba by pojechać do Brukseli, aby przekonać się, jak naprawdę wygląda, czym było i czym jest Atelier 34zero (kiedyś Atelier 340). Problem w tym, że kiedy już znajdziemy się za granicą, okaże się, że Belgia posiada piękniejsze miejsca niż ulica artystycznych rupieci i wcale nie na nią powinniśmy kierować się najpierw. W związku z tym w strefie oddziaływania Atelier pozostają głównie sami zaangażowani artyści, którzy z błogosławieństwa awangardy pozostają już zawsze zamkniętym środowiskiem, oraz zwykli śmiertelni mieszkający w sąsiedztwie. To grupy, dla których brukselskie Atelier 34zero może mieć realną wartość. Ponieważ do wystawy nie załączono wrażeń sąsiadów ani w formie obrazkowej, ani pisanej, jesteśmy zdani na wystawione prace artystów i własną wyobraźnię.

Tablica, Marek Kuś
W Katowicach udostępniono tylko część zbiorów, rodzaj wizytówki, po której staramy się domyśleć wyglądu całości. Niektóre z wystawionych prac do popularnego pojęcia sztuki dochodzą okrężną drogą lub nawet wcale nie starają się dojść. Inne robią to wprost; artyzm, który powołał je do istnienia, jest rzeczą oczywistą i można od razu skupić się na jego ocenie. W każdym razie wystawa jako kombinat takich dzieł przypomina odbiorcy najpierw o tym, jak bardzo rozmytym i trudno definiowalnym pojęciem jest wyraz "sztuka", który trzeba do każdego z eksponatów przymierzyć (opcja #1). Równie trudno przymierzać do nich słowo "rupieć" (opcja #2) i może właściwszy byłby jeden z następujących wariantów: albo wymyślenie jakiegoś słowa łączącego znaczenia dwóch powyższych (#3), albo trzymanie się z dala od słów i próbowanie przemyślenia tej rupieciarni poza słowem, poleganie na wrażeniu (#4). Po dokonaniu prywatnego wyboru pośród tych opcji - a właściwie dopiero po nim człowiek zdolny jest wyrazić własne zdanie - każdy z wizytujących może mimowolnie zauważyć, jak bardzo demokratyczna i stawiająca przed wyborem i zmianą perspektywy jest sztuka współczesna wywodząca się z tradycji awangardy, niezależnie od tego, co o niej i jej narodzinach myśleć (nie wspominając już o oksymoronie "tradycja awangardy").

Tymczasowo - Na stałe, Yves de Smet
Prace są tak różnego pochodzenia i tematyki, że chaos czyni każde wrażenie fragmentarycznym - a zaraz potem, w chwili pierwszej refleksji, zniechęca wewnętrzna nicość wielkiej części tego chaosu. Nawet jeśli są tam rzeczy wartościowe, rupieciarnia, w której trzeba się zanurzyć aby je znaleźć, nie każdemu będzie odpowiadać. Z prac, które zapamiętałem:
- "Foka - przypadki myśliwskie", czyli mała atrapa obandażowanej w kilku miejscach foki autorstwa Pascala Berniera.
- "Sklep nocny", zdjęcie z wystawionymi na sklepowej ladzie gołymi babami. Wyglądają na kawał mięsa. Nieogolony sprzedawca w brudnej podkoszulce siedzi na krześle. Praca autorstwa grupy Łódź Kaliska.
- "Wodospad z krajobrazem" Nilsa-Udo, będącą chyba fotografią jednego z domów na ulicy Atelier 340. Z balkonu cieknie strumieniem woda. Pękła rura? Wodospad na miarę cywilizacji. Ale woda jest zawsze piękna.
- "Tablica" Marka Kusia. Obraz ze zwielokrotnionymi sylwetkami humanoidów, które formują kształt koła, pełznąc skądś dokądś.
- "Konstelacje" Pierre`a Radisica - dwuzdjęciowe prace, prezentujące pieprzyki na skórze różnych osób, zwykle na plecach. Na drugim zdjęciu pieprzyki te połączone są ze sobą w konstelacje jak w atlasach o nieboskłonie, którego rolę przejmuje skóra oddana w negatywie.
- "Pamięci dzieci z Zamościa 1944" Władysława Hasiora. Dziecięcy wózek, który wypełnia ziemia ozdobiona cmentarnymi krzyżykami.

Haftowanie osobowości, Władysław Hasior
Znajdują sie też inne ciekawostki, np. obrazy Stażewskiego czy Strzemińskiego. Ich kontemplacyjna aura w tym składzie rupieci jest trudna do wychwycenia i ocenienia. Przy okazji zetknięcia się z ich pracami do głowy przychodzi myśl, że część artystów (kilku wymienionych wyżej oraz kilku innych, niewymienionych) nie nadaje się do tego, by robić im wystawy na podobnych wysypiskach, bo wartość ich dzieł niezmiernie zniżkuje. Inni, przeciwnie, nadają się tylko do takich składów z odpadami. Wartość ich dzieł będzie rosła zwłaszcza podczas srogiej zimy, gdy w górę idzie cena materiału do opalania grzejników.

Foka - przypadki myśliwskie, Pascal Bernier

czwartek, 26 maja 2016

Dzieci, kłujcie ich!

„Ostrołęka 26 maja 1831” jest historyczną grą wojenną wydaną jesienią 2015 roku przez Instytut Wydawniczy Erica (przy współpracy Ostrołęckiego Stowarzyszenia Historycznego „Czwartacy”, Stowarzyszenia Miłośników Historii Wojskowości „Pola Chwały” oraz prywatnym wsparciu Mariusza Morawskiego). Autorem gry jest Ryszard Kita. Gra przedstawia decydującą bitwę powstania listopadowego, stoczoną przez armię powstańczą pod wodzą Jana Skrzyneckiego, z armią rosyjską dowodzoną przez Iwana Dybicza; bitwę, która zaważyła na wyniku zrywu niepodległościowego 1830-1831 roku, a co za tym idzie na bardzo długo ustaliła los Polski. Trudno bowiem, i to nawet w optymistycznych rachubach, uznać szanse powstania z 1863 roku za realne. O ile w ogóle była jakaś szansa, by Polacy sami sobie wywalczyli inny los dla swego kraju, było to w czasie powstania listopadowego. Stało się jednak inaczej. Jak podaje Wacław Tokarz, „bitwa pod Ostrołęką stała się momentem zwrotnym wojny 1831 roku. (...) Jej doniosłość leżała w dziedzinie moralnej. Odebrała ona naszemu dowództwu naczelnemu wiarę w siebie, w skuteczność ważenia się na rzeczy większe. Odtąd inicjatywa, którą od końca marca górowaliśmy nad przeciwnikiem, odbierając mu nieraz całkowicie swobodę działania, przeszła w jego ręce, naszym zaś udziałem stała się bierność. Przemianę tę wyczuł od razu naród, zrozumiał żołnierz, oceniła Europa. Żołnierz nasz na błoniach ostrołęckich stracił również poczucie wyższości własnej i przewagi taktycznej piechoty naszej, które poprzednio sprawiało, że ważył się na wszystko. Do szeregów przeniknęło poczucie bezcelowości dalszej walki, które charaktery większe napełniało pragnieniem śmierci żołnierskiej, a zwykłe – myślą o prędkim wydobyciu się z tych opałów.”
[Wacław Tokarz, Bitwa pod Ostrołęką, Poznań 1922]
Pudełko gry
Na wstępie zobowiązany jestem wspomnieć, że poniższy artykuł nie jest pomyślany jako recenzja, choć miejscami może mieć jej znamiona, czego po prostu nie dało się uniknąć. Od dłuższego czasu we wszystkie znane mi rodzaje gier grywam coraz rzadziej. Gry historyczne ostały się pośród moich zainteresowań głównie dla pretekstu, jaki dają do przybliżenia wydarzeń historycznych, lub chęci lepszego odniesienia się do nich, niżby dało po temu okazję samo czytanie książek. Ponadto, w ostatnim etapie powstawania „Ostrołęki 26 maja 1831” miałem okazję przyglądać się drobnym zmianom, którym gra jeszcze podlegała, grać w nią przed wydaniem i poznać osobiście jej autora. Dzięki jego uprzejmości ten niewielki, w zasadzie najmniejszy możliwy wkład w powstanie gry, bo tylko korespondencyjno-komentatorski, został doceniony w ten sposób, że moje imię i nazwisko trafiło na okładkę jako testera gry i osoby współpracującej przy jej powstaniu. Wymienione powody skłaniają do powstrzymania się od wartościujących sądów wszędzie tam, gdzie jest taka możliwość. Przede wszystkim chcę dokonać prezentacji kilku wycinków gry podobnie jak to zrobiłem z D-Day at Omaha Beach oraz France`40, ubarwiając je o czytelnicze przygody oraz refleksje, które „Ostrołęce” zawdzięczam i które, jedne i drugie, uważam za główny cel zabawy w ten rodzaj gier.

(Nie)zbędna uwaga dla (polskiego) gracza: gra posiada wiele komponentów w postaci żetonów, kostek, pomocniczych tabel oraz instrukcji i mapy (planszy). Jakość wydania w niczym nie ustępuje produktom GMT Games, Compass Games, czy innych zachodnich firm o ustalonej wśród „wojenników” (graczy grających w historyczne gry wojenne) renomie. Poziom edytorski jest wysoki, instrukcja jest napisana poprawnym językiem, żetony nie mają omyłek lub braków, a mapa, wykonana ręcznie, oddaje majową aurę pola bitwy. Wspominam o tych drobiazgach wydawniczych celowo. Teoretycznie powinien to być standard, sprawa niewarta omówienia, chyba tylko jednym słowem, dla porządku. Biorąc jednak pod uwagę przeciętny poziom edytorski wydawanych w Polsce gier wojennych, RPG, czasopism i książek – także naukowych – trzeba wymienić „Ostrołękę” jako odchylenie od niektórych zwyczajów wydawniczych ostatniej dekady lub dwóch. Publikacja „Ostrołęki” jest wykonana należycie. Nie przeszkodził temu nawet jej podwójnie niszowy charakter, to znaczy o wiele mniejsza popularność gier historycznych w zbiorze gier planszowych w ogóle, ale też autorskie decyzje, które sprawiły, że „Ostrołęka”, nawet pośród gier wojennych, ogólnie uważanych za bardziej złożone, należy do tytułów wymagających. Pośród nieskorygowanych lub wprost nieprzemyślanych instrukcji do gier wojennych, RPG, czy wielu innych, tradycyjnych publikacji książkowych, w których zdarzają się nawet błędy ortograficzne, zainteresowany „Ostrołęką” takiego niechlujstwa nie zobaczy na swoje oczy i na chwilę o nim zapomni. Dbałość o jakość wydania, o drobiazgi, które się na odbiór składają, rzuca się w oczy od razu.

Niezależnie od wydawniczych starań, najważniejsze pozostaje to, co składa się na treść gry. „Ostrołęka 26 maja 1831” daje szczegółowy obraz sposobu działania i taktyki wojsk epoki. Jeden żeton przedstawia batalion piechoty (zwykle około 600-700 żołnierzy), dywizjon kawalerii (zazwyczaj 200-300 konnych) lub baterię artylerii (zwykle 6-12 dział); jeden heks (czyli pole planszy) to 150 metrów, a etap gry oddaje upływ 15-20 minut czasu rzeczywistego. Z zasad, które obraz bitwy budują, wyłania się w czasie rozgrywki kolejny, głębszy jej plan – problemy, przed jakimi stały obie armie; ryzyko, którego się podejmowały i wreszcie powody fatalnego dla powstańców wyniku bitwy; powody, których wpływ można będzie doświadczyć w trakcie partii. Ta zaś potrwa zazwyczaj wiele godzin. Nawet znający grę wojennicy powinni zarezerwować sobie albo cały dzień (mam na myśli przedział 8-12 godzin; ślęczenie nad planszą tak długo wymaga wtedy także sporej odporności psychicznej), albo mieć możliwość pozostawienia planszy rozłożonej na dłużej i przeprowadzenia rozgrywki w czasie krótszych spotkań. Szybciej jest w przypadku scenariusza wprowadzającego – wtedy powinno udać się skończyć rozgrywkę mniej więcej w ciągu 3 godzin.

Na grę składają się trzy scenariusze. Wprowadzający, niehistoryczny, daje okazję zapoznania się w praktyce z zasadami i możliwościami wojsk. Ze względu na szybkość rozgrywki i niewielką skalę, sądzę, że rozpoczynający znajomość z „Ostrołęką” gracze powinni rozegrać go kilka razy, żeby weszła im w krew rutyna gry – układ faz, podstawowe modyfikatory, szyki oddziałów etc. Jeżeli zechcieliby od razu przejść do dużych scenariuszy, mogą się przedwcześnie zniechęcić wertowaniem instrukcji i liczbą rzeczy do uwzględnienia naraz. Historyczne scenariusze oddają dwie odseparowane od siebie fazy, które złożyły się na bitwę 26 maja: niespodziewany dla polskiej generalicji atak Rosjan na znajdujące się na wschodnim brzegu Narwi zgrupowanie osłaniające Ostrołękę i mosty na rzece (scenariusz „Odwrót Łubieńskiego”) oraz drugą część, przedstawiającą ryzykowną próbę utrzymania przez Rosjan przyczółka na zachodnim brzegu Narwi po złamaniu obrony „Czwartaków” (4 pułku piechoty), zdobyciu Ostrołęki i rozpoczęciu przeprawy rosyjskich grenadierów na zachodni brzeg, gdzie znajdują się główne siły polskiej armii. Ze względu na zaskoczenie i tempo narzucone przez Rosjan, nie od razu Polacy są gotowi do przyjęcia bitwy. Dosłownie pod ich nosem nieprzyjaciel próbuje poszerzać przyczółek (scenariusz „Bitwa na zachodnim brzegu Narwi”).
Początek scenariusza „Odwrót Łubieńskiego”. Naprzeciw siebie stają główne siły armii polskiej i rosyjskiej
W przypadku popełnienia poważnego błędu scenariusze mogą zakończyć się na długo przed ostatnim etapem gry. Błędy te nie są czymś niespotykanym, wręcz przeciwnie, gra polega na popełnianiu ich mniej (lub mniejszej wagi), niż przeciwnik, bo czynników, które należy uwzględnić, jest bardzo dużo i łatwo można się pogubić, zapomnieć o czymś, a w szeregi szybko i naturalnie wkrada się bitewny chaos i przypadkowość. Grający stroną polską w „Odwrocie Łubieńskiego” zwykle może złożyć broń natychmiast, gdy Rosjanie przerwą linię obrony i przebiją się na tyły, odcinając drogę do Ostrołęki. Trudność gry Polakami w tym scenariuszu polega na koordynowaniu odwrotu z kilku kierunków i opóźnianiu postępu wojsk nieprzyjaciela na kolejnych pozycjach obronnych przy jednoczesnym wycofywaniu wojsk przez mosty. W przypadku „Bitwy na zachodnim brzegi Narwi” gra kończy się natychmiast w momencie zlikwidowania rosyjskiego przyczółka. To również może stać się bardzo szybko, bo sytuacja Rosjan jest od początku trudna – są nieliczni i nie mają potrzebnej przestrzeni do rozwinięcia wojsk, wyraźna jest też różnica jakościowa ich piechoty wobec znakomicie wyszkolonego polskiego żołnierza – wówczas jednego z najlepszych w Europie. O tyle więc czas gry w przypadku „Ostrołęki” jest niepoliczalny, że zakończenia „przed czasem” nie należą do rzadkich i będą zdarzały się co parę partii, a może nawet częściej w przypadku drugiego scenariusza, który przedstawia sytuację od samego początku postawioną na ostrzu noża.
Cisza przed burzą. Początek „Bitwy na zachodnim brzegu Narwi”.  Zanim uszkodzone mosty zostaną naprawione przez 6 batalion saperów pułkownika Obruczewa, przeprawione cztery bataliony rosyjskich grenadierów i oddział ułanów gwardii muszą radzić sobie same...
 *
Każda gra historyczna opiera się na wydarzeniach, które miały miejsce, ale nie zawsze przedstawia je tak, jak one się potoczyły; symuluje zatem warunki, w których do wydarzeń dochodziło, zamiast odtwarzać ich dokładny przebieg; pozwala sprawdzić, czy mogły zakończyć się inaczej i czasami, jeśli obejmuje większą skalę, pomaga odpowiedzieć, co by mogło z takich zakończeń wyniknąć, przy mniejszej zaś skali inspiruje grających do zadania sobie takich pytań. Jest to jedna z najbardziej pociągających cech tego rodzaju gier. Nie inaczej jest w przypadku „Ostrołęki 26 maja 1831”

Ze względu na niewielką skalę – plansza przedstawia obszar kilku kilometrów wokół miasta, a jedyne, o co w grze chodzi, to o stoczenie bitwy w warunkach, do których doprowadzono i które dane są graczom niezmiennie jako wyjściowe w historycznych scenariuszach – pytanie o konsekwencje bitwy i jej znaczenie będzie pobrzmiewało w głowie grających nierozwiązane do czasu, gdy sami nie zaczną szukać odpowiedzi. Bo co to znaczy, że Polacy przegrali, bądź że mogli wygrać pod Ostrołęką? Jakiego rodzaju byłoby to zwycięstwo? Cóż mogłoby przynieść? I w drugą stronę: jeśliby się okazało, że zwycięstwo było niemożliwe lub nieopłacalne, czy ostrołęckiej bitwy, na takich warunkach, jakie gra nam szczegółowo i wyczerpująco referuje, można było uniknąć? 

Gracz-wojennik z samej gry najpierw zapozna się ze sprawami decydującymi o przebiegu bitwy, czyli z tymi jej cechami, które autor gry musiał wziąć pod uwagę przy projektowaniu. Już tylko one wykraczają daleko poza lekturę podręczników i regulaminów wojskowych epoki, z których buduje się samą tylko podstawę gry, obraz taktyki i sposobu działania wojska. Choć istotne, regulaminy nie wyłapują cech ulotnych, takich jak ich praktyczne zastosowanie w boju, które może znacznie odbiegać od wyśnionych przez teoretyków propozycji. Należy też wziąć pod uwagę cechę tak trudno uchwytną, jak morale żołnierzy i dowódców, które przecież często decyduje o ich zachowaniach i potrzebnym w bitwie przekonaniu o sensie walki, o determinacji i konsekwencji. Jest też do uwzględnienia samo pole walki i okoliczności, w których dochodzi na nim do starcia wrogich armii. 


*

Bitwa była krwawa i nie przyniosła nikomu zadowalającego rozstrzygnięcia. Mimo tego, że korzystając z ciemności nocy Polacy rozpoczęli odwrót, Rosjanie nie ruszyli za nimi w pościg i jeszcze przez pewien czas sami żyli świadomością przegranej. Wacław Tokarz obliczał, że straty ich wyniosły do 40% stanu wyjściowego batalionów, które przeprawili na zachodni brzeg Narwi i zaangażowali do bitwy o przyczółek. „Niektóre pułki poniosły straty wprost przerażające (np. 4 pułk morski stracił ponad 60% stanu) (...) Cyfry strat potwierdzały świadectwa naszych raportów bojowych o tym, że odwroty piechoty rosyjskiej robiły nieraz wrażenie całkowitej debandady, i że nie wycofywano jej na wschodni brzeg jedynie dlatego, że o tym nie można nawet było myśleć [tzn. żeby świeży żołnierz ze wschodniego brzegu nie poznał, co się działo na zachodnim, po drugiej stronie mostu, na który go kierowano]. [WT, Bitwa...]

Stan polskiego wojska był po bitwie jeszcze gorszy. Do strat, liczbowo zbliżonych do rosyjskich (choć rozłożonych na większą liczbę oddziałów), należy dodać masy maruderów, którzy w okolicznych lasach korzystając ze zmroku „chcieli się zgubić”, jak miał szczerze powiedzieć swemu dowódcy jeden z dezerterujących żołnierzy. Większości to się udało, skoro po bitwie szacowano naszą piechotę góra na 2000 żołnierzy. Dopiero parę dni później, gdy szok po rzezi mijał i uciekinierzy wracali, stan jej podniósł się znowu do kilkunastu tysięcy. A jakie były pobitewne nastroje wśród polskich generałów? Czy żyli lepszymi pojęciami, niż masowo opuszczający ich armię żołnierze? „Pozostawiwszy obowiązek zebrania armii i zorganizowania odwrotu generałowi Łubieńskiemu, Skrzynecki i Prądzyński wsiedli do powozu i ruszyli do Różana, gdzie spędzili resztę nocy. Zupełnie zdruzgotany Skrzynecki przez całą drogę łkając powtarzał swoje słynne „przegraliśmy najsromotniejszą z bitew” oraz słynne, ale już Kościuszkowskie „finis Poloniae”. Te ostatnie słowa uważał za tak celne i doskonale oddające tragizm sytuacji, że użył ich w swoim pierwszym raporcie do Rządu, wysłanym z Różana, dodając, że wszystko stracone oraz że „nie pozostaje nic więcej, jak układać się z nieprzyjacielem, i Rząd zaraz traktowanie rozpocząć powinien”. [Michał Swędrowski, Portret człowieka zapalczywego. Generał Jan Krukowiecki w powstaniu listopadowym, Oświęcim 2013].

Wysokie straty i wyniszczenie polskiego żołnierza spowodowało przede wszystkim użycie rosyjskiej artylerii, która, rozlokowana bezpiecznie na wyższym brzegu po drugiej stronie rzeki, mogła wprost bezkarnie, bez martwienia się o asekurację, strzelać do żołnierzy próbujących zlikwidować rosyjski przyczółek. Niemal wszystkie nasze ataki dokonywane były pod silnym ostrzałem artyleryjskim. Budzi to pytanie: po co? Po co atakować w takich warunkach, po co gubić znakomite wojsko prowadząc je pod krzyżowy ogień licznej artylerii? Jaki sukces mógł powetować ponoszone straty? Przecież o odbiciu Ostrołęki nie było mowy. Czy można było po prostu wycofać wojsko? Rosjanie, dysponujący dwoma niezupełnie używalnymi mostami, nie mieliby szansy na przeszkodzenie odwrotowi i armia zostałaby zachowana. „Armia Dybicza na zachodnim brzegu Narwi, w Pułtusku, nie była dla nas o wiele groźniejsza niż pod Kałuszynem, o ile naturalnie zachowalibyśmy dawną naszą ruchliwość i inicjatywę”, kontynuuje ten tok myślenia Wacław Tokarz.

Bitwa pod Ostrołęką, Georg Benedict Wunder
Poszukiwanie konfrontacji – w sensie ogólnym – miało swoje racje. Jak pisze we wstępie do swej pracy o bitwie wspomniany historyk, „powstanie doszło już do szczytu swych sił materialnych i moralnych: miało największe możliwie wojsko, wyzyskało wszystkie zasoby materialne kraju, wszystkie atuty powstań na tyłach nieprzyjaciela; na szalę mogło dorzucić jedynie nowe rozstrzygnięcia bojowe, które by zmieniły ogólny stosunek sił naszych do rosyjskich i przeniosły teatr wojny na Litwę”. Niestety, słowa te nie pozwalają zrozumieć zachowania Skrzyneckiego pod Ostrołęką. Kilka dni wcześniej, gdy w pełni powiódł się ryzykowny manewr, który doprowadził do przyłapania w niekorzystnym położeniu rosyjskiej gwardii, na tyle oddalonej od reszty armii Dybicza, że nie mogła liczyć ani na jej pomoc, ani na możliwość uniknięcia bitwy, i gdy wojska jednej i drugiej strony stały naprzeciw siebie, generał Skrzynecki odmówił podpisania rozkazów do ataku na tak zaskoczonego wroga. A miał na to też następny dzień, bo dwie doby zajęło zdezorientowanym Rosjanom wycofanie się z niebezpiecznej pozycji. Odwrotu dokonywali pod nosem polskiej armii. 

Dlaczego tak się stało? Jak to możliwe, że Skrzynecki odmówił walki w bardzo korzystnych warunkach, a przyjął ją pod Ostrołęką w sytuacji, gdy wróg mógł użyć w pełni i w najdogodniejszy sposób całej swojej artylerii? „Na te rzeczy nie było i nie będzie nigdy odpowiedzi; tak prowadzić wojnę mógł jedynie wódz, który nazajutrz [od wycofania się rosyjskiej gwardii], 20 maja, miał zgubić ślad swego wojska i dowiadywać się o kierunku jego marszu od mieszkańców Śniadowa”, konkluduje Wacław Tokarz (scena godna chyba tylko slapstickowej komedii). Niektórzy historycy doszukiwali się wprost zdrady lub za powód wahania uznawali strach przed zniszczeniem gwardii, w której służyło wielu synów rosyjskich arystokratów, co wpłynęłoby źle na późniejsze możliwości negocjacji z carem. Współcześni historycy znajdują nowe wyjaśnienia i powód wahania Skrzyneckiego, stricte militarny: sytuacja nie przedstawiała się tak jednoznacznie dobrze i stosunek sił, mimo że korzystny, nie dawał gwarancji wygranej. Oczywiście jest to wyjaśnienie w najlepszym razie połowiczne i ogólna ocena tych wydarzeń pozostaje jednoznaczna od dnia, w którym zaszły, a musiał ją usłyszeć sam Skrzynecki wielokrotnie od swoich sztabowców, którzy przez dwa dni nalegali na atak. Lepsza okazja nie mogła się przecież przyśnić. Armię rosyjską do niekorzystnego dla niej podziału i bierności zmusiły zarazy tyfusu i cholery oraz braki zaopatrzeniowe spowodowane powstaniami w innych częściach dawnej Rzeczypospolitej. Zmuszona do zaopatrywania się z rekwizycji, z której nie da się tak wielu żołnierzy utrzymać na małym obszarze, armia rosyjska podzieliła się na mniejsze zgrupowania i czekała w nich na poprawę ogólnej sytuacji. Ryzykownym manewrem przyłapano jedną z jej części w położeniu, w którym nie mogła uniknąć walki, chyba że się jej na to pozwoli. I następnie pozwolono jej odejść. 

Kilka dni po tych wydarzeniach role się odwróciły. Rosjanie całkowicie zaskoczyli armię Skrzyneckiego pod Ostrołęką. Prowadzili wojnę, a nie podchody, i nie zastanawiali się nad tym, co robić. Uderzyli wręcz z marszu, by nie gubić tempa nasilającego zaskoczenie i tak dość już niezdecydowanej polskiej generalicji (w grze przedstawia to scenariusz „Odwrót Łubieńskiego”). Robili to nawet mimo tego, że odbyli ponad czterdziestokilometrowy marsz, który „niezwykle forsowny i wyczerpujący, dokonany w dniu skwarnym, po drogach złych, miał odbić się poważnie na stanie sił rosyjskich 26 maja. Zdecydował on przede wszystkim o tym, że z ogółu sił Dybicza i gwardii, wynoszących 65 batalionów, 81 szwadronów, 362 działa, tj. 43129 piechoty, 11141 jazdy, nie doszło pod Ostrołękę w ciągu boju 20 batalionów, 6 szwadronów i 144 działa, tak że siły Rosjan były ostatecznie mało co większe od naszych. Tabory pozostawały w drodze i znużony żołnierz rosyjski walczył pod Ostrołęką o głodzie.” (WT, Bitwa...)

Bitwa pod Ostrołęką, Karol Malankiewicz
Co zatem skłoniło Skrzyneckiego do przyjęcia bitwy na wyraźnie gorszych warunkach? Zapewne powodem tym było pragnienie nierozdzielenia się z innym zgrupowaniem polskiej armii (2 Dywizja Piechoty), które wcześniej wydzielił. Po utracie Ostrołęki zostałoby (i ostatecznie zostało) ono od armii głównej odłączone, odcięte też od drogi powrotnej na Warszawę i skazane na samodzielne działanie (w czasie którego notabene zostało wygubione w osobnych walkach na Litwie). Była to dodatkowa cena ostrołęckiej bitwy. Innymi czynnikami, pod których wpływem był Skrzynecki, mógł być paraliż decyzyjny spowodowany rosyjskim atakiem. Jest to sztandarowy przykład tego, do jakiego stopnia zaskoczenie wroga w działaniach wojennych jest sprawą pożądaną, która nawet lepszego jakościowo czy liczniejszego przeciwnika zmusza do działania odruchowego, do popełniania błędów. Dowodzenie armią polską w bitwie na zachodnim brzegu Narwi było ich pełne od początku do końca (uwzględniają to specjalne zasady dotyczące dowodzenia przez Skrzyneckiego w drugim scenariuszu historycznym gry). 

W związku z tak fatalnymi pomysłami dowódcy można zadać sobie pytanie o to, czy nie było nikogo lepszego? Jeśli nie, jaki był sens takiego powstania? To, że wybuchło siłą w pewnej mierze niekontrolowaną, nie nadaje przecież samo w sobie sensu powstańczemu zapałowi. Nie potrafił nabrać przekonania o nim żaden z wodzów powstania, którzy zmieniali się jak w kalejdoskopie, niechętni do dźwigania ciężaru odpowiedzialności i świadomości własnych szans.

W ciągu pierwszych miesięcy powstania listopadowego na czele armii stanęli kolejno: zdeklarowany kapitulant, który celowo paraliżował wszelkie plany rozpoczęcia działań ofensywnych przez stronę polską oraz hamował proces powiększenia wojska polskiego [generał Józef Chłopicki], a następnie militarny ignorant [książę Michał Radziwiłł]. U steru władz cywilnych i wojskowych stali ludzie szczerze oddani ojczyźnie, ale pozbawieni wiary w powodzenie powstania.” 

i

Trzeba przyznać, że po stracie Chłopickiego nie było w polskiej armii generała, który miał równie duże doświadczenie, zmysł wojskowy, czy predyspozycje do dowodzenia dużymi formacjami wojskowymi. Tragizm wyboru [na wodza] Skrzyneckiego polega na tym, że nie posiadał on absolutnie żadnej z cech, które dawałyby mu szansę na pokonanie nieprzyjaciela na polu bitwy.” 
(oba cytaty z Portretu człowieka zapalczywego Michała Swędrowskiego) 

Jeszcze więcej na ten temat powiedziałyby zapewne rosyjskie opracowania, ujmujące „polski bunt” z moskiewskiej perspektywy. Czy poniesione straty ludzkie i koszty związane z tłumieniem „buntu” mogły być większe i pozostać niezwrócone w postaci wzmożonej rusyfikacji i zsyłek, które nastąpiły po zwycięstwie? Jako zwycięzcy Rosjanie dyktowali warunki, które musiały co najmniej wynagrodzić wszelkie koszty. Do tych warunków należała m.in. utrata autonomii ziem polskich, która przed powstaniem była jeszcze niemała, no i przede wszystkim rusyfikacja, w której o wiele więcej Polaków stało się z pokolenia na pokolenie Rosjanami, niż tych ostatnich zginęło na wszystkich polach bitew powstania, a pewnie i wszystkich innych powstań razem wziętych.
Bitwa pod Ostrołęką, Juliusz Kossak
Co na te ponure myśli powiedziałby żołnierz stojący w szeregu powstańczego oddziału? Na ile przenikała do jego pojęcia świadomość postaw przyjętych przez tych, którzy byli dowódcami powstania? „Ostrołęka” jako gra opowiada w większym stopniu o takim zwykłym żołnierzu, niż o jego dowódcach. Nie miał on dokładnej świadomości sytuacji operacyjnej. Mógł jedynie w pełni polegać na ludziach takich jak Skrzynecki, czy inni wodzowie powstania – że wiedzą, co czynią, że jest sens ryzykować życiem pod ich komendą. Z taką świadomością przystępują do rozgrywki również gracze. Podobnie jak żołnierze podlegli im w żetonach piechoty, kawalerii i artylerii, wykonują tylko rozkazy (odzwierciedlane przydziałem punktów zwycięstwa za określone sukcesy w trakcie partii) i tłumaczą je tak, by nadać im własny sens. Grający stroną rosyjską będzie uparcie próbował utrzymać przyczółek na zachodnim brzegu Narwi, grający stroną polską zlikwidować go – tak jakby na tym świat się kończył. Pod tym względem czeka grających bardzo zacięty bój, pełen zwrotów akcji i trudnych decyzji. Ograniczona do tej wąskiej perspektywy, gra oddaje ją wyraźnie i z całym ciężarem emocji, które powstają w trakcie partii.


*

Omówienie wybranych aspektów gry

Ponieważ autor „Ostrołęki” napisał już parę artykułów szerzej omawiających mechanikę gry i stojące za nią racje historyczne, logiczne lub grywalnościowe (dla ciekawych odnośniki do nich znajdują się na końcu tekstu), nie będę wnikał w szczegóły i dla osób, które są zainteresowane grą, wypisuję poniżej parę ogólnych założeń. Prezentacja ta postępuje od rzeczy podstawowych do nieco bardziej zniuansowanych i jest przeznaczona tylko dla czytelnika zainteresowanego grą po moim krótkim wstępie. Jeśli ktoś poczuje się znużony przedstawionymi niżej szczegółami, niech nie kłopocze się dalszą lekturą lub przeskakuje do interesujących go rozdzialików. 

CHARAKTERYSTYKA ODDZIAŁÓW

Każdy oddział posiada kilka współczynników.
 - Na czerwonym tle podana jest jego siła, czyli liczebność. Dla piechoty 1 punkt siły to 75 żołnierzy, w przypadku kawalerii 50 żołnierzy, a jeśli chodzi o artylerię punkt siły ognia artyleryjskiego oznacza 2 działa, które sprowadzono do dwóch rodzajów: lekkie (L) i ciężkie (C); odzwierciedlenie liczebności obsługi artylerii za pomocą punktów siły jest umowne.
- Na czarnym tle, na żetonach oddziałów piechoty, podana jest efektywność ognia. Większość polskiej piechoty dysponuje modyfikacją +1, co czyni jej ostrzał karabinowy niebezpiecznym, nawet jeśli wykonywany jest przez niewielkie oddziały. Rosjanie nie dysponują tą modyfikacją. (Autor gry opowiadał mi kiedyś, że przeciętny rosyjski piechur w tamtym okresie otrzymywał rocznie 2-3 naboje do ćwiczeń strzeleckich). 
Dobrze mówił Suworów: Pomnij, Ryków kamrat, żebyś nigdy na Lachów nie chodził bez armat!
(„Pan Tadeusz”)

- Efektywność, współczynnik na białym tle, określa jakość oddziału, jego wyszkolenie i doświadczenie. Należy on do najważniejszych w grze. Testuje się zawsze rzutem 2k6 (dwoma kostkami sześciennymi). Często podlega sprawdzeniu podczas działania przeciwnika (zwłaszcza podczas jego fazy ruchu), czyli niejako w ramach reakcji, a ponieważ zasady dotyczące reagowania są w „Ostrołęce” rozbudowane i oferują rozmaite możliwości przeciwdziałania, jest to współczynnik ważny, pozwalający oddziałowi korzystać w pełni z dostępnych w grze opcji, a nie być tylko ofiarą. Ponadto, efektywność wpływa na umiejętność zachowania szyku w czasie walki na bagnety (która nierzadko nawet zwycięskie oddziały pozostawia wstrząśniętymi), zmniejsza lub zwiększa również wpływ, jaki ma nieprzyjacielski ostrzał karabinowy i artyleryjski (celny czy niecelny – to bez znaczenia; świeży, niewyszkolony rekrut nie wytrzymuje presji stania pod ogniem, natomiast doświadczony nawet przy celnym ostrzale przeciwnika będzie starał się trzymać szyk).
- Na żółtym tle podano punkty ruchu (ruchliwość). W przypadku piechoty jest to stała wartość: 4 (niepodana na żetonach piechoty).
- Osobnym współczynnikiem – tej wagi, co efektywność – jest morale. Nie widnieje ono na żetonie i jest cechą zmienną. Poniesione straty oddziału trwale je obniżają; co za tym idzie oddział, który stracił już część żołnierzy, jest słabszy nie tylko z powodu pomniejszonej liczebności, ale przede wszystkim z powodu osłabionej woli walki. Różnica w morale oddziałów może dawać kluczowe modyfikacje podczas walki wręcz; przewaga choćby jednego punktu daje atakującemu znaczące zwiększenie siły (od 75% nawet do 300%). Co istotne, strata morale naliczana jest nie tylko osobno dla każdego oddziału (skalę jego załamania zawsze odczytujemy z zadanych oddziałowi strat, oznaczanych pomocniczymi żetonami), ale także na innych warunkach dla obu stron. Rosjanie mogą stracić najwyżej 1 punkt morale, Polacy zaś nawet 3; a tracą je dwa razy szybciej od Rosjan. Mówiąc krótko, powstańcze oddziały są wrażliwe na własne straty i zapał do walki topnieje w nich w przypadku krwawych walk. Wyjściowo każdy oddział polski na początku gry ma natomiast przewagę 1 punktu morale.
- Artyleria lekka ma zasięg 8, a ciężka 10 heksów. Do dyspozycji są 3 rodzaje pocisków: granaty, kule pełne oraz kartacze; te ostatnie mają zasięg tylko do 3 pól. Dodatkowo obszar zabudowany można ostrzelać pociskami zapalającymi. Artyleria jest jedynym rodzajem broni, który potrafi na odległość niszczyć nieprzyjacielski szyk oraz zadawać straty w ludziach (różne w zależności od użytej amunicji i odległości). Rosjanie mają jej dużo, łącznie 18 baterii, w tym 8 ciężkich. Długie szeregi, które ciągną się jako morza brzegi, chciałoby się rzec. W statycznych fragmentach bitwy, gdy kluczem jest przewaga siły ognia, Rosjanie wyraźnie górują nad powstańcami. Ci zaś są w stanie użyć zazwyczaj do 6 baterii. 
TUROWY MODEL GRY. REAKCJE

