niedziela, 16 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 13 września 1940 (10)

Dygresja wojennicza
W połowie września rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu
Mam problem ze znalezieniem odpowiedniej formy na pisanie relacji z tej gry. Wyliczanie dni, godzin, celów i sił niemieckich wysłanych nad Anglię w każdej misji znudziło się już nawet mnie, który rozumie, o co tu chodzi i skąd opisywane dane się biorą. Mija się to zresztą z przyjętym na początku założeniem, czym miała być ta relacja. Spróbuję chociaż trochę naprawić tę omyłkę i jeszcze raz wskazać, co jest tematem gry i na czym polega rola grającego. Przede wszystkim przyjmijmy właściwą perspektywę i wróćmy do podstaw.

RAF: The Battle of Britain Johna Butterfielda to gra w skali operacyjnej. W ogóle nie tyka ona taktycznych szczegółów walki powietrznej, toteż po kilku godzinach nalotów – a co dopiero po kilku dniach – gracz rzuca na pamięć i w kółko kostką sześcienną i wprowadza na planszę rezultaty walk, powtarzając wielokrotnie tę samą procedurę, która czynnik taktyczny bitwy o Anglię rozstrzyga elementem losowym. Gracz nie dowiaduje się z gry w zasadzie niczego, co dawałoby mu wyobrażenie o tym, jak latano, które parametry samolotów były cenione i czym w szczegółach różniły sie one między sobą; nie dowiaduje się też, jak współdziałano ze sobą w powietrzu, czy używano jakichś formacji i jeśli tak, to jakich. To nie istnieje w tej grze. Fabularyzując w tych wpisach rzuty kostką i przedstawiajac rozgrywkę w ten sposób oddalałem się cały czas od tego, o czym gra próbuje opowiedzieć.

Sercem RAF-u jest wyznaczanie godzin i rejonów patroli oraz decyzje, w jaki sposób odpowiadać na naloty, jaką siłą i skąd. Robiąc te wpisy powinienem był skupić się na przedstawieniu mechanizmów odpowiedzialnych za te elementy gry. Jeśli więc jakiś szalony czytelnik dotrwał do tego momentu i uparcie czyta tę relację, pozostaje mi przeprosić go za wprowadzanie w błąd oraz ukłonić się za wytrwałość. Myślę, że dobrnąć tutaj mogli wyłącznie ci, którzy albo są tak zainteresowani grą Johna Butterfielda, że chłoną każde zdanie na jej temat, albo tak lubią czytać tego bloga, że wybaczają jego autorowi przynudzanie oraz błędne decyzje. Miło was tutaj gościć.

Dygresja blogerska

Błędne decyzje pisarskie autora bloga są na szczęście nieszkodliwe i nie przynoszą takich rezultatów, jakie przyniosłaby Anglikom błędna strategia obrony wyspy w 1940 roku. Chciałoby się nawet rzec, że pisanina jest zawsze niewinną próbą, która nikomu nie przynosi krzywdy. To jednak nie do końca prawda. Do pewnego stopnia strategie pisarskie pierwszych dekad dwudziestego wieku pomogły rozpowszechnić i oswoić przemiany ducha inspirowane przez baronów przemysłowych i prometeuszy dzisiejszego lepszego świata, którzy z artystów uczynili swoich pupilków i pomogli im puszczać ich ujadanie przez megafony.
Bombardowanie Londynu trwało co dzień przez prawie 2 miesiące

Noi vogliamo cantare l'amor del pericolo, l'abitudine all'energia e alla temerità – zwiastował anioł nadchodzącego pokolenia w 1908 roku, a wyrocznię jego publikowano na pierwszej stronie każdej gazety chcącej uchodzić za nadążającą za duchem czasów. Niedługo później Europa składała się z milionów futurystów okopanych za siatką z drutu lub, w drugim pokoleniu, przemierzających Europę pojazdami pancernymi, a siatkę z drutu pozostawiających dla cywilów. Niewinna miłość do niebezpieczeństwa, nawyk do energii oraz gwałtowności w imię tego, by nie pamiętać o spokojnej przeszłości – jeśli na czymś zależy sprzedawcy towaru, to uczyni on z artysty kreatora całego kierunku, a z kierunku obowiązującą modę i szanowaną estetykę, choćby była to gra chochlą na patelni, pisanie listów po ciemku lub malowanie farbą olejną z użyciem szczoteczki do zębów. Odpowiednikiem tej rąbanej siekierą estetyki jest dziś zmuszanie publiczności do nadążania za tzw. światem informacyjnym. Po przemówieniach kilku ministrów, po kilku obejrzanych rozmowach na najwyższych szczeblach, które brzmią jak poematy Marinettiego, człowiek, który do takiej sztuki nie przywyka na co dzień, nie będzie miał innego marzenia, jak wrócić do czytania książki o belle epoque jak do schronu przeciwbombowego. Nigdy przedtem równie mocno nie domagało się odpowiedzi zapytanie, czy to ten, kto nie ma TV i Internetu, nie wie, w jakim świecie żyje, czy też jest na odwrót?
 
