wtorek, 4 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 11 sierpnia 1940 (1)


To będzie seria kilku lub kilkunastu wpisów o grze RAF: The Battle of Britain 1940 autorstwa Johna Butterfielda. Będzie to zwykły raport z rozgrywki, choć spróbuję przy okazji zamieścić kilka uwag, które może przydadzą się komuś zainteresowanemu. Na wstępie dodam, że kilka pierwszych notek będzie przeniesionymi (pewnie też poprawionymi i uzupełnionymi) wpisami z forum strategie.net.pl, gdzie przedstawiłem już część rozgrywki (rozegrałem kilka pierwszych dni nalotów). Chciałbym nieco ożywić tego bloga, więc przekleję te wypociny tutaj i w tym miejscu raport będzie kontynuowany. Przy okazji spróbuję tu zamieszczać na gorąco jakieś uwagi i wrażenia związane z grą, a może upchnę też parę historycznych ciekawostek.

RAF: The Battle of Britain 1940 pozwala zagrać solo zarówno stroną angielską, jak i niemiecką, ale jest też wersja pozwalająca rozegrać partię dwóm graczom. Każdy obejmuje wówczas dowodzenie siłami powietrznymi wybranej przez siebie strony. Ta możliwa wielostronność narracji jest czymś bardzo interesującym, zwłaszcza że w gry historyczne gra się (a przynajmniej ja gram) głównie dla narracji. Punkt widzenia jest w nich kluczowy, a możliwość jego wyboru – na pewno ogromną zaletą RAF-u. Pudło do gry zawiera w związku z powyższym trzy instrukcje (każda ma około 20-30 stron) oraz dwie różne plansze dla odpowiednich wariantów gry. W  prowadzonej przeze mnie rozgrywce narracja opierać się będzie o wariant solo, w którym dowodzę Royal Air Force.


Hugh “Cadrach” Dowding
Dowódca Fighter Command
Jesteśmy niecałe dwa miesiące po upadku Francji. Wiekszość, zapewne również sam Hitler, jeszcze nie wyszła z szoku. Gra rozpoczyna się dokładnie 11 sierpnia 1940 roku. Tę datę proponuje autor – walki rozpoczęły się wcześniej, jeszcze w trakcie kampanii francuskiej, ale głównie o dominację nad kanałem La Manche. Unternehmen Adlerangriff, w czasie której Niemcy rozpoczęli właściwą próbę złamania RAF-u, przypadł na 13 sierpnia i przeniósł cały ciężar zmagań na wyspę. Wszystko miało zakończyć się desantem niemieckich sił lądowych. Warunki zwycięstwa przewidują albo odwołanie lądowania, albo rozpoczęcie ostatecznych przygotowań do niego po uznaniu, że RAF jest niezdolny do powstrzymania desantu. Gra ustala ostatni dzień kiedy można dokonać lądowania na 10 października. (W rzeczywistości ze względu na największą wysokość pływu najlepszymi datami desantu byłyby 5-9 sierpnia, 2-7 września, 1-6 października i 30 października - 4 listopada.)

Warunki zwycięstwa po raz pierwszy sprawdzane są 11 września. Wcześniej partia może zakończyć się tylko automatyczną wygraną, jeśliby któraś ze stron osiągnęła miażdżącą przewagę w powietrzu. Mówiąc językiem gry – przewagę w punktach zwycięstwa, które przydzielane są głównie za zadawanie strat; Niemcy dostają je też za udane bombardowania.

11 sierpnia 1940

Szkopy zaczęły o 6 rano nalotem na radar w Rye. Ponieważ wykryłem ich dość wcześnie, przechwyciłem większość bombowców. Była jatka, straty po obu stronach, ale niestety bombardowanie dwóch grup na Heinklach-111 okazało się celne i radar został na dzień dobry uszkodzony. Co gorsza, o tej samej godzinie Niemcy przeprowadzili drugi rajd w tym samym sektorze, tyle że na lotnisko w Biggin Hill. Jakimś cudem resztką zachowanych samolotów przechwyciłem go w całości, choć efekty nie były aż tak dobre, jak się zanosiło, a lotnisko ostatecznie zostało lekko zbombardowane.