W „Ostrołęce” występuje turowy model rozgrywki, podczas którego gracze wykonują swoje ruchy naprzemiennie, jak w szachach, przy czym za ruch figurą należy uznać ruch armią, czyli dowolną liczbą składających się na nią oddziałów/żetonów. W scenariuszu przedstawiającym bitwę na zachodnim brzegu Narwi istnieją co prawda rozwiązania podobne do aktywacji (oddające sposób dowodzenia polską armią przez Jana Skrzyneckiego i drastycznie limitujące jej możliwości – przez większą część bitwy można poruszać się tylko jej częściami, atakować zaś tylko jedną dużą jednostką, tj. dywizją piechoty lub korpusem kawalerii), ale są one w dużej mierze oskryptowane przebiegiem scenariusza i zawsze podległe nadrzędnej strukturze turowego modelu rozgrywki.

Tego rodzaju rozwiązanie pośród kilku znanych mi gier wojennych zastępowane jest niekiedy systemem aktywacji, przyjmującym różne warianty. W modelu z aktywacjami ruch własnych wojsk może zostać nagle przerwany lub nawet uprzedzony przez poruszenie się (aktywowanie) oddziałów nieprzyjaciela, który niejako wtrąca się w działanie gracza posiadającego przywilej ruchu i każe mu chwilę pauzować. Mechanika aktywacji cechuje się dużą dynamiką i często buduje obraz gry/bitwy jako nakładających się na siebie gwałtownych reakcji na reakcje. Dla gier wojennych system aktywacji jest atrakcyjny z powodów grywalnościowych, ponieważ posiadają one wiele drobnych elementów (oddziałów), co sprawia, że podczas turowego modelu rozgrywki jeden z graczy długo czeka na swoją kolej, obserwując jak całą armią porusza się jego przeciwnik. Nie zachodzi to w takiej mierze podczas gry z aktywacjami, które z reguły uruchamiają naprzemiennie mniejsze zgrupowania po kilka lub kilkanaście żetonów.  

Model turowy partii w grach wojennych okazał się jednak niezwykle trwały, ma swoje liczne walory i nie bez powodu wielu twórców ciągle do niego sięga – by nie wychodzić przykładami poza bloga wskażę tylko France`40 Marka Simonitcha. Zwykle nie jest tak losowy jak często są modele z aktywacjami. Przede wszystkim jednak model turowy nie wymaga zbudowania abstrakcyjnego systemu, który będzie regulował warunki i możliwości aktywacji, a który zwykle polega na sztucznych cechach i wyabstrahowanych regułach je spinających. W efekcie bywa tak, że aktywacje w grze wojennej są jakby grą w grze – często nawet grą właściwą, do której gra wojenna/historyczna została dodana jako tło, ale równie dobrze to tło mogłoby przedstawiać cokolwiek innego: wojny kosmitów albo walki gangów.

Co zrobić, by model turowy uzyskał większą grywalność i atrakcyjność, które są przecież warunkiem sine qua non gier? Są dwa główne rodzaje rozwiązań, z których autorzy korzystają. Przede wszystkim można zmniejszać skalę gry (niekoniecznie bitew) i uprościć ją tak, aby liczba żetonów, którymi dysponują gracze, nie przytłaczała. Z tego rozwiązania „Ostrołęka” czerpie połowicznie. Co prawda scenariusze nie dają graczom możliwości wykorzystania całości dostępnych wojsk, w najlepszym razie 3/4, ale mimo to jednostek jest sporo, czasem po kilkadziesiąt na stronę. Drugim popularnym sposobem nadania dynamiki modelowi turowemu jest system reakcji. W ten sposób gracz oczekujący na swoją kolej ma do dyspozycji zestaw kontrujących narzędzi, które wykorzystuje w trakcie ruchu wojsk nieprzyjacielskich. Nie czeka na swoją kolej, a na bieżąco odpowiada na postępy nieprzyjaciela. Oczywiście wpływa to ogólnie na skomplikowanie gry, na złożoność zasad. Reakcje w „Ostrołęce 26 maja 1831” są znacznie rozbudowane. W pewnym zakresie istnieją nawet reakcje wyższych stopni, tzn. reagowanie na reakcję. Dla porządku wymienię tylko, że batalion piechoty w ramach reakcji może wydzielić tyralierę, czyli mniejszy oddział, w celu ostrzelania nadchodzącego bądź odchodzącego nieprzyjaciela, może zmienić szyk (uformowanie oddziału) lub jego ukierunkowanie. Osobną sprawą jest kawaleria, która dysponuje dodatkowo możliwością rozpoczęcia szarży (kontrszarża) lub, odwrotnie, odjechania od podchodzącego wroga. Co więcej, artyleria może ostrzeliwać wszystkie wykonujące ruch oddziały (do których ma widoczność) i na bieżąco niweczyć wrogie plany. W pewnym sensie do reakcji należy też osobna faza odwrotu – zwykle bowiem oddziały, o ile nie są zachodzone z flanki, mogą uniknąć walki i strat, i zwyczajnie ustąpić pola. Często, bardzo często, jest to najwłaściwsze rozwiązanie. Pod Ostrołęką, co do zasady, nie walczy się przecież o kluczowe obszary strategiczne, a o pastwiska lub puste, podmokłe pola wokół miasta – oddanie 300 czy 600 metrów takiego terenu niczego nie zmienia. Nie licząc kluczowych obiektów, jak mosty na Narwi, w bitwie tej nie chodzi o takie manewrowanie armią, by coś zdobyć, ale raczej zniszczyć siłę żywą w armii wroga.
LOSOWOŚĆ
Los, przypadek, to, co pozostaje poza zasięgiem decyzji dowódcy-gracza, rozstrzygane jest w grze przez rzuty kostkami. W „Ostrołęce” występują rzuty 3 lub 2 kostkami sześciennymi (3k6 i 2k6). 

3k6 
Walka na bagnety polega na porównaniu siły, czyli po prostu liczebności użytych w niej oddziałów, ustaleniu wpływu morale oraz rozmaitych szyków, które te mogą formować i następnie podzieleniu zmodyfikowanej siły atakujących przez siłę obrońców. Standardowa w grach wojennych tabela przedstawia rubryki stosunku sił, jak 1:1, 2:1, 3:1 itd. - wykonuje się rzut 3k6 i wprowadza w zastosowanie wskazany rezultat. Przy rzucie 3k6 statystycznie 25% szans przypada na osiągnięcie na kościach 10 lub 11 oczek. Odchylenie do wyniku 9 lub 12 oczek, czyli prezentujących nieco skrajniejsze w tabeli walki rezultaty, ma kolejne 11,57% szans w każdą stronę. Biorąc to pod uwagę przedział czterech wyników, między 9 a 12, to prawie 50% osiąganych na 3k6 rezultatów (kolejne odchylenie ma wagę 9,57%, czyli w przedziale 8-13 mieści się blisko 70% wyników). Określa to wyraźnie „fizykę” świata „Ostrołęki”. Losowość jest obecna, ale rozrzut wyników jest mniejszy, niż w wielu grach wojennych. Przed walką można zerknąć na środkowe wyniki w tabeli, by ocenić, czego można się spodziewać, czy w ogóle jest sens atakować na bagnety. Rzecz jasna nigdy nie ma pewności, że nie wypadnie skrajny wynik i nie zajdą nieprzewidziane wypadki. 

Rzutem 3k6 rozstrzyga się również ostrzał karabinowy. Zastosowanie go jest rodzajem luksusu dla strzelających żołnierzy, ponieważ nie przynosi im ta forma walki żadnych negatywnych skutków. Rzut polega wyłącznie na sprawdzeniu szkód, które wyrządzono nieprzyjacielowi. Zwłaszcza w przypadku, gdy oddziały są mniej liczne lub wykrwawione i zmęczone bitwą (o niskim stanie morale), co za tym idzie kiedy do ataku na bagnety nie mają dość woli, lepiej po prostu strzelać. Analogicznie z artylerią – obowiązuje rzut 3k6. Występują modyfikacje podobne jak przy walce wręcz. Każda modyfikacja przesuwa „środkowe” wyniki (9-12, czyli te blisko 50% zdarzeń na 3k6, może być wirtualnie na poziomie 10-13 albo 8-11 itp.), co często decyduje o skuteczności ostrzału. Same modyfikacje i zróżnicowanie ich efektów są rozmaite. Przykładowo, można je otrzymać za ostrzał z boku lub w stosunku do oddziału w szyku kolumny (która ponosi większe straty w ludziach ze względu na gęstość szyku) lub tyralierę (z kolei prawie niewrażliwą na ostrzał), ale też za wyszkolenie. Nawet niewielkie polskie tyraliery okazują się problematyczne dla Rosjan, którzy, z uwagi na niższą jakość ich wojska, nie zawsze mogą w pełni wykorzystać zalety swoich linii lub tyralier i przeważnie używają kolumny, co prawda dobrej do walki na bagnety, czyli do zadawania najkrwawszych strat i osiągania gwałtownych przełamań, ale też szyku wrażliwego na ponoszenie ofiar od ognia karabinów i dział, gdy kula, jak to miał opowiadać pewien adiutant, kolumnę od końca do końca przewierci, jak gdyby środkiem wojska przeszedł anioł śmierci

Rzutem 3k6 rozstrzyga się również procedurę wycofania oddziału przed walką przy podobnym zastosowaniu modyfikacji, co przy ostrzale. 

2k6 
Rzut 2k6 dotyczy testów efektywności, obok morale najważniejszego współczynnika. Te przeprowadza się zwykle w sytuacji, gdy oddział chce dokonać jakiegoś manewru w trakcie fazy ruchu przeciwnika; test efektywności określa po prostu szansę na reakcję i ewentualne uboczne efekty jej wykonania. Jedną z najważniejszych i najczęściej stosowanych reakcji jest zmiana szyku na inny w trakcie fazy ruchu przeciwnika. W ten sposób oddział uformowany w czworobok może np. przyjąć szyk linii, gdy widzi, że podchodzi do niego kolumna – dzięki temu będzie mógł ostrzelać ją pełną siłą ognia i może powstrzyma zawczasu jej uderzenie. I na odwrót, w przypadku szarży wrogiej kawalerii przyjęcie czworoboku jest często jedyną szansą przetrwania, a nawet daje niemal pewność rozbicia konnych. Biorąc pod uwagę to, że różnica w standardowej efektywności starej piechoty polskiej (9, które na 2k6 ma 83,3% szans wystąpienia) i rosyjskiej (grenadierzy, karabinierzy i część piechoty liniowej – 8, czyli 72,7%, a część piechoty liniowej – 7, czyli 58,3%) jest wyraźna, daje to inne możliwości stronie polskiej. Rzecz jasna często wystąpią rozmaite modyfikacje, które utrudnią reakcję, co w przypadku Rosjan oznaczać będzie czasem liczenie na łut szczęścia podczas jej przeprowadzenia. Grający Polakami może natomiast polegać na swoich oddziałach, liczyć na ich jakość i samodzielność. Niedorównywanie wyszkoleniem zmusza Rosjan do asekurowania się kolejnymi jednostkami, tak by osłaniały one wzajem słabe strony innych. Oczywiście taka sama taktyka stosowana przez Polaków da jeszcze lepsze efekty.
SZYK I STAN ODDZIAŁU

Jednym z podstawowych elementów taktyki na polu walki prezentowanego okresu były szyki, które przyjmowały formacje piechoty i kawalerii. Piechota w „Ostrołęce 26 maja 1831” może zostać uformowana w kolumnę, linię, czworobok, tyralierę lub obronę zabudowań. Kawaleria ma do dyspozycji tylko kolumnę i linię. Jest ona rodzajem broni, który może czasem zdecydować o bitwie, a udane szarże, w których osiągnięto przełamanie linii wroga, doprowadzają do dynamicznych zmian sytuacji. Z drugiej strony uformowanie piechoty w czworobok zupełnie paraliżuje działanie konnicy, a – jak wyżej wskazałem – nie tylko w przypadku polskiej piechoty test efektywności nie jest trudny. Ideałem jest więc współdziałanie na polu walki wszystkich rodzajów broni (piechoty, kawalerii i artylerii), do czego funkcjonowanie w grze różnych szyków nie tyle zachęca, co wprost zmusza.
Walki manewrowe na wschodnim brzegu Narwi (scenariusz „Odwrót Łubieńskiego”)
Innym aspektem opisującym oddział jest jego stan. Pełnosprawny oddział nie ma żadnych negatywnych modyfikacji, ale wraz z postępowaniem dezorganizacji (której są dwa stopnie) będzie on miał mniejsze możliwości lub zostanie wyłączony z niektórych działań. Oddział na drugim stopniu dezorganizacji traci m.in. możliwość zmiany szyku, co jest prawie nokautem, zwłaszcza gdy w pobliżu wróg ma kawalerię. Ostatnim stopniem stanu oddziału jest ucieczka, czyli kompletne rozbicie jednostki. Rzecz jasna wszystkie stany są nietrwałe; oddziały mogą być w określonych warunkach reorganizowane. Sama zaś dezorganizacja postępuje dość szybko i może następować nie tylko za sprawą walki na bagnety lub z powodu ostrzału, ale nawet przechodzenia przez niektóre rodzaje terenu.
OBSŁUGA GRY

Z punktu widzenia obsługi gry cały ten skomplikowany system powiązanych naczyń: cech, szyków, stanów, rodzajów broni, reakcji i faz, jak na swoje bogactwo i złożoność działa sprawnie i lekko. Autor zawarł kilka udogodnień, które m.in. skracają procedurę walki (występuje w niej wyłącznie jeden rzut 3k6, po którym znamy wszystko: wynik, straty, stopień dezorganizacji etc. – co jest realizacją marzenia zarówno wojenników, jak i graczy RPG; jedne i drugie gry „mulą się” wszak z reguły w czasie prowadzenia walki, która w „Ostrołęce” jest rozliczana szybko). Gdzie się dało, zastosowana została możliwie najprostsza do fizycznego wprowadzenia na planszy procedura. Dbałość o grywalność jest wyraźnie widoczna w tych usprawnieniach. Zrobiono, co się dało, by uczynić niemały ciężar gry przystępnym, czasem wręcz lekkim. 

Ale zanim gracz doceni te zalety, zderzy się z miejscami, w których powyższego się zrobić nie udało lub po prostu nie dało, biorąc pod uwagę ilość uwzględnionych w grze czynników. Gdzie takie miejsca są? Na ile utrudniają obsługę gry? 

1. Dopóki oddział piechoty funkcjonuje jako batalion, mamy na żetonie podaną jego właściwą liczebność. Wydzielenie z batalionu tyraliery wiąże się z pojawieniem się na planszy kolejnego żetonu, dla którego osobno tę liczebność rozliczamy (odejmując ją od macierzystej jednostki). Żetony tyralier, które nie biorą udziału w grze (tzn. które nie zostały wydzielone), są trzymane poza planszą – każdy batalion piechoty ma przypisaną własną tyralierę. Oddziały lekkiej piechoty polskiej (strzelcy) można rozbić nawet na dwie lub trzy tyraliery. Co prawda rzadko się zdarza, by choćby nawet czwarta część jednostek piechoty znajdujących się na planszy wydzieliła tyraliery, niemniej jednak gracze, zwłaszcza ten grający powstańcami, będą robili to chętnie, bo szyk tyraliery ma liczne zalety. Można nim opóźniać marsz wroga (cenne zwłaszcza w „Odwrocie Łubieńskiego”), lub np. „przyklejać się” do silnych jednostek wroga i ostrzeliwać je, a następnie uciekać przed walką (kombinacja, którą tyraliery jako jedyne jednostki mogą robić), w tyralierze najbezpieczniej też maszerować pod ogniem artyleryjskim, jest ona idealna do pokonywania trudnego terenu, który na nią nie ma wpływu w postaci dezorganizacji lub spowolnienia tempa marszu. Ponieważ liczba żetonów jest niemała, niekiedy można się pogubić, czy dany batalion wydzielił już tyralierę, a jeśli tak, to gdzie ona jest. Tymczasem gracze powinni śledzić na planszy stan liczbowy jednostki macierzystej i wydzielonej tyraliery. Poniesione straty wpływają na morale, zatem jeśli część strat przyjęła tyraliera, a część macierzysty batalion, trzeba pamiętać, że sumaryczne straty wpływają na obniżenie morale u obu jednostek. Da się to co prawda ukrócić podkładając po prostu znaczniki pod oddziały, które straciły morale, ale dla porządku o tych obsługowych utrudnieniach wspominam. 

2. Zasady gry są złożone i biegłe pojęcie ich nie nastąpi w trakcie jednej czy dwóch partii. Co prawda są do dyspozycji pomocnicze tabele z modyfikacjami, ale i tak co jakiś czas będzie dochodziło do sytuacji, w której nie jesteśmy pewni, czy oddział daną rzecz może wykonać, lub jaki będzie efekt określonego manewru. Wertowanie instrukcji jest zresztą w ogóle cechą charakterystyczną wszystkich gier wojennych i zawsze stanowi pierwszy problem ich przystępności. Im bardziej złożona gra, tym wyraźniej zarysowuje się konflikt jej skomplikowania z pragnieniem gry od razu. Również „Ostrołęka” wymaga cierpliwości, czasu, zaangażowania oraz zainteresowania tematem. Wymaga ich więcej niż standardowe gry wojenne, bo jest bogatsza w szczegóły. Nie jest to gra dla każdego gracza, zresztą w ogóle gry wojenne/historyczne nie są dobrym wyborem dla graczy szukających gry dla zagadek logicznych, ich mechaniki, systemu etc. Bo nawet jeśli „Ostrołęka” posiada mechanikę niezwykle złożoną i ciekawą, to funkcjonuje ona tylko jako służebna wobec historycznego tła, które ma ewokować, a nie jako cel gry i powód czerpania z niej przyjemności. Tę ma tylko umożliwiać. 

Jako ciekawostkę dodam, że z gier RPG odziedziczyłem dość lekkie spojrzenie na skomplikowane zasady i nie mam z nimi takiego problemu, jak często nawet bardziej zaawansowani gracze, którzy podchodzą do nich przy każdej okazji literalnie. Rzadko bardzo w prywatnym gronie znajomych gram w ten sposób, że gdy powstaje wątpliwość, to wstrzymujemy grę i szukamy rozwiązania w instrukcji. Robimy tak tylko wtedy, gdy wiemy, w którym miejscu instrukcja rozwiewa wątpliwości i gdy nie zajmie to więcej, niż parę sekund. Przeważnie odkładamy więc rozwikłanie niejasności na następne spotkanie, a tymczasowo wprowadzamy rozwiązania własne, kompromisowe, które obowiązują na czas obecnego spotkania. Zauważyłem podczas partii z graczami niestosującymi tej metody (nigdy jej nie narzucam i to tylko cecha grania wśród moich znajomych), że oczekiwanie na rozwiązanie jakiejś często błahej wątpliwości odbiera przyjemność z gry, nie wspominając już o tym, że trudniej grę skończyć, gdy od razu chce się grać w produkt zgodny we wszystkim z instrukcją. A nie znam gry wojennej, w której dałoby się to zrobić po jednokrotnym czytaniu instrukcji, bez nabrania w niej doświadczenia.
INSTRUKCJA

Instrukcja liczy 68 stron, przy czym same reguły zajmują 39 stron, a reszta to komentarz historyczny, scenariusze, mapki pomocnicze etc. Interesujący jest sposób przedstawiania reguł gry. Kolejne podpunkty omawiające poszczególne zasady opatrzone są licznymi, często obszernymi przypisami przedstawiającymi zarówno autorskie decyzje co do powodów wprowadzenia takiego a nie innego modyfikatora czy reguły, jak i pomocne w wyobrażeniu sobie i przyswojeniu gry fragmenty opisujące z wojskowych regulaminów i praktyki bitewnej sposoby działania wojska. Skoro powyżej wprowadziłem już czytelnika w zagadnienie tyralier w grze, zacytuję poniżej kilka fragmentów z instrukcji, które ich dotyczą i które są rodzajem przypisów do reguł gry. Rzecz jasna w podobny sposób zostały przedstawione wszystkie szyki i wiele innych zasad. 

Szyk tyralierski w obu armiach:
W poszczególnych okresach różnie przedstawiało się wyszkolenie oddziałów do walki w tyralierze. Zwykle lepiej wyszkolone do tego rodzaju walki były oddziały piechoty lekkiej, choć szkolono do niej także oddziały piechoty liniowej. Tworzenie tyralier z reguły wyglądało w ten sposób, że z każdego batalionu wydzielano część żołnierzy do walki w tym szyku. (...) Rosyjska instrukcja taktyczna z tego okresu przewiduje, że tylko niewielka część żołnierzy z każdego batalionu może być wydzielona do walki w tyralierze. Wydzielanie większej części batalionu czy przechodzenie całym batalionem w tyralierę było wręcz zabronione. W armii polskiej wyszkolenie do walki w tyralierze stało na dużo wyższym poziomie i podczas walki bataliony wydzielały znacznie więcej żołnierzy do szyku tyralierskiego. Podczas bitwy pod Ostrołęką zdarzało się, że po stronie polskiej, ze względu na ostrzał artylerii rosyjskiej, całe bataliony rozwijały szyk tyralierski.” (s.11-12) 

Zakaz ataku na bagnety w tyralierze:
Autor długo zastanawiał się nad możliwościami przeprowadzania ataków wręcz przez oddziały w szyku tyralierskim. (...) W okresie poprzedzającym powstanie listopadowe znany był w wojsku polskim podręcznik „Nauka podaiąca sposób bicia się na bagnety”, Warszawa 1827. Warto zwrócić uwagę, że w końcowej części przewiduje on walkę na bagnety w tyralierze, ale tylko przeciwko pojedynczym nacierającym jeźdźcom bądź małym grupkom kawalerzystów.” (s.17) 

Przymus zwijania osłony tyralierskiej w obliczu kawalerii:
Rozwiązanie umożliwiające wycofywanie się tyralier przed kawalerią spotkać można w innych grach, jednak zazwyczaj jest to nieobowiązkowe. Czasami gracze wykorzystują to, pozostawiając tyraliery na pastwę losu, zwłaszcza gdy chcą doprowadzić do tego, by atakująca je wroga kawaleria wpadła w pułapkę, zapędzając się za daleko [w pościgu], bądź gdy nie chcą doprowadzić do zdezorganizowania stojącej za tyralierą piechoty (to dwa najczęstsze motywy). W rzeczywistości dowódcy nie byli tak bezwzględni w stosunku do swoich tyralierów i niemal zawsze pozwalano im wycofać się do swoich, zamiast zostawiać ich na stratowanie przez wrogą kawalerię. Obowiązek wykonania tego manewru ma na celu wyeliminowanie wspomnianych wyżej niehistorycznych zagrań, niemających wiele wspólnego z realiami XIX-wiecznego pola bitwy.” (s.37)

*

Na Forum Strategie, gdzie poświęcony jest „Ostrołęce” osobny dział, autor udziela się w rozmowach na temat gry. Są oczywiście relacje z gier i dyskusje o zasadach oraz dalszym ich wykorzystaniu. Przygotowywane jest przez niego m.in. starcie armii napoleońskiej z rosyjską, które miało miejsce na tym samym obszarze w 1807 roku. Do tej bitwy na forum zamieszczono już sporo relacji z testów. W przygotowaniu jest też bitwa pod Pułtuskiem z 1806 roku oraz prawdopodobnie inne, mniejsze bitwy z powstania listopadowego, tym razem takie „ku pokrzepieniu serc”... 
Podforum poświęcone grze: tutaj
Dziennik projektanta (cz. 1): tutaj
*

W chwili, gdy publikuję ten tekst, jest godzina 15, 26 maja 2016. Wedle dość dokładnych opisów bitwy, jakie posiadamy, mniej więcej o tej godzinie 185 lat temu miała miejsce szarża polskiej kawalerii na Rosjan. Została ona powstrzymana przez huraganowy ogień artyleryjski, osłabił ją też podmokły teren, po którym była prowadzona. Nieliczni nasi konni zdołali w ogóle podjechać do wroga. Według Tokarza rozkaz szarży był po prostu niewykonalny.

Żołnierzy demoralizował (...) wygląd tego okropnego pola bitwy, pełnego jęków ludzkich i końskich. Między jedną a drugą linią szosy leżały stosy trupów i rannych, a tym ostatnim niepodobna było udzielić pomocy. Skrzynecki pod wieczór wysłał do Dybicza parlamentarza z propozycją chwilowego zawieszenia broni w celu zebrania rannych, ale naturalnie spotkał się z odmową.” [WT, Bitwa...]

Odchodząca armia Skrzyneckiego pozostawiła za sobą ponad 500 rannych leżących na pobojowisku. Rosjanie natomiast, niepewni sytuacji i pod wrażeniem szaleńczych polskich ataków, o zmroku mieli wycofać większość żołnierzy na wschodni brzeg, pozostawiając na mostach jedynie czaty.
Ostrołęcki Pomnik Mauzoleum Poległych: tutaj 

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Halucynacje w nowym ogrodzie


Halucynacja I 

Przeciw czytelnictwu 

Came end, at last, to that Arcadia
Ezra Pound 

Spotkałem wczoraj w parku człowieka uczonego, któremu nieobce są pytania filozofów i który lubi poświęcić czas na czytanie książek. Po krótkiej rozmowie o literaturze zaproponował, abyśmy udali się do antykwariatu. Liście drzew szumiały na wietrze, zewsząd dobiegał nas świergot ptaków, niebo było pogodne i błękitne. Antykwariat? Zapytałem mimowolnie, co to jest, co sprawia, że czytamy książki? Uczony przez pewien czas nie potrafił znaleźć odpowiedzi. W milczeniu szliśmy w stronę bramy ogrodu i kontemplowaliśmy urodę mijających nas dziewczyn. 

Wydaje mi się, że czytam książki po to, by odgrodzić się od syfu miasta. Mogę zamknąć oczy, by go nie widzieć, ale słuch nieustannie przypomina o jego istnieniu. Zewsząd dochodzą nieposkładane zdania ludzi wyposażonych w organy do wyrażania myśli, których nie potrafią zorganizować. Książka od tego oddala. 

Zamyśliłem się nad tymi słowami. Dotąd sądziłem, że mój stosunek do książki niewiele różni się od stosunku do kobiet i nie polega na uciekaniu od nich, a odkrywaniu, jaką potrafią dawać przyjemność. Gdyby nie ona, obecność jednych i drugich byłaby ciężarem niewartym poświęcania im czasu i rzadko szukałbym ich towarzystwa. Przedłużające się milczenie zrodziło w moim towarzyszu potrzebę dodania czegoś jeszcze, może dla jasności, może w obronie przed wątpliwościami, których się po mnie spodziewał, choć ich nie wyraziłem:

Uprzedzę twoją ocenę: to nie jest eskapizm, raczej sposób na pozostanie sobą. Słyszysz? Ledwo co weszliśmy do miasta. Potrafisz znieść ten bezsenny hałas? Spójrz tylko na te miotające się owsiki w garniturach i sukienkach. Dokąd biegną? O co im chodzi? Tyle dobrze, że choć pewnej części z nich możesz być wdzięczny za to, iż stara się nie zwracać na siebie uwagi. W biurze, mimo że pracuję w miejscu, w którym, zdawać by się mogło, powinni znaleźć się ludzie myślący, nie mam się do kogo zwrócić z nadzieją na rozmowę, której bym nie żałował. Boję się, że jeśli nie miałbym kontaktu z literaturą, w krótkim czasie zbydlęciłbym się tak, jak osoby, które mijamy po wyjściu z parku, a dla których największą jest szkodą, że korzystają z aparatu mowy. Po codziennym przebywaniu w takim środowisku tylko literatura daje możliwość porównania i wyciągnięcia wniosków. Kiedy wyrwę się z jarzma mej nikomu niepotrzebnej pracy, kiedy wrócę do domu i zamknę drzwi na wszystkie rygle, wyjmuję pisma Stanisława Lema – rzeczy, które znam niemal na pamięć – i czytam je ponownie. Kilka stron albo kilka zdań, bo na więcej po pracy nie znajdę siły, byle odsunęły wspomnienie surrealistycznego koncertu, który wybrzmiewa za oknem. Zdaje mi się więc, że nie czytam książek po to, by stać się lepszym człowiekiem, a chcę tylko obronić to niewiele, które jest mną. 

*

Promocja czytelnictwa lubi opierać swoje fundamenty na wykazie klęsk literatury, od nich zwykle zaczyna, za punkt wyjścia przyjmując sytuację jej zagrożenia. Poprzez liczby wzywa ochotników do obrony upadającej twierdzy. Na skutek zastosowania wykresów i zestawień niemal widzimy jego - czytelnictwa - idealny byt, który należy realizować. Znana jest liczba przeczytanych książek przypadających w ciągu roku na jednego obywatela naszego kraju, policzono też, pośród tych, którzy w ogóle sięgnęli po lekturę, procent umiejących ze zrozumieniem czytać to, co czytają. Żeby jednak odnieść się do słów, które przytoczyłem, i żeby móc wyciągnąć z nich wnioski, niepodobna jest czegoś z tych liczb się dowiedzieć. Operując na nich można tylko odtwarzać na nowo sytuację, w której kwestia powodu i wartości czytania książek jest załatwiona raz na zawsze i nawet nie trzeba o niej sobie przypominać. Celem jest raczej walka o to, by słupki i procenty się zgadzały, by zanotowano przyrost, a nie spadek. W jarzmie kultury masowej podobne myślenie wykształciło się i uprawomocniło dla bardzo wielu dziedzin życia, obliczonych na przynoszenie profitów. Kategorie zysku i straty unieważniły pojęcia balansu czy komplementarności, kiedyś częściej używanych w odniesieniu do kultur wiejskich i miejskich, które z kolei jeszcze wcześniej zamazały dawne pojęcie pracy obliczonej na zaspokajanie podstawowych potrzeb. Przyszło to łatwo, ponieważ do samego już używania tych minionych sformułowań wymagany jest namysł nad ich niedającymi się wprost ująć cechami, natomiast wartość zysku i straty wykazać można w minutę nawet najmniej pojętnym umysłom za pomocą wykresów albo ucząc korzystania z elektronicznego kalkulatora. Na literaturę to wartościowanie przeszło zapewne przez analogię, w taki sam sposób, w jaki wyrazy nabywają nowych sensów i tracą stare bez zmiany w brzmieniu. 

Być może najwięcej na ten temat czytelnictwa powiedzieliby bibliofile czasów odrodzenia, dla których była to sprawa świeża i godna przemyślenia od podstaw. Po pięciu wiekach życia według wyciągniętych przez nich wniosków stanowimy późny, może schyłkowy etap ewolucji zainteresowania książką. Wygląda też na to, że niewiele ciekawego mamy do dodania i to dlatego porozumiewamy się statystyką. 

Tak wielka jest władza ksiąg, tak wielka ich powaga, dostojeństwo, godność, że nieokrzesanymi wszyscy bylibyśmy i prostakami, gdyby nie istniały, czytał w roku 1467 wenecki dux Christophoros Mauro w liście od kardynała Basiliosa Bessariona, który przekazywał miastu swą kolekcję uratowanych z upadłego Bizancjum manuskryptów. Obawiałem się bowiem - pisał - że tyle najznakomitszych ksiąg (excellentissimi libri) w krótkim czasie zostanie narażonych na uszkodzenie i zgubę. 

Kilkadziesiąt lat później, w 1532, podpisujący się łaciną Ioannes Baptista Gyraldus Cynthius w Super imitatione epistola, apologii cycerońskiego stylu, nie potrafi powstrzymać się od stwierdzenia, że niektóre natury ludzkie są do tego stopnia tępe, iż żadnym staraniem nie da się ich skalać dobrym obyczajem. Nawet jeśli to tylko dygresja (miała zilustrować zjawiska, dla których opisu nie warto angażować stylu Cicero, wzorca dobrego obyczaju), zwraca uwagę pesymizm Cinzio, który wyklucza część ludzkości - hebetes - z dobrodziejstw, wedle Bessariona przynależnych jeszcze dla omnes. Jeszcze dalej idzie Anton Maria De`Conti w De Arte Poetica, wydanej pośmiertnie w 1582 roku w Wenecji [Poetyka okresu renesansu, Wrocław 1982, s.226; jest tam też polski przekład listu Cinzio], przybliżając wybraną część ludzkości, która z dobrodziejstw literatury może czerpać: 

My więc, których umysł nasycony miłością Muz zmierza ku rzeczom wysokim i wzniosłym, miłujmy poetów, obejmijmy uściskiem, poznajmy gruntownie, im oddajmy się na własność, zwłaszcza że nie sposób znaleźć nic słodszego, nic przyjemniejszego, nic bardziej uroczego nad lekturę. 

Ponadto: 

Bo przecież umysł z czytania czerpie najmilszą rozkosz. 

Liczbę renesansowych pism, które zawierają entuzjastyczne zapewnienia, jak wielka jest literatura i jej twórcy, tylko częściowo tłumaczy obowiązujący wówczas kanon, który zachęcał do stosowania podobnych formuł. Samo jego powstanie sugeruje, że przynajmniej na początku temat był żywy i dyskutowany, skoro zaistniał później w skostniałej formie. Przemówili z powyżej cytowanych fragmentów czytelnicy zarówno obojętni na cielesne uroki życia - tych lektura miała kształcić - jak i ci o naturach zmysłowych, ale mimo to najwyraźniej lubiący sypiać w bibliotecznym kurzu może nawet bardziej, niż w sypialni z kobietą, skoro zapisane słowo obdarzało ich słodyczą tak wielką, że zechcieli o nim opowiadać. 

Co o tym mówi się dzisiaj w laboratoriach semiotyków i językoznawców, którzy kontynuują te rozważania i wznoszą je na nowe poziomy? Czy upowszechnienie czytelnictwa oraz dzisiejszy rozmiar rynku książki i produkcji literackiej nie postawiły czytelnika w sytuacji innej, nieznanej renesansowym entuzjastom pisma? Czyż każdemu, kto wejdzie do pierwszej lepszej księgarni z książkami wysypanymi na kopy, słowa De`Contiego nie wydadzą się naiwne? Albo wprost przeciwnie: dojrzałe - do odesłania ich do muzeum i prezentowania jako obyczajowej skamieliny, tuż obok pancerza i kopii Don Kichote? 

Teocentrycy i humaniści odrodzenia rozpoczynali swoje intelektualne peregrynacje od pytania, czy człowiek w ogóle ma własną jakość. Nieważne, czy ta wątpliwość zawiodła ich do Boga, czy do Muz; kalumnie pod jego adresem, jeśli tylko nie miał on książki w ręce albo nie nadawał się na opis cycerońskim stylem, padały zarówno ze strony najświątobliwszych, jak i najuczeńszych mężów. Tak jakby to w księgach odnaleźli to, dzięki czemu człowiek jest coś wart; tak jakby był niczym więcej jak tylko śladem, który pismo na nim pozostawiło. To za ich sprawą renesans stał się złotym wiekiem kościoła literaturoznawców. Przekonanie tej epoki, żeby w ślepych zaułkach deliberacji nad swoim losem zapamiętale bronić stanowiska, w którym sędzią człowieka uznaje się krytyka literackiego, jeszcze żywotne w czasach Corneille`a, dzisiaj oglądamy już tylko obojętnym okiem wizytującego w muzeum, przebiegającego spojrzeniem po reliktach przeszłości i dawnych formach umysłowych, wystawionych jako eksponaty. O niewielu rzeczach możemy przekonać się tak naocznie i wprost, że należą do przeszłości, jak o kościele i krytyce literackiej. Ich obecne bytowanie wśród żywych mówi już tylko o tym, jak bardzo zmieniły się potrzeby i sytuacja, którą im kiedyś tłumaczyły. 

W ten sam sposób Horatiańskie aut prodesse volunt, aut delectare poetae - to uczyć chcą, to bawić poeci, zastąpiły inne potrzeby czytelnicze i powody sięgania po książkę, a i sami poeci, nawet jeśli chcieliby jeszcze uczyć lub bawić, robią to już tylko względem innych twórców, będących takimi znawcami jak oni sami. Aby w ramach promocji czytelnictwa przekonać do lektury dobrze odżywionego goryla, dla którego poświęcenie czasu na książkę oznacza rezygnację z dochodowych zajęć, trzeba by mu wykazać, że wartość literatury, którą weźmie do ręki, jest wyższa od wartości pieniądza, który w tym czasie mógłby zarobić, albo przekonać go, że to, kim się stanie, będzie stanowiło coś więcej, niż to, kim jest teraz. Ktokolwiek zechciałby się podjąć takiego zadania, nie użyje jako argumentu słów kardynała Bessariona czy De`Contiego, o ile nie chce narazić się na śmieszność. Zresztą, jakimikolwiek pomysłami opatrzone byłyby te starania, dla nowowytworzonych warunków i potrzeb czytelniczych mają już zmieniony sens. Dla zaspokojenia biernej przyjemności czytania, o jaką w czytelnictwie zdaje się obecnie chodzić, nowe fabrykaty nadchodzą seriami, którym rozbudowany i obliczony na dochody finansowe proces produkcji literackiej zapewnia nieustanne pojawianie się. Można przypuszczać, że będzie to robił jak najdłużej, ponieważ wyczerpanie się tego modelu przyniesie straty jego beneficjentom i to ich rzeczą jest zrobić wszystko, by dawał zyski, czyli aby czytano choćby i najgorszą makulaturę dla samej tylko czynności czytania. Ponieważ profit z wydawanych książek nie jest zbieżny z ich wartościowością, proces rynkowy tę ostatnią marginalizuje do stanu, w którym rozmiar jej nie jest określany sztucznie, podług planów masowej edukacji lub nauki. Możemy już dzisiaj sądzić o nim, że z natury będzie niewielki, choć ostatnie słowo w tej sprawie usłyszymy po agonii europejskich uniwersytetów, których sens istnienia i użyteczność w obecnej formie są często określane jako coraz mniejsze. 

Na bezpiecznie istnienie czytelnictwa składa się stały proces kształtowania życia literackiego, obliczonego na partycypację odbiorcy odpowiednią do warunków seryjnej produkcji książek. Jak dotąd osiągany on jest z powodzeniem. Czytelnicy przyuczeni są kolekcjonować wydawnicze fabrykaty, rozmawiać o nich w trzech słowach, żonglując dziesiątkami tytułów, zanim jeszcze pamięć o nich nie została rozproszona produkcją kolejnych miesięcy. Rozmowa z tekstem, lub choćby o tekście, przestała należeć do życia literackiego, na które składa się jeszcze jego prymarna forma, akt fizjologiczny polegający na przebieganiu liter wzrokiem i wielogodzinnym wertowaniu stronic. Dyskusje składające się na treść pism literackich i artystycznych są coraz bardziej obojętne nawet tym czytelnikom, którzy przez lata nabywali wykształcenie odpowiednie, by w nich rozumnie uczestniczyć. Specjalnie preparowane warunki laboratoryjne do podtrzymania bardziej zróżnicowanego i bogatego życia literackiego pobudzają do aktywności niemal wyłącznie tych, którzy dostają za to pieniądze. 

Nie tylko literatura, ale również malarstwo i muzyka przestały być pośrednikiem kontaktu między ludźmi w stopniu o wiele bardziej radykalnym, niż miało to miejsce kiedykolwiek wcześniej. Funkcjonowanie dziedzin sztuki zawsze opierało się na pewnej umiejętności aktywnego uczestniczenia w nich przez odbiorców. Wyniesione ze szkoły umiejętności rysunku, który nawet osoby przyznające się do nieposiadania talentu potrafiły wykonać, gdyż miały za sobą minimum doświadczenia i ćwiczeń praktycznych, czy umiejętność czytania nut do zagrania prostego utworu muzycznego, wyniesiona z lekcji muzyki, podobnie jak ćwiczenia retoryki, używanej choćby do formułowania krótkich i skostniałych wypowiedzi lub pisania listów, były dawniej obecne w programie edukacji oraz wychowaniu i dawały większą sposobność rozumienia przemian, którym podlegały sztuki korzystające w stopniu mistrzowskim z tych środków wyrazu. Gwarant życia artystycznego w dawnej formie, jakim było wychowanie odbiorcy, po zmianach, które nastąpiły, głównie wskutek rozwoju nauki przejmującej niemal cały zakres edukacji, stał się wystarczający tylko do pasywnego uczestniczenia w życiu sztuki. Publiczność artystyczna, będąca wynikiem tej nowej postaci chowu ludzkiego, rekonstruuje więc życie sztuki jak tajemniczy mechanizm zabawkowy, odtwarzający formę z innej epoki. Stara się dociec, co przedstawiał, jak działał, czemu służył, kto poruszał i kto był jego odbiorcą; ogląda raczej, niż uczestniczy w sposobie jego funkcjonowania, zna je z prób imitacji, z nadawania dyscyplinom sztuki pozorów przeszłego istnienia. Właściwie tylko grono wykształconych specjalistów jest w stanie dziś w tym życiu brać udział, z reguły od razu na wysokim poziomie. Podobni są w tym do grona szachistów, którzy godzinami rozmawiają o strategii otwarć, gdy tymczasem człowiek mający za sobą kilka partii słucha ich z niedowierzaniem i próbuje sobie przedstawić, co będzie dwa posunięcia naprzód. A ponieważ publiczność pasywnie odbierająca sztukę w swej ocenie sugeruje się modą i wzorami, bo wystarczą do niewielkich potrzeb, jakie ta publiczność posiada, z powodzeniem zastąpiły one dawne dyskusje krytyczne. Dzięki nim można też łatwiej zrównać się poziomem z odbiorcą i od razu zaspokajać jego oczekiwania, kreować je i wreszcie możliwie najmniejszym kosztem mutować. 

Z chwilą, gdy szkoły zaczęły odchodzić od nauki rysunku, gry na instrumencie, czy retoryki, koniecznością stało się wymieranie publiczności, do której kierowana jest twórczość na nich oparta. Jeżeli zachowuje ona zainteresowanie sztuką, to przeważnie z przyczyn pozaartystycznych, wskutek udanej promocji i kreowania zewnętrznego zapotrzebowania u tych, którzy właściwy kontakt, wewnętrzną potrzebę, wrażliwość czy zainteresowanie już utracili. Albert Schweitzer w opisie rozkwitu niemieckiej kultury muzycznej podkreślał wagę tego, że wskutek rozwoju edukacji muzycznej w XVIII wieku za muzyka zaczyna uchodzić już tylko ten, kto sam potrafi komponować: 

Najskromniejsze talenty miały opanowaną technikę kompozycji. Ówczesnego systemu nauczania nie da się porównać z dzisiejszym
[1905 rok], nastawionym wyłącznie na odtwarzanie, był bowiem bardziej praktyczny. [Jan Sebastian Bach, Albert Schweitzer, Kraków 1987] 

Georg Telemann miał podawać, że w 1719 roku - z powodu ogromnego zainteresowania - na wykonanie jego pasji do kościoła wpuszczano tylko publiczność, która była zdolna rozumieć muzykę, składające się na nią figury i cytaty, i która czytała zapis nut podczas koncertu; posiadany drukowany bądź przepisany egzemplarz utworu był więc biletem. Jeszcze dwieście lat później reakcja paryskiej publiczności na Le sacre du printemps Igora Strawińskiego wskazuje na jej zrozumienie i świadomość użytych środków wyrazu. Obecnie sztuka współczesna nie ma po swojej stronie przełomu, który mogłaby wywołać, a jej sukces mierzony jest bierną partycypacją odbiorcy; ta zaś sprowadza się do oklasków, którymi uprzejmie zasłania on niezrozumienie lub obojętność, do czego został przyuczony na lekcjach wychowania. Tak wygląda może ostatni już resort publiczności asekurujący trwanie dawnego modelu sztuki. 

O krok dalej znajduje się katalogowanie sposobów hodowli ludzkiej, dziedzina, do której ujrzenia na horyzoncie nie trzeba mieć bystrego oka; kto wie, może uczone opisywanie form zachowania i reakcji psychicznych, na które składa się odbiór sztuki, przyniesie odświeżający powiew i oddali na trochę czekającą już swego urzeczywistnienia myśl, że koniec sztuki jest w świecie nauki równie pewny, jak koniec religii. Spośród prób tej dyscypliny warte przywołania wydaje się spostrzeżenie co do rozpoznawania jakości lektury, zawarte przez Rolanda Barthesa w eseju Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Stwierdził on w nim, że jeśli już w trakcie czytania tekstu ma sam ochotę pisać –nie o nim, a pisać w ogóle, to tym pobudzeniem do aktywności rozpoznaje dobrą literaturę. Oto więc pojawiła się myśl, że czytanie bez pisania jest rodzajem wizyty w myślowym śmietniku i utratą umysłowej własności; czy to zatem delikatność wymaga od nas, aby na tym wniosku poprzestać? Aby nie szukać nazwy dla sytuacji, w której zastąpienie pisania jeszcze większą ilością czytania - na uniwersytetach, w szkołach, czy wskutek innych przyczyn - sprawiło, że rozziew między czytelnikiem i piszącym stał się nazbyt duży, by można było przeprowadzić między nimi połączenie? 

Nie bądźmy delikatni i rzućmy okiem na ten oryginalny żywy produkt, który otoczył siebie przeczytanymi paginami i jest z tego powodu dumny, osobę z natury pasywną, która potrzebuje motoru dla swojej bierności; słowem, spojrzyjmy na czytelnika idealnego, zawsze mającego przy sobie jakąś książkę i wypatrującego okazji, by po nią sięgnąć - nawet kogoś takiego musi niekiedy ogarnąć pobudzenie lekturą, które zmusza do jej odłożenia, nawet w kimś takim wybrzmiewa gdzieś echo pierwotnej wrażliwości, które powołało literaturę do istnienia. Patrzenie na tę istotę oddychającą książkowym kurzem zniechęca do tego stopnia, że nawet wyciągnięcie do ostatniej granicy wniosku Barthesa i stwierdzenie, że lektura albo odrywa od czytania, albo jest śmieciem, wydaje się eufemizmem. Bo jeśli Dostojewski, Proust, Musil lub Beckett stali się tylko przesiadkami między okładkami i nie ma po ich lekturze przerwy, to - nie ujmując honoru Diogenesom wypatrującym ze swych cuchnących schronów światła poranka - jakim śmieciem stała się jakość odbioru literatury, jakim śmieciarzem stał się czytelnik? 

Ci spośród antropologów kultury, którzy zajmują się ludami zwanymi prymitywnymi, możliwości pamięciowe ich członków zgodnie określają jako niezwykłe. Starożytna literatura zostawiła liczne ślady potwierdzające ich słowa. Cato Starszy z pamięci miał spisać ponad sto własnych oracji - czy dzisiaj ktoś poza aktorami i dziećmi ze szkół podstawowych wyrecytuje jedną stronę prozy? Galijscy druidzi, jak przekazał nam ich rzeźnik, tajniki profesji opanowywali wyłącznie pamięciowo, w naukach mających trwać dwadzieścia lat. Mimo że znali alfabet grecki i łaciński, nie uważali, by były godne magazynowania w nich swej wiedzy. Sokrates nie pozostawił po sobie jednego zapisanego słowa; raz tylko powiedział, że pismo jest niebezpiecznym narzędziem osłabiającym pamięć. Jak więc nazwać istotę, która dobrowolnie osłabia to, co ją konstytuuje, a bez czego jej organizm służy tylko pomiarowi bieżącego rozkładu? Jeśli nie suma przeczytanych książek, a pamięć sprawia, że człowiek jest kim jest, nieliczni starożytni zechcieliby wziąć udział w promocji czytelnictwa. Już dawniej nosiło ono znamiona mody, z której szyderstwo zrozumiałe jest bez przypisów. Dzieło Lukiana ΠΡΟΣ ΤΟΝ ΑΠΑΙΔΕΥΤΟΝ... - Na tępaka (gromadzącego księgi) - pochodzi z II wieku po Chrystusie; żaden tłumacz nigdy nie musiał robić mu objaśnień. Tak łagodny jak starożytni nie był Schopenhauer, gdy szukał określeń na studentów zaczytanych w kilogramach nakupionej i zgromadzonej na półkach makulatury, ale największe bogactwo zwątpienia kryje się na stronach, których autorami są sami pisarze: 

Gutenberg, Johan Gutenberg nazywał się ów człowiek, którego diabeł spił w Moguncji reńskim winem i kazał mu w 1450 wynaleźć nową torturę ludzi niepiśmiennych i ubogich duchem. Opętany przez diabła, założył Gutenberg z niejakim Fustem pierwszą drukarnię. Od tego czasu diabelskie ziarno, jak zarazki cholery, rozmnożyło się po całej kuli ziemskiej, aby dniem i nocą niepokoić, czarować, zatruwać łakome dusze, owładnięte pychą umienia. [Sól ziemi, Józef Wittlin] 

Stanisław Vincenz sądził jeszcze, że pysze umienia, która zatruwa dusze tych łakomych i tych ubogich duchem, studentów filozofii i pasterzy w górach, by czytali bez przerwy, jak najszybciej i jak najwięcej, jeden dwadzieścia książek rocznie, inny pięćdziesiąt trzy, może oprzeć się człowiek rozsądny: 

Ludzie czytający prędko i dużo książek to barbarzyńcy. Książka dobra to jak człowiek dobry, mądry i poważny. Trudno ją poznać i zrozumieć. Każdą stronicę lepiej czytać dobrze wiele razy. Czytać piękne dzieła prędko to jakby czcigodnemu człowiekowi burknąć pod nosem “dzień dobry” albo na przywitanie trącić go łokciem – i lecieć dalej. Złe książki – prawda – można czytać prędko, ale lepiej wcale ich nie czytać. [Na wysokiej połoninie, Stanisław Vincenz] 

Niezależnie od rozwagi czytelnika w dobieraniu swoich lektur, w braku przygotowania retorycznego wszelka erudycja ma wartość bardzo niewielką, podobną znajomości historii sztuki u niechętnego choćby żartem do spróbowania swoich sił w rysunku albo u biegłego czytelnika ksiąg filozoficznych, który po ich lekturze nie spróbował imać się myślenia na własną rękę. Znaleźć się pod taką czytelniczą banderą chętni są tylko najmniej ostrożni, co zapomnieli o higienie umysłu, i już to wystarczy, by unikać odoru zakurzonej półki, który dobywa się z ich słów. Byłby jeszcze jakiś pożytek, gdyby celem funkcjonowania idei czytelnictwa miała być nauka odrzucania do kąta słabej książki po dziesięciu stronach, podobnie jak naturalnie nie korzysta się z toalety, w której ktoś napaskudził, ale zamiast tego stała się ta idea wprost peryfrazą dla mierzenia ilości przeczytanych stronic. Pod jej osłoną rodzi się ideał nowego człowieka, fabryki czytania, produkującej życie jako hipostazę lektury o poziomie poczytnej i modnej powieści na bieżący tydzień, lub pisanej pod przymusem i bez żadnej przyjemności publikacji akademickiej, przeznaczonej do czytania w takich samych katorżniczych warunkach, w jakich powstawała. 

Gerhard Richter, Abstrakcja.


Halucynacja II 

Myśleć przeciw słowu 

Kto ten ogród roznicestwił tak liściasto? 
Bolesław Leśmian 

Kim był pierwszy z naszego zakonu? Kto najpierw otrzymał miano czytelnika? Kto ośmielił się wyjść w świat cudzych pojęć i pozwolił, by wpływało nań zapisane wyobrażenie, utrwalona emocja obcego pochodzenia? Który straceniec i za podszeptem jakiego obłędu postanowił odwołać swą samotność i zdradził jej wyniosłe milczenie? 

Czym jest człowiek i jego jakość - czy może jest to tylko jakość jego uprawy? 

Próbę odpowiedzi będącej w zasięgu tych pytań podał w swej rozprawie o gramatologii z 1967 roku Jacques Derrida. Ludy, które uważane są za niepiśmienne, według niego nie posiadają jedynie znanych form pisma, a ono samo, jego nieustanne czytanie, są wspólne wszystkim żywym. Głos ten stanowi ilustrację długiej drogi, jaką przebyto od czasów Bessariona do uniwersytetu XX wieku. Miałoby być teraz tak, że pierwszym czytelnikiem jest każdy człowiek, którego wyobraźnię kierunkują strach i emocja, nadające zewnętrzności przymiot i wyodrębniające z niej jego - człowieka sprzed mowy - bezwyrazowe milczenie. Podług tej teorii prapismo, poprzez immanentne umysłowi ludzkiemu stosowanie metaforyzacji, która przenosi zapamiętane emocje lub znaczenia słów na inne, ma jednocześnie zarówno antycypować nowy wyraz, jak i być efektem pozostawionego przezeń śladu, wpływać i zmieniać za każdym razem rezerwuar znaczeń, z których człowiek korzysta. Ma on sięgać prapisma najpierw i dopiero nim tworzy inne rodzaje ekspresji, jak choćby mowę, system wtórny i już nie tak naturalny. 

Przyjęcie tej koncepcji nie przychodzi naturalnie i wymaga pewnej woli. Sam jej autor w późniejszych pracach już nie podejmował tematu w ten sposób. Co jednak powiedziałby sceptyk absolutny, który podchodzi z równym powątpiewaniem nawet do słów Bessariona? Dla niego nie znajdzie się nic wymowniejszego nad bezpośrednie doświadczenie, wynikłe z tego minimum funkcjonowania literatury, które da się naocznie zaobserwować. Przejawem jego może być stosunek władzy do pisma i czytelnictwa, z którego pozwólmy mu spróbować dowiedzieć się rzeczy dlań pewniejszych, niż przy użyciu endoskopu w formie semiologii lub psychoanalizy. Czy wnioski, do których dojdzie, będą różnić się od tych, do których dochodzili ministrowie dekonstrukcjonizmu? 

Najpiękniejszy możliwy totalizm władzy znany jest z mitów: anioły unisono śpiewające niekończący się hymn na cześć ich władcy. Nieudane próby naśladowania tego reżimu na ziemi dają naszemu sceptykowi ciąg historycznych precedensów możliwych do wymienienia ciurkiem. Wszystkie są bezpośrednio związane z literaturą, dają jej obraz i warunki tworzenia oraz recepcji, które pozwolą mu wysnuć parę przypuszczeń. 

Najpierw w oczy rzuca się chęć zaistnienia, która pali istotę śmiertelną, gorączkującą zarówno od własnych fantazji, jak i od braku atencji ze strony innych. Horatius w Carmen saecularum niewiele różni się od piszących dwadzieścia wieków później autorów Ód do Stalina, które miały unieśmiertelnić Augusta minionego stulecia. Czym różni się poeta od schorowanej sąsiadki, która zrzuca na nas ciężar swoich dolegliwości i ze szczegółami opowiada o bolesnych strupach? On także zniesie zbyt wiele, byle tylko opatrzone jego imieniem produkty ktoś poznał. Jeśli chodzi o dzisiejszy reżim, przypominam sobie wywiad z Jackiem Bocheńskim opublikowany kilka lat temu w jednym z czasopism. Pisarz opowiadał o losie książki, której nakład trafił do sprzedaży. To, co nie sprzedało się w ciągu miesiąca, wróciło na półki magazynów, bo księgarnie zasypała makulatura innych autorów wpisanych do kalendarza wydawniczego. Ponieważ do wynajęcia i utrzymania magazynów potrzebne są pieniądze z cyrkulacji kolejnymi książkami, dla których za parę tygodni też trzeba znaleźć miejsce, wydawca zapytał autora w rozmowie telefonicznej, czy może zniszczyć nakład książki. Nawet nie ona sama, a mówiąc wprost nakład jej nie wpisał się politykę generowania zysków i musiał przepaść. Wzorem najlepszych dyktatur pieniądz również korzysta ze stosów. 

Uzależnienie książki od procesów rynkowych gwarantuje funkcjonowanie jej odpowiednie do pomysłów beneficjentów decydujących o wydawanych tytułach i ryzykujących swoje pieniądze w przypadku nieudanej sprzedaży. To oni utrzymują stare i produkują nowe kierunki, formy, gatunki, a także organizują wokół nich adekwatne do tej produkcji życie literackie i gwarantują istnienie tego przedsięwzięcia. Fabrykowanie tekstu i jego czytelnictwa nie wydaje się wobec powyższego zagrożone. Jakość owej literatury silnie zespolona jest z formowanym w tym procesie czytelnikiem, który, tracący narzędzia do aktywnego odbierania tekstu, czytać będzie wkrótce może nawet wszystko na chwałę idei czytania. Koncepcja Derridy daje idei czytelnictwa podobnie optymistyczną prognozę. Widziany jako rodzaj ipsografonu, człowiek musi używać pisma tak długo, dopóki nie przekroczy swego gatunku. Jeśli zasady funkcjonowania pisma stają się czytelnikom coraz mniej jasne i stosowane półświadomie, a do tego prowadzi model biernego czytelnictwa, to pewna część tej wiedzy zawsze zachowa się w immanentnej człowiekowi zdolności metaforyzowania treści. Powrót do pisma obrazkowego wydaje się w tej sytuacji równie atrakcyjny co dalsze korzystanie z pisma linearnego. Jego koniec, o którym napomknął Derrida w swej pracy, nie wydaje się tak nieprawdopodobny, jak mógł być w 1967. 

Być może rzeczywistość okaże się łaskawsza nad te dwie wizje. Sceptyk chciałby tak myśleć, ale częściej już wydaje mu się, że aby przywrócić - lub nadać? - wartość słowu, trzeba by się zwrócić o pomoc wprost do nieśmiertelnych bogów. I nie jest mu wtedy straszne to, że ci już wymarli, a na ich przydeptanych grobach od dawna zielenieje trawa, ale to, że nagle on sam zobaczył siebie w roli, do wystąpienia w której gorset wiary, podobnie jak tą samą nicią szyty gorset aprioryczności, odrzucał wielokrotnie z powodu niewygody i niepowagi, które weń wzbudzały.

*

Słowo dobiega zewsząd, bez odpowiedzi na pytanie, po co je wypowiadać, po co słuchać, po co czytać, po co otwierać umysł na bełkot i wyrzekać się samotności. Słowo, za sprawą którego objawy zmęczenia i sny o sekluzji są oznaką, że organizm jeszcze nie poddał się dekadencji.

My, barbarzyńcy tego słowa - my, czytelnicy - sami sobie odpowiadamy, po co nam książka. Jedyna zapłata za bycie zatrutym literaturą leży w zadaniu tego pytania, w krótkiej chwili zanim nadchodzi odpowiedź, która dziś może być już tylko jedna, a przez to, że jest odpowiedzią, zawsze też jest błędem. Ale zanim nadchodzi ten śmiertelny błąd, zanim pojawia się w umyśle to zbędne peccatum odpowiedzi, czy widzicie, gdzie się znaleźliście, czy rozpoznajecie to miejsce? Ustroń, gdzie milczenie nigdy nie zostało rozproszone, a w cieniu zamordowanej wyobraźni gnije słowo, owoc odpadły od chorej rośliny. Istnienie jest tam czyste i przenikliwe jak samotność, wokół której rozpościera się krajobraz bez imienia.