Noi vogliamo glorificare la guerra - sola igiene del mondo - il militarismo, il patriottismo, il gesto distruttore dei libertari, le belle idee per cui si muore e il disprezzo della donna. Chcemy wysławiać wojnę – jedyną higienę świata – militaryzm, patriotyzm, destrukcyjny gest wyzwolicieli, piękne idee, za które się umiera, oraz pogardę dla kobiety.

Autor Bombardamento di Adrianopoli byłby niepocieszony widząc, że RAF w mojej rozgrywce, czasu gry 13 września 1940 roku, nie tylko zestrzelił wiele myśliwców i nie dopuścił do części bombardowań, ale w ogóle był o włos od wyperswadowania Hitlerowi, że inwazję na wyspy należy odwołać. Zanim jednak skończę tę przydługą dygresję i napiszę, jak powinien wyglądać raport gry w RAF, który powiedziałby czytelnikowi o grze od właściwej perspektywy, a zarazem miał szansę utrzymać jego zainteresowanie, pociągnę choć w paru słowach przyjęty na początku modus scribendi:

13 września 1940

Niemcy otrzymali priorytet wysoki dla ataków na lotniska, średni na porty i zakłady przemysłowe oraz niski na miasta i radary.

Zaczęli o 8 rano i do godziny 18 przeprowadzili 6 dużych nalotów: dwa na lotnisko Hornchurch, jeden na lotnisko Middle Wallop, kolejne na fabryki w Rochester oraz w Bristolu, oraz mały rajd na radar w Beachy Head. Taktyka atakowania niemieckich samolotów tylko przy własnej przewadze okazała się dla RAF-u skuteczna. Postanowiłem tak dokończyć grę i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Duże naloty atakuję wyłącznie wtedy, gdy radary wcześnie wykrywają Niemców i mogę zareagować szybko. W grze oznacza to możliwość wsparcia atakowanego sektora przez siły RAF-u z innych rejonów. Jeśli nie mogę uzyskać przewagi, nie wysyłam nawet jednego samolotu. Niemcy wtedy nadlatują i bombardują cele bez strat własnych. Tocząca się kostka oznacza rozmiar zniszczeń. Wyjątek robię przy obronie radarów – zawsze staram się przeszkodzić atakom na nie, na szczęście bardzo rzadkim. Z perspektywy militarnej najbardziej na rękę byłyby mi bombardowania miast i śmierć cywilów. Taki obraz daje gra, zgodny z historią.

Po całym dniu powietrznych walk nad Anglią, w czasie których dzięki oszczędnemu gospodarowaniu siłami i graniu nie tak, jak Niemcy chcą, ale do własnej melodii – czyli traktowaniu ich jako celów, które należy atakować, a nie przed którymi należy się bronić, wynik przedstawia się następująco:

Punkty Zwycięstwa: 18 dla Anglików (przy 19 byłoby zwycięstwo strategiczne nad Niemcami. Od 11 września każdy dzień ma przypisaną liczbę Punktów Zwycięstwa – ujemną oraz dodatnią – poza którą gdy wynik wychodzi, gra kończy się i inwazja wchodzi bądź w fazę przygotowań, bądź też jest odwołana. Dla każdego kolejnego dnia września liczba ta maleje (czyli z przedziału 19/-19 spada do 17/-17 itd. Wystarczy więc, że w następnym dniu nalotów utrzymam obecny rezultat i wygrałem, Hitler odwoła inwazję.)

Rezerwy angielskie: Spitfire 19, Hurricane 23, piloci 1
Rezerwy niemieckie: myśliwce 0, bombowce 14, punkty wyczerpania Luftwaffe 7 (przy 8 punktach wyczerpania Luftwaffe zaczyna nie nadążać z nadrabianiem strat; ujawniają się też pierwsze oznaki coraz niższego morale pilotów niemieckich maszyn).

Kilka myśli o właściwym wyglądzie relacji z partii w RAF

Londyńczycy kładą się do snu
Jest takie powiedzenie wojenników, że gra wojenna jest tak dobra, jak dobre są jej zasady o zaopatrzeniu. W przypadku RAF-u gracz w ogóle nie musi martwić się o zaopatrzenie, ponieważ działa u siebie i jest stale zasilany nowymi punktami rezerw Spitfire`ów oraz Hurricane`ów. Nie musi rozciągać linii zaopatrzeniowej, zapewniać paliwa itd., bo wszystko jest na lotniskach, a gra nie przedstawia skali strategicznej, w której chodziłoby o pozyskiwanie i zapewnianie dopływu tych środków.

W przypadku RAF-u idealna relacja byłaby fabularyzowanym (lub nie) raportem logistyka. Można by się z niego dowiedzieć, o której godzinie i z którego lotniska zostały posłane na patrol samoloty kolejnych dywizjonów, jaki sektor patrolowały, kiedy wróciły oraz ile czasu zajmie przygotowanie tych maszyn do kolejnego patrolu, w czasie którego inne maszyny muszą być poderwane i obecne na angielskim niebie. Istotna byłaby też liczba samolotów na każdym jednym lotnisku. Jako że dzień nalotów w grze składa się z 12 godzin (rozgrywanych w turach po 2 godziny), gracz musi przez ten czas gospodarować dostępnymi środkami. Stosując jednostki czasowe z gry - patrol trwa 2 godziny, po których dywizjon, jeśli nie poniósł strat i może być gotowy do dalszej służby, potrzebuje 2, a czasem 4 godzin na przywrócenie do gotowości bojowej. Na lotnisku w Hornchurch mamy 4 dywizjony. Jeśli poślemy dwa o 6 rano, to musimy liczyć się z tym, że na 8 rano będą dostępne tylko pozostałe 2. Na godzinę 10 te z pierwszego patrolu powinny już być gotowe, ale może się zdarzyć tak, że będą gotowe dopiero na 12 albo też że wskutek ciężkich walk w ogóle nie wrócą już tego dnia do działań. I tak na każdym lotnisku. Do patrolowania jest 15 sektorów, do dyspozycji jest 14 lotnisk. Na niektórych stacjonują 2 lub 3 dywizjony, na żadnym nie pomieścimy więcej niż 4. Z relacji, które napisałem, powinno być oczywiste, że 2 dywizjony nie są zbyt wielką siłą i że Niemców trzeba atakować większymi grupami. Okazje, które na to pozwalają, są określane w znacznej mierze przez los (tak długo, jak radary działają). Wczesne wykrycie pozwala wysłać na zagrożony sektor samoloty z okolicznych lotnisk. Gracz na ten element nie ma jednak żadnego wpływu – może poza tym, że powinien starać się, by wykrywalność wroga była zachowana, czyli aby radary funkcjonowały. Ich uszkodzenia mają decydujący wpływ i wydaje mi się, że tylko ich stałym bombardowaniem Luftwaffe ma szansę unieszkodliwić RAF. Zadawanie krwawych strat RAF-owi nie przynosi efektów wobec szybkiej produkcji kolejnych samolotów, choć w czasie ciężkich walk może pojawić się problem z niedoświadczonymi załogami, którymi trzeba będzie obsadzać maszyny.
zniszczenia dokonane minami zrzucanymi na spadochronach

Biorąc powyższe pod uwagę, zaczynając relacje z gry powinienem był wybrać jakieś lotnisko i na jego przykładzie przybliżyć, jak działa ruch na nim i z jakimi problemami się spotyka, jakie dywizjony na nim stacjonują i w jakim są stanie. Powiedziałoby to więcej o grze.

POST SCRIPTUM

Oprócz gry RAF: The Battle of Britain, która problem zaopatrzenia zamieniła na kłopoty logistyczne, temat zaopatrywania wojsk jest elementem innych dobrych gier solo. D-Day at Omaha Beach, gra tego samego autora, z pozoru wyda się zasiadającemu do niej wojennikowi grą w zdobywanie bunkrów i umiejętne wykorzystywanie własnych wojsk przy minimalizowaniu strat. Zrozumienie tego nie daje jednak zwycięstwa w grze, ono tylko umożliwia ją do ostatniego etapu, po którym gracz przekonuje się, że właśnie przegrał. Istotne jest bowiem zabezpieczenie linii komunikacyjnej (na wzór linii zaopatrzeniowej), bo tylko dzięki niej można wejść desantowanymi żołnierzami głębiej w pozycje niemieckie i realizować właściwe cele desantu. Inne świetne gry solo – Silent War i Steel Wolves autorstwa Briena Millera – z pozoru przedstawiają walkę okrętów podwodnych ze statkami nawodnymi wrogich państw (odpowiednio Japonii i Anglii/aliantów). Właściwym ich tematem i problemem do pokonania przez grającego jest jednak rozciąganie linii zaopatrzeniowej do baz; linii, która będzie pozwalała okrętom podwodnym utrzymywać się daleko i długo na patrolu, bo tylko wtedy okręt może dawać jakieś “wyniki”. Pozostałe elementy tych gier – ataki na statki handlowe, wykrycie przez niszczyciele, walka – są dodatkami, podobnie jak w RAF-ie, rozstrzyganymi przez element losowy. Decyzje w tych grach solo polegają na zbudowaniu działającego systemu komunikacyjnego, zaopatrzeniowego czy logistycznego, zapewniającego maksymalne wykorzystanie dostępnych środków, żeby można było sobie dzięki nim porzucać kostkami i dopowiedzieć w wyobraźni całą resztę.

4 komentarze:

Adrian Borejko pisze...

Abstrahując od samej gry. Jeśli się nie mylę to zdjęcie z metra na dzielnicy na której mieszkałem z dwa lata - Bounds Green.
Kiedyś też zwiedziłem per pedes apostolorum linię obrony Londynu (bodajże Lee Valley).
Podróżując po UK często znienacka w najbardziej nieoczekiwanych miejscach potrafią się wyłonić linię obrony np.bunkry.
Generalnie tylko katedra w Norfolk jest świadectwem destrukcji drugiej wojny światowej jakie my, Polacy znamy.

Tajemniczy Pan C pisze...

Nie byłem w Norfolk, ale jak mieszkałem w Stratford-upon-Avon, to przy różnych okazjach jeździłem do Coventry. Szkielet katedry w centrum miasta zastał mnie kiedyś zupełnie niegotowego na taki widok w samym środku Anglii. Zrobił na mnie bardzo ponure wrażenie. W ogóle, całe centrum Coventry przypomina polskie miasto. Zbombardowane do szczętu i wybudowane od nowa we współczesnym klimacie. Brzydkie jak noc.

Uwielbiam Anglię między innymi przez to, że gdziekolwiek człowiek tam się nie ruszy, widzi przeszłość, która przeplata się z teraźniejszością. Dla mnie, przed emigracją nie mającego kontaktu z zagranicą, był to szok, że przeszłość do tego stopnia może być obecna.

Adrian Borejko pisze...

Myślałem oczywiście o Coventry, napisałem Norfolk.
Przepraszam.
Przeszłość może jest i obecna, ale Brytyjczycy mają zupelnie inne podejście do historii niż my. Tak mi się wydaje.

Tajemniczy Pan C pisze...

Pewnie tak. Oni są uwięzieni w brytyjskości, my w polskości. Poza inną historią narodów, sama mozaika europejskich systemów edukacyjnych też robi swoje. Ciekawy temat do dyskusji, ale i ciężki, bo łatwo o generalizację i duże błędy.

Trudno mi nawet zdefiniować, jakie podejście do historii mają Polacy. Strzeliłbym, że nierzadko przejawia się w nim resentyment. Trudno, żeby tak nie było, ale czy to dobrze? Z nim podejście do historii nie ma na celu wyciągnięcia z niej jakiejś nauki, a raczej chęć odbicia krzywd lub pompowania swojego ego; to one stają się motorem do podtrzymywania wiedzy historycznej.

Nie wiem, jakie ty masz podejście. Czy potrafiłbyś je określić? Kiedy o tym teraz myślę, to mam problem. Wbrew pozorom, np. notkom na tym blogu, mój stosunek do historii opiera się w większym stopniu na jej negacji, niż aprobacie lub szukaniu w niej obiektów kultu. Nie uważam, by historia była niezbędna jako znajomość tzw. faktów. Ekonomia mogłaby z powodzeniem zająć sporo miejsca, które poświęca się w szkołach nauce historii – może wtedy i sama historia byłaby rzeczą przyjemniejszą w poznaniu. Myślę nawet, że lepiej żyłoby się na tej planecie, gdyby świadomość historyczna znikła. Oczywiście to kompletna abstrakcja i fantazja, tak się nie stanie, czas historii zastąpił czas mitu, więc coś trzeba z historią zrobić, a skoro tak, to lepiej ją jednak poznawać. Mam jednak przeczucie, że historia zgromadziła w sobie więcej zła, niż dobra, i więcej człowieka krzywdzi, niż czyni mu dobrego – nie pozostawia mu też wyboru, po prostu jest. (Nie będę bronił powyższego twierdzenia jak własnej ręki, to tylko przeczucia.) Może kiedyś wyłoni się jakaś nowa epoka (pohistoryczność?), ale dzisiaj to trudne do wyobrażenia. Człowiek, który będzie w niej żył, spojrzy na nas tak jak my patrzymy na człowieka mitycznego/prehistorycznego, twórcę mitów spoza czasu; jak na coś zupełnie niezrozumiałego.

Wracając do meritum, bo trochę odleciałem w abstrację: jeśli historia coś potwierdza, to najpierw to, że imperia i narody upadają i znikają. My przegraliśmy, Anglików to dopiero czeka. Może z braku tego doświadczenia ich arogancja, większe lekceważnie historii? O ile rzeczywiście przodują w tym bardziej od nas czy od innych. I o ile naprawdę nie powinno się im tego zazdrościć. Mają więcej czasu na ekonomię i pewnie z niego korzystają.