poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Halucynacje w nowym ogrodzie

Halucynacja I 

Przeciw czytelnictwu 

Came end, at last, to that Arcadia
Ezra Pound 

Spotkałem wczoraj w parku człowieka uczonego, któremu nieobce są pytania filozofów i który lubi poświęcić czas na czytanie książek. Po krótkiej rozmowie o literaturze zaproponował, abyśmy udali się do antykwariatu. Liście drzew szumiały na wietrze, zewsząd dobiegał nas świergot ptaków, niebo było pogodne i błękitne. Antykwariat? Zapytałem mimowolnie, co to jest, co sprawia, że czytamy książki? Uczony przez pewien czas nie potrafił znaleźć odpowiedzi. W milczeniu szliśmy w stronę bramy ogrodu i kontemplowaliśmy urodę mijających nas dziewczyn. 

Wydaje mi się, że czytam książki po to, by odgrodzić się od syfu miasta. Mogę zamknąć oczy, by go nie widzieć, ale słuch nieustannie przypomina o jego istnieniu. Zewsząd dochodzą nieposkładane zdania ludzi wyposażonych w organy do wyrażania myśli, których nie potrafią zorganizować. Książka od tego oddala. 

Zamyśliłem się nad tymi słowami. Dotąd sądziłem, że mój stosunek do książki niewiele różni się od stosunku do kobiet i nie polega na uciekaniu od nich, a odkrywaniu, jaką potrafią dawać przyjemność. Gdyby nie ona, obecność jednych i drugich byłaby ciężarem niewartym poświęcania im czasu i rzadko szukałbym ich towarzystwa. Przedłużające się milczenie zrodziło w moim towarzyszu potrzebę dodania czegoś jeszcze, może dla jasności, może w obronie przed wątpliwościami, których się po mnie spodziewał, choć ich nie wyraziłem:

Uprzedzę twoją ocenę: to nie jest eskapizm, raczej sposób na pozostanie sobą. Słyszysz? Ledwo co weszliśmy do miasta. Potrafisz znieść ten bezsenny hałas? Spójrz tylko na te miotające się owsiki w garniturach i sukienkach. Dokąd biegną? O co im chodzi? Tyle dobrze, że choć pewnej części z nich możesz być wdzięczny za to, iż stara się nie zwracać na siebie uwagi. W biurze, mimo że pracuję w miejscu, w którym, zdawać by się mogło, powinni znaleźć się ludzie myślący, nie mam się do kogo zwrócić z nadzieją na rozmowę, której bym nie żałował. Boję się, że jeśli nie miałbym kontaktu z literaturą, w krótkim czasie zbydlęciłbym się tak, jak osoby, które mijamy po wyjściu z parku, a dla których największą jest szkodą, że korzystają z aparatu mowy. Po codziennym przebywaniu w takim środowisku tylko literatura daje możliwość porównania i wyciągnięcia wniosków. Kiedy wyrwę się z jarzma mej nikomu niepotrzebnej pracy, kiedy wrócę do domu i zamknę drzwi na wszystkie rygle, wyjmuję pisma Stanisława Lema – rzeczy, które znam niemal na pamięć – i czytam je ponownie. Kilka stron albo kilka zdań, bo na więcej po pracy nie znajdę siły, byle odsunęły wspomnienie surrealistycznego koncertu, który wybrzmiewa za oknem. Zdaje mi się więc, że nie czytam książek po to, by stać się lepszym człowiekiem, a chcę tylko obronić to niewiele, które jest mną. 

