piątek, 7 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 29 sierpnia 1940 (6)


Priorytety Niemców:

Wysoki: lotniska
Średni: zakłady przemysłowe, porty, miasta
Niski: radary

Szósty dzień nalotów rozpoczęła niespodziewana próba zbombardowania radaru w Rye. O 10 rano wykrywam mały rajd Niemców. Wykrycie jest bardzo późne, więc znam tylko te dwa słowa: mały rajd. Radarów trzeba bronić choćby wszystko inne się waliło, więc posyłam całość dostępnych w tak późnym wykryciu sił: 4 dywizjony Hurricane`ów. Określam, co leci - a tu niespodzianka. Nalotu na radar nie będzie, bo zamiast tego zmierza na moich lotników silna ekipa myśliwców (4 grupy), by wysprzątać angielskie niebo na przyszłe godziny. Starcie Hurricane`ów z Bf-109 jest bardzo trudne, angielski samolot ma przewagę jedynie w sile ognia. Ponoszę wysokie straty nie zadając praktycznie żadnych.
Dornier 17

Szczęśliwie przez następne godziny na niebie cisza. Dopiero o 14 znowu wykrycie “małego rajdu” na lotnisko Kenley. Patrolują tę okolicę 3 dywizjony – zerkam, co rzucają do walki Niemcy. Leci... jedna grupa Bf-109, która w dodatku traci kurs w chmurach i zawraca do bazy. Do walki nie dochodzi.

O 16 kolejny nalot, tym razem na port Southampton. Wykrycie i wywiad podają więcej szczegółów: lecą dwie grupy. Coś dzisiaj słabizna. Szkopy mają chyba Sommerferien. Trudno nazwać to dniem nalotów. Posyłam im naprzeciw po 2 dywizjony Spitfire`ów i Hurricane`ów i jestem pewny całkowitego zwycięstwa. Angielskie samoloty spadają na Bf-109, które eskortują Ju-88. W walce powietrznej Messerschmitty zostają odpędzone i wracają do bazy,  rzucam się na Junkersy i roznoszę je w pył. Żadna bomba nie spadła na Southampton.

I na tym kończy się ten dzień. Naloty na pół gwizdka. Grający RAF-em nigdy nie wie, jak będą wyglądały. System gry komponuje je z losowo dobieranych kart oraz rzutów kostką określającym wielkość rajdu, ten rzut zaś podlega paru modyfikatorom i innym kartom wydarzeń. Tak się składało dzisiaj, że rajdy przypominały raczej partyzanckie wypady. Ale to dobrze. Czas mija, na angielskich lotniskach szkolą się nowi piloci.

Punkty Zwycięstwa: 6 dla Niemców.
Rezerwy Anglików: Spitfire 21, Hurricane 23, piloci 3
Rezerwy Niemców: myśliwce 8, bombowce 22
Pierwsze bomby spadły na Londyn 24 sierpnia 1940. Było to przypadkowe bombardowanie, wbrew rozkazom dowództwa. Niemieckie bombowce myląc cel (z powodu zachmurzenia) zrzuciły ładunki  na miasto.  W odwecie za to bombardowanie 25 sierpnia RAF posyła 17 Wellingtonów (takich jak te na zdjęciu), 12 Hampdenów i 9 Whitley`ów na Berlin. Niemiecka stolica również zostaje zbombardowana.
Staram się notować tu na bieżąco wszystkie wrażenia z gry, również te negatywne, więc o jednej rzeczy powinienem w tym miejscu wspomnieć. Po rozegraniu 6 dnia bitwy o Anglię pojawiło się zmęczenie tematem. Tak to jest przy grach solo. Co prawda wydaje mi się, że w RAF-ie powtarzalność jest nieco mniej odczuwalna, niż w D-Day at Omaha Beach, ale autorski sznyt Butterfielda + specyfika samotnej gry dają o sobie znać. 
 
Jest coś takiego w grach tego projektanta, że ruchy, które mamy do wykonania, robi się dość szybko. Na pewno są przy nich decyzje do podjęcia i w ogóle wszystko jest cacy pod tym względem, bo wpływ gracza na grę jest duży. Ale wprawny gracz decyzje podejmuje w pół minuty, max w minutę. Potem nadchodzi seria ruchów SI oraz kilka obsługowych spraw do zrobienia, które pochłaniają kilka razy więcej czasu i stąd wrażenie monotonii i bycia jednym z trybików zegarka. Trzeba jednak przyznać, że RAF ma mało działań SI, bo plansza liczy ledwie kilkanaście pól oraz 4 pola walki, na które przenosi się zaangażowane do nalotu jednostki: Hunt Box, Bomb Box, Channel Box i Close Escort Box. W innej grze Johna Butterfielda, D-Day at Omaha Beach, SI musi obsłużyć wiele heksów i gra jest przez to bardziej monotonna. Tak czy owak, przy graniu dłuższych scenariuszy od takich gier trzeba co jakiś czas odsapnąć, a to paradoks, bo najbardziej zachęca mnie do nich właśnie możliwość gry długodystansowej, zostawienia planszy na jakiś czas i rozgrywania długich kampanii, choćby takich jak obecna. Inne zabawne spostrzeżenie mam takie, że właśnie z powodu znużenia obsługą, gry solo często są o wiele mniej przyjazne do samotnej gry, niż gry dwuosobowe (wojenne), które zwykle też da się rozegrać samemu, ale przez to, że wykonuje się ruchy obiema stronami, ciągle podtrzymują uwagę grającego i nie nużą tak mocno, jak odtwarzanie ruchów wykonanych przez SI. Jest tak przynajmniej w grach autorstwa Butterfielda; pułapki, w które wpadają gry innych projektantów, to temat na osobny wpis, może osobne relacje z tych gier. Muszę tu jednak wyraźnie zaznaczyć, że RAF narrację snuje ciekawie i na niezmiennym poziomie. Zachęca też do szukania na własną rękę przyczyn różnych modyfikatorów i przyjemnością jest wyszperanie jakiejś informacji, która zgadza się z systemem gry. Jest wyraźne poczucie, że autor naprawdę zagłębił się w temat tej kampanii, żeby wydobyć wszystkie jej istotne cechy i pokazać je grającemu. 

A jednak gra solo nuży i trzeba zrobić przerwę. Choćby dla kontynuowania tej historii rozegram bitwę o Anglię dalej, ale gdyby nie chęć dokończenia tych zapisków i rozegrania tej opowieści do końca, pewnie bym myślał wkrótce o złożeniu planszy. Sporą rolę odgrywa w tym chyba pewna łatwość gry. Mimo wszystko zagrożenie niemieckie jest do opanowania. Jeszcze nie ma września, a mam poczucie, że zaczynam kontrolować sytuację. Historycznie przełom miesiąca to był dla Anglików najtrudniejszy moment kampanii: mieli zniszczone radary, zbombardowane lotniska; ja chyba miałem szczęście, że tak szybko zmieniły się w mojej partii niemieckie priorytety. Ale nawet bez tego gra nie wydaje się być aż tak wymagająca dla dowodzącego Fighter Command. Zapewne wariant, w którym gra się Niemcami, jest o wiele większym wyzwaniem.

Brak komentarzy: