poniedziałek, 27 kwietnia 2015

"Fall Gelb" et l`homme simple

W roku 2013 GMT wydało grę wojenną France`40 autorstwa Marka Simonitcha, dedykowaną dla dwóch osób. Przedstawia ona przełamanie francuskiej obrony nad Mozą przez cięcie pancerną kosą, armored scythe cut, jak to określił Winston Churchill, oraz następującą za tym ewakuację pod Dunkierką w 1940 roku. Były to wydarzenia decydujące dla losów Francji, a w następstwie dla Europy tamtego czasu. Ze względu na skalę, gra podzielona została na dwa niełączące się ze sobą scenariusze rozgrywane na różnych planszach. W pudełku są więc dwie osobne gry do rozegrania podług jednego zestawu reguł. Jeden heks na mapie to około 6,5 kilometra, czyli, dla porównania, obszar, który obejmuje cała plansza w D-Day at Omaha Beach. Gracze znajdują się na stanowisku dowódców grup armii, a większość żetonów przedstawia pełne dywizje. W zależności od wybranego wariantu i scenariusza, gra ma od 10 do 14 etapów (dni w czasie gry).


Aby zagrać we France`40 trzeba mieć możliwość pozostawienia planszy rozłożonej w pokoju na okres kilku spotkań, ponieważ rozegranie jednego etapu zajmuje około godzinę czasu, niekiedy więcej. Ślęczenie nad planszą do gry dłużej niż 3 godziny potrafi pozbawić całej przyjemności płynącej z zabawy, rozsądnie jest więc przed zakupem gry ocenić, czy znajdziemy miejsce, w którym rozłożona plansza z niewielkimi żetonami będzie mogła przeleżeć kilka dni lub tygodni, aby prowadzić rozgrywkę w krótszych spotkaniach, ale z przyjemnością i bez pośpiechu.

*

Karl-Heinz Frieser, autor Legendy blitzkriegu, książki, która zainspirowała Marka Simonitcha do stworzenia France`40, dochodzi do następującej konkluzji (ten i następne cytaty według przekładu Jerzego Pasieki):

Czy fenomenu blitzkriegu nie należy traktować w kategorii anachronizmu? W epoce przemysłowej, w której dwie wojny światowe rozstrzygały się w sposób czysto strategiczny, a mianowicie przez wydajność fabryk, Hitler i jego generałowie jednostronnie skupili uwagę na poziomie operacyjnym. Tak więc blitzkrieg okazał się zarówno rewolucyjny, jak i reakcyjny. O ile pod względem czysto operacyjnym niemieccy generałowie posługiwali się najnowocześniejszymi metodami, o tyle pod względem strategicznym kierowali się nieaktualnym obrazem wojny. Już w XIX wieku amerykańska wojna domowa pokazała, że silniejsze pod względem militarnym stany południowe nie miały na dłuższą metę żadnych szans w konfrontacji z gospodarczo silniejszymi stanami północnymi. I tak też operacje pancerne niemieckiego blitzkriegu przypominały atak na wiatraki krajów o silniejszym potencjale przemysłowym.”

Przez Luksemburg w Ardeny

Golo Mann w swoim wielkim dziele historyczym stwierdził, że na drugą wojnę światową z zapałem wyruszył sam tylko Hitler. Nikt w Niemczech poza nim nie miał na nią ochoty, najmniej sztab wojskowy. Dowództwo świetnie znało powody klęski 1918 roku, odmienne od przedstawianych oficjalnie przez propagandę reżimu, któremu od 1933 służyło. Nawet sam Hitler zdawał sobie sprawę z tego, na co się waży. Wehrmacht, który rzucał do ofensywy przeciwko Francji, miał być gotowy na jeszcze jedną wyniszczającą i długą wojnę. Mając na uwadze skromniejsze, w niektórych przypadkach wprost znikome środki materialne, jakimi dysponowało do prowadzenia działań wojennych państwo niemieckie, trudno sądzić, czego niemiecki dyktator oczekiwał po konflikcie na wyczerpanie z potęgami morskimi, dysponującymi zapleczem materialnym i łatwą możliwością ponownego narzucenia na Niemcy blokady w akwenie Morza Bałtyckiego. Majaki Adolfa Hitlera o rozpoczęciu kampanii zachodniej – a pierwszy taki zamysł wyraził już 27 września z propozycją ataku na Francję w październiku lub listopadzie 1939 – w niemieckim sztabie generalnym budziły przerażenie, w najlepszym razie konfuzję. Z powodu braków materiałowych ofensywa była zresztą nierealna aż do 10 maja 1940 roku. Kilkadziesiąt razy odraczano kolejne daty ataku, wyciągane przez dyktatora jak z kapelusza. Pomysł wszczęcia otwartej wojny na wielką skalę z Francją i Wielką Brytanią w sztabie generalnym nazywano “zbrodniczym” lub “szaleńczym”, także w otwartych rozmowach. Przyjęta koncepcja uderzenia, opracowana przez Ericha von Mansteina, była ryzykownym zagraniem va banque i nieliczni tylko sądzili, że ma szanse powodzenia. Z braku innego planu, który obiecywałby sukces, chwycono się tej brzytwy.

*

Osoby poznające gry turowe, takie jak szachy czy go, gdzie przeciwnicy wykonują ruchy naprzemiennie, po zrozumieniu prawideł rządzących rozgrywką oraz podstawowych strategii, zawsze staną wobec problemu inicjatywy. Jej posiadanie związane jest z wykonaniem ruchu jako pierwszy, otwarciem gry. Przejęcie inicjatywy wiązać się więc musi z takim działaniem, by przeciwnik wykonał ruch albo nieistotny dla sytuacji na ważnym odcinku – co da możliwość nadrobienia straty pierwszego ruchu w kluczowym obszarze – albo wprost zrobił to, na czym nam zależy. Wówczas w trakcie trzech posunięć szachowych – dwóch własnych i jednego przeciwnika – może powstać sytuacja, w której wszystkie one posłużyły realizacji zwycięskiego planu. Nawet dla przeciętnych w sile szachistów i goistów jest oczywiste, że ruch przeciwnika należy włączyć i wykorzystać do realizacji własnego zamiaru. W przypadku powodzenia zbliżamy się do zwycięstwa dwa razy szybszym tempem, co w grach turowych daje zwykle przewagę nie do odrobienia. Wzrośnie ona jeszcze bardziej, gdy od początku mamy inicjatywę, a przeciwnik od razu popełnia błąd.

*

Plan ataku na Francję oparty był na takim szachowym założeniu, że w chwili rozpoczęcia działań armia francuska ruszy na północnej części frontu w kierunku wschodnim do Belgii w celu zahamowania niemieckiego ataku, a wykonując ten manewr sprawi, iż niemieckie tempo marszu w kierunku zachodnim na wybranym innym odcinku można by uznać wirtualnie za dwukrotnie większe. Przez pierwsze trzy dni kampanii Wehrmacht położył więc wielki nacisk lądowych i powietrznych wojsk na pozorowane natarcie na Belgię. Poniżej znajdowały się Ardeny, teren dla armii “niemożliwy do przejścia”, jak stwierdził marszałek Pétain, oraz Moza, dające Francji naturalną osłonę; na południe od nich ciągnęła się Linia Maginota.

Wehrmacht w terenie niemożliwym do przejścia
Przeprowadzanie armii w “niemożliwym” terenie ma liczne historyczne precedensy. Hannibal, Caesar czy Napoleon przeprawiali swoje wojska przez teren górski na ziemię Italii lub z niej do Galii, uzyskując zawsze pełne zaskoczenie i mając zapewniony początkowy sukces. W maju roku 1940 niemiecka Grupa Armii “A” miała zrealizować podobne zadanie. Frieser wylicza, że na wojska pancerne stanowiące czoło pochodu składało się ponad 42 tysiące pojazdów (w tej liczbie ponad 1200 czołgów). Ustawiona w jednej linii, razem z ciągnioną artylerią i rozmaitymi przyczepami zaopatrzenia, kolumna miałaby łączną długość 1600 kilometrów. Do przemarszu przez góry dysponowała czteremi drogami, w efekcie czego każda z kolumn marszowych rozciągała się w czterystukilometrowym korku. Od niemieckich żołnierzy żądano wielkiego wysiłku i dotarcia przez Ardeny do Mozy w ciągu 3 dni, “nawet, jeśli mieliby nie spać”. Maszerująca na czele 1 Dywizja Pancerna zabrała ze sobą na tę górską wyprawę, poza pojazdami, paliwem i amunicją, prowiant w postaci 20 tysięcy tabletek dopingującej perwityny, ażeby żołnierze nie marnowali czasu na zbędny odpoczynek lub sen.

Górski zator na 42 tysiące pojazdów
Przemarsz tej fantastycznej kolumny osłaniały myśliwce atakujące każdy francuski samolot, który mógłby ją wypatrzyć. Mimo to sztab francuski zignorował sygnały od pilotów z nocnego lotu rozpoznawczego, którzy spostrzegli “niekończącą się procesję świateł w lasach i w poprzek całych Ardenów”. Była to dla francuskiego sztabu generalnego informacja tak niepożądana, że lotników chętniej posądzono o zwidy, niż dano wiarę ich raportowi.

*

Marszałek Foch, zwycięski dowódca francuski z pierwszej wojny światowej, wskazywał, że błędne ugrupowanie wyjściowe wojska jest niemal nie do naprawienia po rozpoczęciu działań wojennych. Ta zasada wypływa z innej, wypowiedzianej jeszcze wcześniej przez pruskiego marszałka von Gneisenau: stracony teren można odzyskać, straconego czasu – nigdy. We France`40 strona niemiecka rozpoczyna grę z licznymi dywizjami pancernymi skoncentrowanymi na wschodnim brzegu Mozy, ostatniej naturalnej barierze chroniącej Francję; jest już za późno na właściwe ustawienie wojska francuskiego do obrony. Nie jest też możliwe dłuższe opieranie się na rzece, choć każda zyskana chwila jest cenna. Zadanie stojące przed stroną niemiecką pozostaje trudne. Sam autor gry napisał na forum w temacie poświęconym swojej grze, że powtórzyć historię można chyba wyłącznie wtedy, gdy dowodzący Niemcami jest doświadczonym graczem, a Francuzami gra nowicjusz. Jest tak dlatego, że nawet przy założeniu udanego przejścia przez Ardeny, plan Mansteina był bardzo złożony; nadal należało pobić przeciwnika dysponującego przewagą liczebną i, pod wieloma względami, jakościową. Poprzez odpowiednie rozdzielenie punktów zwycięstwa gra jest zbalansowana i nie trzeba Niemcami odnosić tak wielkiego sukcesu, by wygrać.
Słonie Guderiana zjeżdżają z gór.

*

Pomimo tego, że rozgrywka jest trudna, że gracze nieustannie stają przed decyzjami, i że muszą opierać się na ryzykownych kalkulacjach, zasady samej gry są bardzo proste, a pojęcie ich nie zajmie wiele czasu. W tym sensie gra jest znakomita także dla osób, które chciałyby po raz pierwszy zagrać w jakąś grę wojenną. Nie ma tu wielu reguł ani wyjątków w przepisach, toteż w krótkim czasie znamy zasady tak dobrze, że nie odwołujemy się ani do nich, ani do tabelek pomocniczych, a czas spędzamy nad planszą zastanawiając się nad posunięciami. Jak każdą dobrą grę wojenną, tę także wyróżnia szereg przepisów mających na celu oddanie warunków, w jakich działały obie strony. Większość z tych szczególnych zasad ma tę dodatkową zaletę, że wiąże się z decyzją i zwiększa nacisk na wysiłek i wpływ gracza na rezultat. Poniższe wypisy nie przedstawiają wszystkich pomysłów autora gry, ale, mam nadzieję, oddają pewien obraz rozgrywki:

  1. Wynik walki między oddziałami z reguły daje możliwość podważenia go przez obrońcę i odwołania się do zasad zdeterminowanej obrony. Jeśli więc przegrana została potyczka, ale nie chcemy stracić obszaru, którego broniliśmy, możemy próbować opierać się dodatkowym kosztem. Ponadto, oddział, który jest wycofywany po przegranej bitwie, ma pewną dowolność w określeniu długości odwrotu. Strona wykonująca pościg ma natomiast dowolność wybrania kierunku i nie musi podążać za uciekającymi. Na skutek dużej skali gry strefy kontroli nie w pełni zatrzymują wrogie oddziały i możliwe jest przedarcie się przeciwnika bez żadnych konsekwencji. Podobna zasada - neutralizacji jednej strefy kontroli - obowiązuje w trakcie ucieczki.
  2. Aby przeciwnicy mogli ograniczyć powyższe, France`40 zawiera istotne przepisy dotyczące “więzi” między żetonami, które nie mają ze sobą bezpośredniej styczności. W uproszczeniu, jeżeli pomiędzy dwoma oddziałami znajduje się tylko jeden heks odległości, to uznaje się, że jest między nimi zachowana łączność taktyczna, co za tym idzie obszar ten jest zablokowany dla przeciwnika. Tym samym możliwe jest budowanie rozciągniętej linii obronnej zabezpieczającej przed dowolnością pościgu oraz krępującej możliwości przeciwnika w trakcie fazy ruchu.
Ustawienie początkowe w południowej, najważniejszej części planszy.
  1. Słabe dowodzenie i paraliż decyzyjny generalicji francuskiej oddają żetony GQG (Grand Quartier General), którymi dysponuje strona niemiecka. Ma ona pełną dowolność w przydzielaniu ich oddziałom francuskim, choć z biegiem czasu, gdy obrona krzepnie, ich dostępna liczba jest coraz mniejsza. Oddział przykryty GQG nie może przejść więcej, niż dwa heksy oraz nie może wejść we wrogą strefę kontroli. Niezmiernie cenne jest dla Niemców czasowe wyłączanie z rozgrywki ciężkich dywizji pancernych, o które sztab francuski faktycznie spierał się co do metody i miejsca użycia. O tym, jakie zagrożenie stanowiły dla niemieckich czołgów francuskie modele Somua S35 czy ciężki Char B, świadczą tylko pojedyncze epizody ich zastosowania. Frieser podaje, jak “kapitan Bilotte dowodzący czołgiem Char B wjechał do Stonne. Niemiecka kompania czołgów otworzyła do niego ogień ze wszystkich dział. Char B przejechał przez środek kolumny, niszcząc wszystkie 13 niemieckich czołgów oraz 2 działa przeciwpancerne. Sam otrzymał 140 trafień. Żaden pocisk nie przebił pancerza francuskiego czołgu.” Wielki sukces użycia jednego czołgu, które w skali wojny nie ma znaczenia. Ma je natomiast sposób użycia całej dywizji złożonej z takich czołgów: “16 maja nie ma już [francuskiej] 2 dywizji pancernej; istnieją tylko rozproszone oddziały, których dowódcy na wszelkie sposoby usiłują zachować porządek, nadążać za zmieniającymi się rozkazami, unikać ataków z powietrza i ataków szpic pancernych, podczas gdy wszelkiego rodzaju dowództwa, kłócąc się o nią [gdzie i jak ją użyć] powiększają tylko zamieszanie.” Żetony GQG są ciekawym sposobem oddania paraliżu dowodzenia francuskiego bez sięgania po rozwiązania związane z aktywacjami, a co za tym idzie: pozwalającym zachować turowy model rozgrywki.
  2. Co rzadkie w grach wojennych, punkty zwycięstwa przydzielane są także za cele, które historycznie nie były brane pod uwagę. Oczywiście w tym przypadku chodzi głównie o stronę niemiecką, która dysponuje inicjatywą i wyborem kierunku natarcia. Za sprawą tego Francuzi muszą bronić szeregu punktów na mapie, bo wszystkie okazać się mogą ważne. Ich hierarchia jest jednak oczywista i najpilniejsze jest zablokowanie Niemcom dostępu do kanału La Manche, utrzymanie choć jednej linii kolejowej łączącej północną i południową krawędź mapy. Francuzi mają natomiast sporą dowolność dysponowania licznymi odwodami. Ich liczba jest tak duża, że już po paru dniach można przygotować kontrataki na nazbyt wysunięte oddziały niemieckie lub na drogi zaopatrzeniowe, którymi doprowadzane są do nich paliwo i amunicja.
  3. Morale oddaje wskaźnik jakości oddziału. Ma on wpływ wyłącznie na poszczególne walki między jednostkami, a żadnego przełożenia na globalną sytuację na planszy. Wysokie morale i jakość wojska wskazuje zaciemnione tło przy wskaźniku siły w obronie oddziału (cyfra na środku żetonu, poprzedza ją siła w ataku, a ostatni jest zasięg ruchu). O niskim morale oddziału mówi nam białe tło. Ponieważ w grze wykorzystuje się rzut k6, rozrzut wyników jest  niewielki, a każde przesunięcie w tabeli walki cenne. Różnica jednej czy dwóch kolumn, która pochodzi ze stanu morale oddziału, jest więc wyraźnie odczuwalna. Innego przełożenia na grę morale we France`40 nie posiada.
Trzy doby później obrona przełamana na szerokości ponad 50 kilometrów.


*

W grach przedstawiających zmagania w tak dużej skali frapujący jest obraz zdolności nowoczesnego państwa do zaciągania wielkich tłumów ludzi pod broń. W XX wieku działania wojenne przyjmują nieznane wcześniej rozmiary. Na skutek przełamania pod Mozą w kotle pod Dunkierką otoczono całą armię Belgii, francuskie 1, 7 oraz część armii 9, oraz złożoną z zawodowych żołnierzy Brytyjską Armię Ekspedycyjną. W okrążeniu znalazło się ponad półtora miliona żołnierzy. Podczas przedstawionej na zdjęciach partii chciałem prowadzić dziennik szeregowca z uprzednio wylosowanego oddziału, co często robię podczas rozgrywek w skali taktycznej. Pomysł ten szybko porzuciłem, ponieważ jego dywizja piechoty była tylko trybikiem, który z perspektywy gracza, dowódcy grupy armii, należy zastąpić, gdy się zużyje. Na poziomie operacyjnym trudno o frajdę z śledzenia nieistotnego losu człowieka. Po obu stronach znajdują się dziesiątki dywizji piechoty, których jedynym celem jest maszerować za czołgami, a gdy front utknie, wybijać się nawzajem w bitwach na wyniszczenie. Mój prosty człowiek z francuskiej dywizji sformowanej z rekruta pochodzącego z kolonii w Afryce, broniący przeprawy przez kanał brukselski, z perspektywy zajmowanego heksu niewiele widział i rozumiał. Ale jeżeli miałby wgląd w całość tej operacji, ujrzał planszę i poznał lepiej przyczyny i skutki manewrów, byłby się zaniepokoił tym, że na planszy Niemcy zostali najwyraźniej powstrzymani 50 kilometrów przed kanałem La Manche, że do historycznego rozstrzygnięcia w grze nie doszło i że w związku z tym Francja nie skapitulowała parę tygodni później. Powstrzymanie pochodu pancernego Niemców oznaczać miało przecież, że dojdzie do wojny pozycyjnej, gdzie liczyć się będzie wydajność fabryk oraz zasobów ludzkich narodu. Niemcy także nie przypuszczali, że zwycięstwo można osiągnąć tak szybko. Jak podaje Frieser, miesięcznie 25 tysięcy ton stali zużywali co prawda na czołgi i pancerne pojazdy do wojny manewrowej, ale na drut kolczasty, miny i inne codzienne elementy wyposażenia okopów, potrzebne w wojnie pozycyjnej, zużywali jeszcze więcej, bo 26 tysięcy ton. Czy nie byłoby tak, że mój szeregowiec z Afryki, okopany za kanałem brukselskim, ale z widokiem na planszę, a nie na drugi brzeg tego kanału, zacząłby się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby historycznie przegrać pod Dunkierką, gdzie zginęły tysiące, niż zatrzymać Niemców i przedłużyć wojnę, żeby uczestniczyć w kolejnej bitwie nad Sommą, gdzie zginął milion? Co ma drogie mojemu szeregowcowi życie do wydarzeń, na które nie ma wpływu, do instytucji państwowych, dla których jest instrumentem i które chcą zastąpić instynkt przetrwania zobowiązaniem do śmierci w okopie?

 7 dywizja pancerna Erwina Rommla i elementy kilku innych otoczone pod Amiens nad Sommą.

*

Chęć rozumnego odpowiedzenia na powyższe pytania w pisanym pamiętniku wyimaginowanego szeregowca przywołuje lekturę Wojny i pokoju. Lew Tołstoj, dokonując w swej powieści takiej próby, stracił zainteresowanie bohaterami, których najpierw wrzucił w wojenną zawieruchę. Poznajemy ich myśli oraz reakcje na wydarzenia roku 1812 i obserwujemy, jak porywa ich bieg wypadków wojennych. Na kartach powieści są to coraz rzadsze sygnały życia ludzi, którzy toną w czasie jak okręt w morzu. Kończąc swe dzieło rodzajem eseju o historii, Tołstoj stwierdza, że jednostka pozbawiona jest decydującej siły sprawczej. Napoleon to tylko etykieta dla niepowstrzymanego prądu wydarzeń. Tę etykietę można zdjąć, żeby lepiej przyjrzeć się temu, co skrywa. Co więc znaleźlibyśmy pod ludzką metką o nazwie “Adolf Hitler”, jeżeli na chwilę zapomnimy o twierdzeniu Golo Manna, że druga wojna światowa była wyłącznie jego wojną?
Sytuacja po dziesięciu dniach walk. U góry widać dzielnych obrońców kanału brukselskiego.

Dostrzeżemy najpierw nierozstrzygnięte w wojnie poprzedniej konflikty interesów, które naturalnie doprowadziły do ciągu dalszego. Z jeszcze większego oddalenia spostrzeżemy, że sytuacja, w jakiej znalazły się Niemcy po pierwszej wojnie światowej, przypominała może sytuację Kartaginy po pierwszej wojnie punickiej, i że faktycznie Hannibal lub Hitler to ludzie tylko z konieczności nadający nazwę bezimiennemu biegowi wypadków. Przyjąwszy jeszcze dalszą perspektywę znajdziemy się na torze przyczyn, wśród których każda kolejna ma zaczątek we wcześniejszej. Zapewne dla człowieka otoczonego książkami odnajdywanie tych przyczyn stanowić może rozrywkę lub zajęcie naukowe, ale dla życia nie mają one wartości, choćby zostały świetnie zrozumiane. Można się nawet spodziewać, że świadomość trybów poruszających koło historii, na które, między innymi, składają się wielowymiarowe perspektywy ekonomiczne, przychody właścicieli fabryk, migracje narodów oraz wydajność produkcyjna całych prowincji, zadziałają na większość ludzi zniechęcająco i naturalną reakcją organizmu ludzkiego jest próba pozostania obojętnym wobec skali, która nie należy do ludzkiego świata, a którą mimo to człowiek przyjął, by ten świat opisać.

Na plaży pod Dunkierką porzucono 2 tysiące dział, 60 tysięcy pojazdów. Łącznie około 670 tysięcy ton paliwa, amunicji i ekwipunku.
Wypada się tu zastanowić, co szczególnego wnosi eschatologiczna perspektywa, którą proponuje Tołstoj? Ponieważ nie widać już z niej twarzy ani innych znamion formy ludzkiej, pisarze niechętnie przekraczają tę granicę. W przyjętym przez ogół oglądzie historii ludzka twarz nie znika w mroku. Starożytni biografowie, mimo wiary w boskie wyroki, wierzyli może najmocniej w siłę sprawczą człowieka. Nie sposób wyobrazić sobie Neposa, Suetoniusa, Sallustiusa czy Plutarcha, którzy porzuciliby swoich bohaterów na rzecz bezimiennych sił historii. Nawet Tukidydes i Tacyt, wątpiący w sens ludzkich zabiegów, nie odbierali sprawczej mocy ludziom, których przypadek wyłonił z tłumu jako brzemiennych w znaczenie dla historii. Rozwój nauk oraz przemysł, które w XIX wieku jak nigdy przedtem zachwiały tym sposobem myślenia i odebrały człowiekowi argument o władzy nad swym losem, mają raczej heroldów w gronie starożytnych kapłanów i wróżbitów, zaludniających ulice dawnych miast. Każdy akuratny astrolog wiedział jednak, że zatrudnienie i posłuch znajduje dlatego, iż tajemnice pływu gwiazd łączy z problemami rolników martwiących się o plon, zakochanych, którzy cierpią fizyczny ból z powodu rozstania albo rodziców zatroskanych o przyszłość swych wychowanków. Jego horoskopy nie obejmowały życia narodów, bo narody nie były jego klientami. Dzisiejsze prognozy, z których korzystają właściciele fabryk, zarządcy korporacji, czy plantatorzy osiedli ludzkich, są owocem nowego zapotrzebowania i upłynie jeszcze sporo czasu, nim zostaną sprawdzone metodą prób i błędów.

*

Pochylonemu nad planszą do France`40 bliższa pozostaje perspektywa Lwa Tołstoja. Gdy nie widzimy twarzy człowieka, nie potrzeba bagażu, który niesie Golo Mann, czy inni historycy pozostający poza wpływem marksizmu. Nad planszą gry nie zastanawia nas pytanie, czy ukryty w żetonie dywizji człowiek ma jakąś władzę nad swym losem i biegiem rzeczy. Również inni pisarze nie są tego tak pewni, choć nie starają się tłumaczyć reguł historii, jak robi to Tołstoj. W Soli ziemi Józefa Wittlina złożone siły, działające z namaszczenia najwyżej postawionych ludzi na sam spód drabiny społecznej, biorą się w części z przypadku lub czyjegoś kaprysu, w części rodzą się z ambicją, głupotą i mrzonkami ludzi na wysokich stanowiskach. Dla cierpliwego piechura, bohatera jego powieści, zastanawianie się nad tym jest równie pozbawione sensu, co stawianie horoskopu, który bezbłędnie wytłumaczyłby mu pozostałe dni życia. Anonimowe siły kierujące historią nie zajmowały też ani Szwejka, ani Reynevana.

Ponad 800 okrętów Royal Navy brało udział w ewakuacji. Uratowano prawie 340 tysięcy żołnierzy.
Im większa skala gry wojennej, tym wyraźniejszy w niej nacisk na abstrakcyjne reguły. Gdy oddalamy się, tak jak Tołstoj, od swoich bohaterów, widzimy na planszy dane geograficzne, spis wojsk i nazwiska generałów, ale to etykiety na żetonach, które są parawanem dla tego, co istotne: reguł gry. To one oddają na planszy anonimowe siły historii. France`40 zachowuje jeszcze skalę, która luźno łączy obie perspektywy. Nie widzimy co prawda setek przerażonych twarzy ludzkich w okopie nad kanałem brukselskim, ale już tylko kilka zdenerwowanych w sztabie generalnym. Ich nerwowe dyskusje kończą się wykonaniem telefonu do oddalonych o setki lub tysiące kilometrów dowódców na froncie, by ci wydali rozkaz marszu, ataku lub obrony za każdą cenę. Bogactwo historycznych szczegółów, charakterystyczne dla udanej gry wojennej, pozwala nie tracić wiele z wrażenia, jakie frontowi dowódcy mieli po odebraniu takiego telefonu.

Po upadku Francji Winston Churchill wygłosił ważną mowę w Izbie Gmin ("We shall fight them on the beaches and we shall never surrender") Schodząc z mównicy miał po cichu dopowiedzieć: "And we’ll fight them with the butt ends of broken beer bottles because that's bloody well all we've got!"
Wątki poświęcone grze znajdują się na forum strategii oraz na ConsimWorld, gdzie udziela się jej autor.

1 komentarz:

Umpapa pisze...

Pięknie napisane. Powinszować Waści i pióra i rozumu.