*

Promocja czytelnictwa lubi opierać swoje fundamenty na wykazie klęsk literatury, od nich zwykle zaczyna, za punkt wyjścia przyjmując sytuację jej zagrożenia. Poprzez liczby wzywa ochotników do obrony upadającej twierdzy. Na skutek zastosowania wykresów i zestawień niemal widzimy jego - czytelnictwa - idealny byt, który należy realizować. Znana jest liczba przeczytanych książek przypadających w ciągu roku na jednego obywatela naszego kraju, policzono też, pośród tych, którzy w ogóle sięgnęli po lekturę, procent umiejących ze zrozumieniem czytać to, co czytają. Żeby jednak odnieść się do słów, które przytoczyłem, i żeby móc wyciągnąć z nich wnioski, niepodobna jest czegoś z tych liczb się dowiedzieć. Operując na nich można tylko odtwarzać na nowo sytuację, w której kwestia powodu i wartości czytania książek jest załatwiona raz na zawsze i nawet nie trzeba o niej sobie przypominać. Celem jest raczej walka o to, by słupki i procenty się zgadzały, by zanotowano przyrost, a nie spadek. W jarzmie kultury masowej podobne myślenie wykształciło się i uprawomocniło dla bardzo wielu dziedzin życia, obliczonych na przynoszenie profitów. Kategorie zysku i straty unieważniły pojęcia balansu czy komplementarności, kiedyś częściej używanych w odniesieniu do kultur wiejskich i miejskich, które z kolei jeszcze wcześniej zamazały dawne pojęcie pracy obliczonej na zaspokajanie podstawowych potrzeb. Przyszło to łatwo, ponieważ do samego już używania tych minionych sformułowań wymagany jest namysł nad ich niedającymi się wprost ująć cechami, natomiast wartość zysku i straty wykazać można w minutę nawet najmniej pojętnym umysłom za pomocą wykresów albo ucząc korzystania z elektronicznego kalkulatora. Na literaturę to wartościowanie przeszło zapewne przez analogię, w taki sam sposób, w jaki wyrazy nabywają nowych sensów i tracą stare bez zmiany w brzmieniu. 

Być może najwięcej na ten temat czytelnictwa powiedzieliby bibliofile czasów odrodzenia, dla których była to sprawa świeża i godna przemyślenia od podstaw. Po pięciu wiekach życia według wyciągniętych przez nich wniosków stanowimy późny, może schyłkowy etap ewolucji zainteresowania książką. Wygląda też na to, że niewiele ciekawego mamy do dodania i to dlatego porozumiewamy się statystyką. 

Tak wielka jest władza ksiąg, tak wielka ich powaga, dostojeństwo, godność, że nieokrzesanymi wszyscy bylibyśmy i prostakami, gdyby nie istniały, czytał w roku 1467 wenecki dux Christophoros Mauro w liście od kardynała Basiliosa Bessariona, który przekazywał miastu swą kolekcję uratowanych z upadłego Bizancjum manuskryptów. Obawiałem się bowiem - pisał - że tyle najznakomitszych ksiąg (excellentissimi libri) w krótkim czasie zostanie narażonych na uszkodzenie i zgubę. 

Kilkadziesiąt lat później, w 1532, podpisujący się łaciną Ioannes Baptista Gyraldus Cynthius w Super imitatione epistola, apologii cycerońskiego stylu, nie potrafi powstrzymać się od stwierdzenia, że niektóre natury ludzkie są do tego stopnia tępe, iż żadnym staraniem nie da się ich skalać dobrym obyczajem. Nawet jeśli to tylko dygresja (miała zilustrować zjawiska, dla których opisu nie warto angażować stylu Cicero, wzorca dobrego obyczaju), zwraca uwagę pesymizm Cinzio, który wyklucza część ludzkości - hebetes - z dobrodziejstw, wedle Bessariona przynależnych jeszcze dla omnes. Jeszcze dalej idzie Anton Maria De`Conti w De Arte Poetica, wydanej pośmiertnie w 1582 roku w Wenecji [Poetyka okresu renesansu, Wrocław 1982, s.226; jest tam też polski przekład listu Cinzio], przybliżając wybraną część ludzkości, która z dobrodziejstw literatury może czerpać: 

My więc, których umysł nasycony miłością Muz zmierza ku rzeczom wysokim i wzniosłym, miłujmy poetów, obejmijmy uściskiem, poznajmy gruntownie, im oddajmy się na własność, zwłaszcza że nie sposób znaleźć nic słodszego, nic przyjemniejszego, nic bardziej uroczego nad lekturę. 

Ponadto: 

Bo przecież umysł z czytania czerpie najmilszą rozkosz. 

Liczbę renesansowych pism, które zawierają entuzjastyczne zapewnienia, jak wielka jest literatura i jej twórcy, tylko częściowo tłumaczy obowiązujący wówczas kanon, który zachęcał do stosowania podobnych formuł. Samo jego powstanie sugeruje, że przynajmniej na początku temat był żywy i dyskutowany, skoro zaistniał później w skostniałej formie. Przemówili z powyżej cytowanych fragmentów czytelnicy zarówno obojętni na cielesne uroki życia - tych lektura miała kształcić - jak i ci o naturach zmysłowych, ale mimo to najwyraźniej lubiący sypiać w bibliotecznym kurzu może nawet bardziej, niż w sypialni z kobietą, skoro zapisane słowo obdarzało ich słodyczą tak wielką, że zechcieli o nim opowiadać. 

Co o tym mówi się dzisiaj w laboratoriach semiotyków i językoznawców, którzy kontynuują te rozważania i wznoszą je na nowe poziomy? Czy upowszechnienie czytelnictwa oraz dzisiejszy rozmiar rynku książki i produkcji literackiej nie postawiły czytelnika w sytuacji innej, nieznanej renesansowym entuzjastom pisma? Czyż każdemu, kto wejdzie do pierwszej lepszej księgarni z książkami wysypanymi na kopy, słowa De`Contiego nie wydadzą się naiwne? Albo wprost przeciwnie: dojrzałe - do odesłania ich do muzeum i prezentowania jako obyczajowej skamieliny, tuż obok pancerza i kopii Don Kichote? 

Teocentrycy i humaniści odrodzenia rozpoczynali swoje intelektualne peregrynacje od pytania, czy człowiek w ogóle ma własną jakość. Nieważne, czy ta wątpliwość zawiodła ich do Boga, czy do Muz; kalumnie pod jego adresem, jeśli tylko nie miał on książki w ręce albo nie nadawał się na opis cycerońskim stylem, padały zarówno ze strony najświątobliwszych, jak i najuczeńszych mężów. Tak jakby to w księgach odnaleźli to, dzięki czemu człowiek jest coś wart; tak jakby był niczym więcej jak tylko śladem, który pismo na nim pozostawiło. To za ich sprawą renesans stał się złotym wiekiem kościoła literaturoznawców. Przekonanie tej epoki, żeby w ślepych zaułkach deliberacji nad swoim losem zapamiętale bronić stanowiska, w którym sędzią człowieka uznaje się krytyka literackiego, jeszcze żywotne w czasach Corneille`a, dzisiaj oglądamy już tylko obojętnym okiem wizytującego w muzeum, przebiegającego spojrzeniem po reliktach przeszłości i dawnych formach umysłowych, wystawionych jako eksponaty. O niewielu rzeczach możemy przekonać się tak naocznie i wprost, że należą do przeszłości, jak o kościele i krytyce literackiej. Ich obecne bytowanie wśród żywych mówi już tylko o tym, jak bardzo zmieniły się potrzeby i sytuacja, którą im kiedyś tłumaczyły. 

W ten sam sposób Horatiańskie aut prodesse volunt, aut delectare poetae - to uczyć chcą, to bawić poeci, zastąpiły inne potrzeby czytelnicze i powody sięgania po książkę, a i sami poeci, nawet jeśli chcieliby jeszcze uczyć lub bawić, robią to już tylko względem innych twórców, będących takimi znawcami jak oni sami. Aby w ramach promocji czytelnictwa przekonać do lektury dobrze odżywionego goryla, dla którego poświęcenie czasu na książkę oznacza rezygnację z dochodowych zajęć, trzeba by mu wykazać, że wartość literatury, którą weźmie do ręki, jest wyższa od wartości pieniądza, który w tym czasie mógłby zarobić, albo przekonać go, że to, kim się stanie, będzie stanowiło coś więcej, niż to, kim jest teraz. Ktokolwiek zechciałby się podjąć takiego zadania, nie użyje jako argumentu słów kardynała Bessariona czy De`Contiego, o ile nie chce narazić się na śmieszność. Zresztą, jakimikolwiek pomysłami opatrzone byłyby te starania, dla nowowytworzonych warunków i potrzeb czytelniczych mają już zmieniony sens. Dla zaspokojenia biernej przyjemności czytania, o jaką w czytelnictwie zdaje się obecnie chodzić, nowe fabrykaty nadchodzą seriami, którym rozbudowany i obliczony na dochody finansowe proces produkcji literackiej zapewnia nieustanne pojawianie się. Można przypuszczać, że będzie to robił jak najdłużej, ponieważ wyczerpanie się tego modelu przyniesie straty jego beneficjentom i to ich rzeczą jest zrobić wszystko, by dawał zyski, czyli aby czytano choćby i najgorszą makulaturę dla samej tylko czynności czytania. Ponieważ profit z wydawanych książek nie jest zbieżny z ich wartościowością, proces rynkowy tę ostatnią marginalizuje do stanu, w którym rozmiar jej nie jest określany sztucznie, podług planów masowej edukacji lub nauki. Możemy już dzisiaj sądzić o nim, że z natury będzie niewielki, choć ostatnie słowo w tej sprawie usłyszymy po agonii europejskich uniwersytetów, których sens istnienia i użyteczność w obecnej formie są często określane jako coraz mniejsze. 

Na bezpiecznie istnienie czytelnictwa składa się stały proces kształtowania życia literackiego, obliczonego na partycypację odbiorcy odpowiednią do warunków seryjnej produkcji książek. Jak dotąd osiągany on jest z powodzeniem. Czytelnicy przyuczeni są kolekcjonować wydawnicze fabrykaty, rozmawiać o nich w trzech słowach, żonglując dziesiątkami tytułów, zanim jeszcze pamięć o nich nie została rozproszona produkcją kolejnych miesięcy. Rozmowa z tekstem, lub choćby o tekście, przestała należeć do życia literackiego, na które składa się jeszcze jego prymarna forma, akt fizjologiczny polegający na przebieganiu liter wzrokiem i wielogodzinnym wertowaniu stronic. Dyskusje składające się na treść pism literackich i artystycznych są coraz bardziej obojętne nawet tym czytelnikom, którzy przez lata nabywali wykształcenie odpowiednie, by w nich rozumnie uczestniczyć. Specjalnie preparowane warunki laboratoryjne do podtrzymania bardziej zróżnicowanego i bogatego życia literackiego pobudzają do aktywności niemal wyłącznie tych, którzy dostają za to pieniądze. 

Nie tylko literatura, ale również malarstwo i muzyka przestały być pośrednikiem kontaktu między ludźmi w stopniu o wiele bardziej radykalnym, niż miało to miejsce kiedykolwiek wcześniej. Funkcjonowanie dziedzin sztuki zawsze opierało się na pewnej umiejętności aktywnego uczestniczenia w nich przez odbiorców. Wyniesione ze szkoły umiejętności rysunku, który nawet osoby przyznające się do nieposiadania talentu potrafiły wykonać, gdyż miały za sobą minimum doświadczenia i ćwiczeń praktycznych, czy umiejętność czytania nut do zagrania prostego utworu muzycznego, wyniesiona z lekcji muzyki, podobnie jak ćwiczenia retoryki, używanej choćby do formułowania krótkich i skostniałych wypowiedzi lub pisania listów, były dawniej obecne w programie edukacji oraz wychowaniu i dawały większą sposobność rozumienia przemian, którym podlegały sztuki korzystające w stopniu mistrzowskim z tych środków wyrazu. Gwarant życia artystycznego w dawnej formie, jakim było wychowanie odbiorcy, po zmianach, które nastąpiły, głównie wskutek rozwoju nauki przejmującej niemal cały zakres edukacji, stał się wystarczający tylko do pasywnego uczestniczenia w życiu sztuki. Publiczność artystyczna, będąca wynikiem tej nowej postaci chowu ludzkiego, rekonstruuje więc życie sztuki jak tajemniczy mechanizm zabawkowy, odtwarzający formę z innej epoki. Stara się dociec, co przedstawiał, jak działał, czemu służył, kto poruszał i kto był jego odbiorcą; ogląda raczej, niż uczestniczy w sposobie jego funkcjonowania, zna je z prób imitacji, z nadawania dyscyplinom sztuki pozorów przeszłego istnienia. Właściwie tylko grono wykształconych specjalistów jest w stanie dziś w tym życiu brać udział, z reguły od razu na wysokim poziomie. Podobni są w tym do grona szachistów, którzy godzinami rozmawiają o strategii otwarć, gdy tymczasem człowiek mający za sobą kilka partii słucha ich z niedowierzaniem i próbuje sobie przedstawić, co będzie dwa posunięcia naprzód. A ponieważ publiczność pasywnie odbierająca sztukę w swej ocenie sugeruje się modą i wzorami, bo wystarczą do niewielkich potrzeb, jakie ta publiczność posiada, z powodzeniem zastąpiły one dawne dyskusje krytyczne. Dzięki nim można też łatwiej zrównać się poziomem z odbiorcą i od razu zaspokajać jego oczekiwania, kreować je i wreszcie możliwie najmniejszym kosztem mutować. 

Z chwilą, gdy szkoły zaczęły odchodzić od nauki rysunku, gry na instrumencie, czy retoryki, koniecznością stało się wymieranie publiczności, do której kierowana jest twórczość na nich oparta. Jeżeli zachowuje ona zainteresowanie sztuką, to przeważnie z przyczyn pozaartystycznych, wskutek udanej promocji i kreowania zewnętrznego zapotrzebowania u tych, którzy właściwy kontakt, wewnętrzną potrzebę, wrażliwość czy zainteresowanie już utracili. Albert Schweitzer w opisie rozkwitu niemieckiej kultury muzycznej podkreślał wagę tego, że wskutek rozwoju edukacji muzycznej w XVIII wieku za muzyka zaczyna uchodzić już tylko ten, kto sam potrafi komponować: 

Najskromniejsze talenty miały opanowaną technikę kompozycji. Ówczesnego systemu nauczania nie da się porównać z dzisiejszym
[1905 rok], nastawionym wyłącznie na odtwarzanie, był bowiem bardziej praktyczny. [Jan Sebastian Bach, Albert Schweitzer, Kraków 1987] 

Georg Telemann miał podawać, że w 1719 roku - z powodu ogromnego zainteresowania - na wykonanie jego pasji do kościoła wpuszczano tylko publiczność, która była zdolna rozumieć muzykę, składające się na nią figury i cytaty, i która czytała zapis nut podczas koncertu; posiadany drukowany bądź przepisany egzemplarz utworu był więc biletem. Jeszcze dwieście lat później reakcja paryskiej publiczności na Le sacre du printemps Igora Strawińskiego wskazuje na jej zrozumienie i świadomość użytych środków wyrazu. Obecnie sztuka współczesna nie ma po swojej stronie przełomu, który mogłaby wywołać, a jej sukces mierzony jest bierną partycypacją odbiorcy; ta zaś sprowadza się do oklasków, którymi uprzejmie zasłania on niezrozumienie lub obojętność, do czego został przyuczony na lekcjach wychowania. Tak wygląda może ostatni już resort publiczności asekurujący trwanie dawnego modelu sztuki. 

O krok dalej znajduje się katalogowanie sposobów hodowli ludzkiej, dziedzina, do której ujrzenia na horyzoncie nie trzeba mieć bystrego oka; kto wie, może uczone opisywanie form zachowania i reakcji psychicznych, na które składa się odbiór sztuki, przyniesie odświeżający powiew i oddali na trochę czekającą już swego urzeczywistnienia myśl, że koniec sztuki jest w świecie nauki równie pewny, jak koniec religii. Spośród prób tej dyscypliny warte przywołania wydaje się spostrzeżenie co do rozpoznawania jakości lektury, zawarte przez Rolanda Barthesa w eseju Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Stwierdził on w nim, że jeśli już w trakcie czytania tekstu ma sam ochotę pisać –nie o nim, a pisać w ogóle, to tym pobudzeniem do aktywności rozpoznaje dobrą literaturę. Oto więc pojawiła się myśl, że czytanie bez pisania jest rodzajem wizyty w myślowym śmietniku i utratą umysłowej własności; czy to zatem delikatność wymaga od nas, aby na tym wniosku poprzestać? Aby nie szukać nazwy dla sytuacji, w której zastąpienie pisania jeszcze większą ilością czytania - na uniwersytetach, w szkołach, czy wskutek innych przyczyn - sprawiło, że rozziew między czytelnikiem i piszącym stał się nazbyt duży, by można było przeprowadzić między nimi połączenie? 

Nie bądźmy delikatni i rzućmy okiem na ten oryginalny żywy produkt, który otoczył siebie przeczytanymi paginami i jest z tego powodu dumny, osobę z natury pasywną, która potrzebuje motoru dla swojej bierności; słowem, spojrzyjmy na czytelnika idealnego, zawsze mającego przy sobie jakąś książkę i wypatrującego okazji, by po nią sięgnąć - nawet kogoś takiego musi niekiedy ogarnąć pobudzenie lekturą, które zmusza do jej odłożenia, nawet w kimś takim wybrzmiewa gdzieś echo pierwotnej wrażliwości, które powołało literaturę do istnienia. Patrzenie na tę istotę oddychającą książkowym kurzem zniechęca do tego stopnia, że nawet wyciągnięcie do ostatniej granicy wniosku Barthesa i stwierdzenie, że lektura albo odrywa od czytania, albo jest śmieciem, wydaje się eufemizmem. Bo jeśli Dostojewski, Proust, Musil lub Beckett stali się tylko przesiadkami między okładkami i nie ma po ich lekturze przerwy, to - nie ujmując honoru Diogenesom wypatrującym ze swych cuchnących schronów światła poranka - jakim śmieciem stała się jakość odbioru literatury, jakim śmieciarzem stał się czytelnik? 

Ci spośród antropologów kultury, którzy zajmują się ludami zwanymi prymitywnymi, możliwości pamięciowe ich członków zgodnie określają jako niezwykłe. Starożytna literatura zostawiła liczne ślady potwierdzające ich słowa. Cato Starszy z pamięci miał spisać ponad sto własnych oracji - czy dzisiaj ktoś poza aktorami i dziećmi ze szkół podstawowych wyrecytuje jedną stronę prozy? Galijscy druidzi, jak przekazał nam ich rzeźnik, tajniki profesji opanowywali wyłącznie pamięciowo, w naukach mających trwać dwadzieścia lat. Mimo że znali alfabet grecki i łaciński, nie uważali, by były godne magazynowania w nich swej wiedzy. Sokrates nie pozostawił po sobie jednego zapisanego słowa; raz tylko powiedział, że pismo jest niebezpiecznym narzędziem osłabiającym pamięć. Jak więc nazwać istotę, która dobrowolnie osłabia to, co ją konstytuuje, a bez czego jej organizm służy tylko pomiarowi bieżącego rozkładu? Jeśli nie suma przeczytanych książek, a pamięć sprawia, że człowiek jest kim jest, nieliczni starożytni zechcieliby wziąć udział w promocji czytelnictwa. Już dawniej nosiło ono znamiona mody, z której szyderstwo zrozumiałe jest bez przypisów. Dzieło Lukiana ΠΡΟΣ ΤΟΝ ΑΠΑΙΔΕΥΤΟΝ... - Na tępaka (gromadzącego księgi) - pochodzi z II wieku po Chrystusie; żaden tłumacz nigdy nie musiał robić mu objaśnień. Tak łagodny jak starożytni nie był Schopenhauer, gdy szukał określeń na studentów zaczytanych w kilogramach nakupionej i zgromadzonej na półkach makulatury, ale największe bogactwo zwątpienia kryje się na stronach, których autorami są sami pisarze: 

Gutenberg, Johan Gutenberg nazywał się ów człowiek, którego diabeł spił w Moguncji reńskim winem i kazał mu w 1450 wynaleźć nową torturę ludzi niepiśmiennych i ubogich duchem. Opętany przez diabła, założył Gutenberg z niejakim Fustem pierwszą drukarnię. Od tego czasu diabelskie ziarno, jak zarazki cholery, rozmnożyło się po całej kuli ziemskiej, aby dniem i nocą niepokoić, czarować, zatruwać łakome dusze, owładnięte pychą umienia. [Sól ziemi, Józef Wittlin] 

Stanisław Vincenz sądził jeszcze, że pysze umienia, która zatruwa dusze tych łakomych i tych ubogich duchem, studentów filozofii i pasterzy w górach, by czytali bez przerwy, jak najszybciej i jak najwięcej, jeden dwadzieścia książek rocznie, inny pięćdziesiąt trzy, może oprzeć się człowiek rozsądny: 

Ludzie czytający prędko i dużo książek to barbarzyńcy. Książka dobra to jak człowiek dobry, mądry i poważny. Trudno ją poznać i zrozumieć. Każdą stronicę lepiej czytać dobrze wiele razy. Czytać piękne dzieła prędko to jakby czcigodnemu człowiekowi burknąć pod nosem “dzień dobry” albo na przywitanie trącić go łokciem – i lecieć dalej. Złe książki – prawda – można czytać prędko, ale lepiej wcale ich nie czytać. [Na wysokiej połoninie, Stanisław Vincenz] 

Niezależnie od rozwagi czytelnika w dobieraniu swoich lektur, w braku przygotowania retorycznego wszelka erudycja ma wartość bardzo niewielką, podobną znajomości historii sztuki u niechętnego choćby żartem do spróbowania swoich sił w rysunku albo u biegłego czytelnika ksiąg filozoficznych, który po ich lekturze nie spróbował imać się myślenia na własną rękę. Znaleźć się pod taką czytelniczą banderą chętni są tylko najmniej ostrożni, co zapomnieli o higienie umysłu, i już to wystarczy, by unikać odoru zakurzonej półki, który dobywa się z ich słów. Byłby jeszcze jakiś pożytek, gdyby celem funkcjonowania idei czytelnictwa miała być nauka odrzucania do kąta słabej książki po dziesięciu stronach, podobnie jak naturalnie nie korzysta się z toalety, w której ktoś napaskudził, ale zamiast tego stała się ta idea wprost peryfrazą dla mierzenia ilości przeczytanych stronic. Pod jej osłoną rodzi się ideał nowego człowieka, fabryki czytania, produkującej życie jako hipostazę lektury o poziomie poczytnej i modnej powieści na bieżący tydzień, lub pisanej pod przymusem i bez żadnej przyjemności publikacji akademickiej, przeznaczonej do czytania w takich samych katorżniczych warunkach, w jakich powstawała. 

Gerhard Richter, Abstrakcja.


Halucynacja II 

Myśleć przeciw słowu 

Kto ten ogród roznicestwił tak liściasto? 
Bolesław Leśmian 

Kim był pierwszy z naszego zakonu? Kto najpierw otrzymał miano czytelnika? Kto ośmielił się wyjść w świat cudzych pojęć i pozwolił, by wpływało nań zapisane wyobrażenie, utrwalona emocja obcego pochodzenia? Który straceniec i za podszeptem jakiego obłędu postanowił odwołać swą samotność i zdradził jej wyniosłe milczenie? 

Czym jest człowiek i jego jakość - czy może jest to tylko jakość jego uprawy? 

Próbę odpowiedzi będącej w zasięgu tych pytań podał w swej rozprawie o gramatologii z 1967 roku Jacques Derrida. Ludy, które uważane są za niepiśmienne, według niego nie posiadają jedynie znanych form pisma, a ono samo, jego nieustanne czytanie, są wspólne wszystkim żywym. Głos ten stanowi ilustrację długiej drogi, jaką przebyto od czasów Bessariona do uniwersytetu XX wieku. Miałoby być teraz tak, że pierwszym czytelnikiem jest każdy człowiek, którego wyobraźnię kierunkują strach i emocja, nadające zewnętrzności przymiot i wyodrębniające z niej jego - człowieka sprzed mowy - bezwyrazowe milczenie. Podług tej teorii prapismo, poprzez immanentne umysłowi ludzkiemu stosowanie metaforyzacji, która przenosi zapamiętane emocje lub znaczenia słów na inne, ma jednocześnie zarówno antycypować nowy wyraz, jak i być efektem pozostawionego przezeń śladu, wpływać i zmieniać za każdym razem rezerwuar znaczeń, z których człowiek korzysta. Ma on sięgać prapisma najpierw i dopiero nim tworzy inne rodzaje ekspresji, jak choćby mowę, system wtórny i już nie tak naturalny. 

Przyjęcie tej koncepcji nie przychodzi naturalnie i wymaga pewnej woli. Sam jej autor w późniejszych pracach już nie podejmował tematu w ten sposób. Co jednak powiedziałby sceptyk absolutny, który podchodzi z równym powątpiewaniem nawet do słów Bessariona? Dla niego nie znajdzie się nic wymowniejszego nad bezpośrednie doświadczenie, wynikłe z tego minimum funkcjonowania literatury, które da się naocznie zaobserwować. Przejawem jego może być stosunek władzy do pisma i czytelnictwa, z którego pozwólmy mu spróbować dowiedzieć się rzeczy dlań pewniejszych, niż przy użyciu endoskopu w formie semiologii lub psychoanalizy. Czy wnioski, do których dojdzie, będą różnić się od tych, do których dochodzili ministrowie dekonstrukcjonizmu? 

Najpiękniejszy możliwy totalizm władzy znany jest z mitów: anioły unisono śpiewające niekończący się hymn na cześć ich władcy. Nieudane próby naśladowania tego reżimu na ziemi dają naszemu sceptykowi ciąg historycznych precedensów możliwych do wymienienia ciurkiem. Wszystkie są bezpośrednio związane z literaturą, dają jej obraz i warunki tworzenia oraz recepcji, które pozwolą mu wysnuć parę przypuszczeń. 