O 8 rano bomby zbudziły ostatniego śpiocha na lotnisku w Hornchurch. Szczegółów nie pamiętam, ale jakoś wyszło, że był to dość niespodziewany nalot i nie bardzo mogłem się na niego przygotować. Messerschmitty-109 (czyli Bf-109 – Bayerische flugzeugwerke) nieźle przetrzebiły mi jedyne dwa poderwane dywizjony, a nalot przeprowadziły Junkersy-87. Źle to wyglądało, na płycie lotniska straciłem sporo samolotów. Na godzinę 10 przyszła kolej na port w Dover, gdzie podobnie - nie dałem rady przechwycić drugiej grupy Ju-87, choć postrzelałem się z Bf-109. Bombardowanie znowu było celne, na dno pewnie poszły jakieś okręty.

Następny nalot przypadł na 14 ponownie na lotnisko w Hornchurch. Wyszło tak, że miałem sporo dostępnych dywizjonów, wykryłem Szkopów wcześnie, a oni sami nie byli liczni, bo na tę godzinę część ich myśliwców jeszcze nie wróciła lub nie była gotowa po poprzednich rajdach. Stąd w osłonie znalazły się głównie Messerschmitty 110, nie tak szybkie i zwrotne, jak Bf-109. To były piękne chwile, a ja miałem roje Spitfire`ów. Można było położyć się na trawie i liczyć spadające samoloty z hakenkrojcami. Morale podskoczyło. Zrobiłem dla świata coś dobrego.

Ostatni nalot wypadł o godzinie 16. Wykryłem go bardzo wcześnie, ale o tej porze dnia goniłem już na rezerwach i cudem tylko skleciłem jakąś grupę 3 dywizjonów, które stanęły na drodze na lotnisko w Kenley. W powietrzu obie strony poniosły straty, a obawiając się tego, że bombardowane będzie lotnisko, na którym miałem sporo samolotów przygotowywanych dopiero do lotu po poprzednich misjach, postanowiłem desperacko ścigać bombowce jednym przetrzebionym dywizjonem Spitfire`ów w nadziei, że do bombardowania nie dojdzie, choćby kosztem kolejnych strat w powietrzu. I wtedy okazało się, że Niemcy wcale nie lecieli na lotnisko, tylko wprost w kierunku Londynu, gdzie zbombardowali fabryki. Zerkam do tabelki, co takie bombardowanie powoduje. No i okazuje się, że może zaboleć, zwłaszcza że wypadła 6 na k6. Znikło 6 punktów rezerw, które miałem przy Hurricane`ach. 

zdjęcie znalezione w sieci

Kilka cyferek po pierwszym dniu nalotów:

Punkty Zwycięstwa: 9 dla Niemców
Rezerwy Anglików: Spitfire 8, Hurricane 12, Piloci 5
Rezerwy Szkopów: myśliwce i bombowce - po 12

Priorytety Niemców (są wytycznymi dla SI przy określaniu miejsc, częstotliwości i rozmiaru nalotów):

Wysoki - porty i radary
Średni – lotniska
Niski - miasta i przemysł

Radar w Rye naprawiony, morale piszącego te słowa wysokie. 

2 komentarze:

Adrian Borejko pisze...

Nie jestem pewien, czy można nazwać je serią "Solitaire", ale miałem kilka gier tego typu.
London Burning, Raid on St. Nazaire, B-17: Queen of the Skies etc.
Przy okazji polecę Donald Featherstone's "Solo Wargaming".

Tajemniczy Pan C pisze...

London Burning nie znam, ale o reszcie słyszałem.

Raid on St. Nazaire to chyba pierwsza gra Butterfielda? W każdym razie chyba poprzedniczka "D-Day at Omaha Beach". Co do B-17, to jest to chyba rodzaj gry dość popularny wśród wojennych solówek, ale moim zdaniem niezbyt ciekawy. Zresztą w ogóle gry solo są na dłuższą metę nużące. B-17 to złożona z tabelek losowanka. Obecnie ma ona wiele nowszych i bogatszych odpowiedniczek, ale schemat jest w nich ten sam. Mam podobną grę, tylko o innej tematyce (zamiast bombowca - okręt podwodny). Gdy na Inspiracjach pokazywały się raporty z D&D solo, zamierzałem zrobić raport z gry w nią, by pokazać, na jak podobnych działa mechanizmach (i w tym przypadku wyraźny jest dług gry wojennej wobec RPG - bo w całości opiera się na tabelkach i losowaniu wyników, a decyzje są, powiedzmy, szczątkowe).

"Solo Wargaming" nie znam, ale spróbuję po to sięgnąć. Sam mam kilka przemyśleń na temat takiego grania, może upcham je w tych raportach i potem sprawdzę, czy wrażenia podobne, co Featherstone`a :-) No chyba że jego książka to po prostu katalog gier solitaire?