Najpierw w oczy rzuca się chęć zaistnienia, która pali istotę śmiertelną, gorączkującą zarówno od własnych fantazji, jak i od braku atencji ze strony innych. Horatius w Carmen saecularum niewiele różni się od piszących dwadzieścia wieków później autorów Ód do Stalina, które miały unieśmiertelnić Augusta minionego stulecia. Czym różni się poeta od schorowanej sąsiadki, która zrzuca na nas ciężar swoich dolegliwości i ze szczegółami opowiada o bolesnych strupach? On także zniesie zbyt wiele, byle tylko opatrzone jego imieniem produkty ktoś poznał. Jeśli chodzi o dzisiejszy reżim, przypominam sobie wywiad z Jackiem Bocheńskim opublikowany kilka lat temu w jednym z czasopism. Pisarz opowiadał o losie książki, której nakład trafił do sprzedaży. To, co nie sprzedało się w ciągu miesiąca, wróciło na półki magazynów, bo księgarnie zasypała makulatura innych autorów wpisanych do kalendarza wydawniczego. Ponieważ do wynajęcia i utrzymania magazynów potrzebne są pieniądze z cyrkulacji kolejnymi książkami, dla których za parę tygodni też trzeba znaleźć miejsce, wydawca zapytał autora w rozmowie telefonicznej, czy może zniszczyć nakład książki. Nawet nie ona sama, a mówiąc wprost nakład jej nie wpisał się politykę generowania zysków i musiał przepaść. Wzorem najlepszych dyktatur pieniądz również korzysta ze stosów. 

Uzależnienie książki od procesów rynkowych gwarantuje funkcjonowanie jej odpowiednie do pomysłów beneficjentów decydujących o wydawanych tytułach i ryzykujących swoje pieniądze w przypadku nieudanej sprzedaży. To oni utrzymują stare i produkują nowe kierunki, formy, gatunki, a także organizują wokół nich adekwatne do tej produkcji życie literackie i gwarantują istnienie tego przedsięwzięcia. Fabrykowanie tekstu i jego czytelnictwa nie wydaje się wobec powyższego zagrożone. Jakość owej literatury silnie zespolona jest z formowanym w tym procesie czytelnikiem, który, tracący narzędzia do aktywnego odbierania tekstu, czytać będzie wkrótce może nawet wszystko na chwałę idei czytania. Koncepcja Derridy daje idei czytelnictwa podobnie optymistyczną prognozę. Widziany jako rodzaj ipsografonu, człowiek musi używać pisma tak długo, dopóki nie przekroczy swego gatunku. Jeśli zasady funkcjonowania pisma stają się czytelnikom coraz mniej jasne i stosowane półświadomie, a do tego prowadzi model biernego czytelnictwa, to pewna część tej wiedzy zawsze zachowa się w immanentnej człowiekowi zdolności metaforyzowania treści. Powrót do pisma obrazkowego wydaje się w tej sytuacji równie atrakcyjny co dalsze korzystanie z pisma linearnego. Jego koniec, o którym napomknął Derrida w swej pracy, nie wydaje się tak nieprawdopodobny, jak mógł być w 1967. 

Być może rzeczywistość okaże się łaskawsza nad te dwie wizje. Sceptyk chciałby tak myśleć, ale częściej już wydaje mu się, że aby przywrócić - lub nadać? - wartość słowu, trzeba by się zwrócić o pomoc wprost do nieśmiertelnych bogów. I nie jest mu wtedy straszne to, że ci już wymarli, a na ich przydeptanych grobach od dawna zielenieje trawa, ale to, że nagle on sam zobaczył siebie w roli, do wystąpienia w której gorset wiary, podobnie jak tą samą nicią szyty gorset aprioryczności, odrzucał wielokrotnie z powodu niewygody i niepowagi, które weń wzbudzały.

*

Słowo dobiega zewsząd, bez odpowiedzi na pytanie, po co je wypowiadać, po co słuchać, po co czytać, po co otwierać umysł na bełkot i wyrzekać się samotności. Słowo, za sprawą którego objawy zmęczenia i sny o sekluzji są oznaką, że organizm jeszcze nie poddał się dekadencji.

My, barbarzyńcy tego słowa - my, czytelnicy - sami sobie odpowiadamy, po co nam książka. Jedyna zapłata za bycie zatrutym literaturą leży w zadaniu tego pytania, w krótkiej chwili zanim nadchodzi odpowiedź, która dziś może być już tylko jedna, a przez to, że jest odpowiedzią, zawsze też jest błędem. Ale zanim nadchodzi ten śmiertelny błąd, zanim pojawia się w umyśle to zbędne peccatum odpowiedzi, czy widzicie, gdzie się znaleźliście, czy rozpoznajecie to miejsce? Ustroń, gdzie milczenie nigdy nie zostało rozproszone, a w cieniu zamordowanej wyobraźni gnije słowo, owoc odpadły od chorej rośliny. Istnienie jest tam czyste i przenikliwe jak samotność, wokół której rozpościera się krajobraz bez imienia.

Brak komentarzy: