niedziela, 28 grudnia 2014

Rozmowa samotnego przechodnia z Surmią Wielkokwiatową

PRZECHODZIEŃ: Liczne i piękne są drzewa Parku Śląskiego. Hydrę pamiątek, co zatapia szpony w spokojnym sercu, usypia ich szum. Widzę oto nieznaną mi wcześniej roślinę, drzewo przypominające odpoczywającego po marszu wędrowca. Pień jakby położył się w trawie, część gałęzi opiera wygodnie o skrawek pobliskiego muru, część zwiesza nad płycizną wody, jeszcze inne dźwiga niewysoko do góry. Jesień u kresu, a wielkie liście wciąż nie opadły. Przystanę tu i odpocznę, i zerwę sobie jeden z nich.

SURMIA: Dlaczego to uczyniłeś?

PRZECHODZIEŃ: Co słyszę? Jakieś słowa, czy szum drzewa mnie zwodzi?
 
SURMIA: Jestem tutaj.
 
PRZECHODZIEŃ: Rozglądam się i nikogo nie widzę.
 
SURMIA: Stoję naprzeciw ciebie.
 
PRZECHODZIEŃ: Myślałem, że jestem tu sam! Długowłosa kobieto, której jeszcze przed chwilą tutaj być nie mogło, kim jesteś?
 
SURMIA: Twój rodzaj nazywa mnie Surmią zdobioną kwiatami, a mnie spodobało się to imię. Cały czas tu byłam i widziałam, jak do mnie podchodzisz, i poczułam, jak odrywasz liść, część mnie samej. Dlaczego mnie zraniłeś?
 
PRZECHODZIEŃ: Bo liść ten wydał mi się piękny i zapragnąłem go mieć dla siebie. Jesteś panią tego drzewa?
 
SURMIA: Jestem tym drzewem, każdym jego konarem, bruzdą kory, każdym liściem i chwilą ich szumu. Powiedz mi, przechodniu, dlaczego nie zabrałeś któregoś z tych, co leżą u twych stóp? Ten, który trzymasz w dłoni, byłby wciąż pośród żywych.
 
PRZECHODZIEŃ: Niestety, pośród umarłych nie znalazłem żadnego tak pięknego.
 
SURMIA: Nim upłynie dzisiejszy dzień, zerwany liść w niczym nie będzie różnił się od tych, które mogłeś ze sobą zabrać, podnosząc je z ziemi.
 
PRZECHODZIEŃ: Pomyślałem: to tylko liść. Nie chciałem cię krzywdzić, Surmio, i żałuję teraz tego, co zrobiłem. Czy przyjmiesz moje przeprosiny?
 
SURMIA: Zamiast pożałować go u kresu dni, kres przyśpieszyłeś. Nieodwracalny jest los, który podarowałeś, ale smutek zachowaj już tylko dla siebie. Powiedz mi lepiej, po co ci jego piękno? Rzekłeś, że to za jego sprawą postanowiłeś go zerwać.
 
PRZECHODZIEŃ: Tak, ono sprawiło, że zechciałem go zabrać ze sobą i mieć na własność.
 
SURMIA: Zabrać? Czyż nie był piękniejszy, kiedy cicho szumiał na gałęzi? I czy nie powiedziałeś przed chwilą, że pośród umarłych żaden nie wydał ci się tak piękny, jak żywy? Sam zaś go tego życia pozbawiłeś. To, co mówisz, przechodniu, i to, co czynisz, nie ma ze sobą związku. Czy inni z twojego rodzaju podobnie postępują?
 
PRZECHODZIEŃ: Rzeczywiście, może to wydawać się dziwne. Chyba dopiero wtedy, gdy przedmiot, który sobie upodobaliśmy, możemy mieć blisko siebie i często go obserwować oraz zastanawiać się nad nim, zaczynamy rozumieć go pełniej i dostrzegać to, co w nim piękne, a co w innym przypadku byłoby przed nami ukryte. Powierzchowny kontakt czy przelotna obecność nigdy nie dadzą sposobności zrozumienia i dostrzeżenia piękna lub jego braku w tym, co istnieje.
 
SURMIA: Mówisz tak mądrze, człowieku, a jestem tylko rośliną. Proszę, zastanówmy się nad tym, co powiedziałeś, bo chyba nie wszystko zrozumiałam. Czy oto stwierdziłeś, iż piękno odkrywa się z posiadaniem?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak to ująłem, tak mi się wydaje.
 
SURMIA: Opowiedz mi zatem, przechodniu, o tym, kiedy to zdarza się, że ktoś z twego rodzaju odkrywa w sobie uczucie do innej osoby. Czy miłość też pragnie posiadać?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak.
 
SURMIA: Ale powiedz mi jeszcze, w którym momencie jest ona najsilniejsza i najmocniej trzyma w swojej władzy? Czy wtedy, gdy poznanie ukochanej osoby jest zupełne, czy też jeszcze nie, a może nawet bardzo nikłe?
 
PRZECHODZIEŃ: Uważa się, że w miłości trudno o reguły. Mnie zdaje się jednak, że najsilniejsza jest ona w momencie, gdy nieznajomość wzajemnych zwyczajów pobudza zaciekawienie sobą ludzi na tyle, że zostają razem na dłużej jako kochankowie, i jeśli nie wyczerpuje się zbyt szybko, by ciągle mieli w sobie coś do odkrywania, i by to, co stanowi o charakterze partnera, było długo powodem do odczuwania zaciekawienia, a nie znużenia, które przychodzi później, z poznaniem obyczajów.
 
SURMIA: Czyli to nie jest tak, że bieg czasu oraz poznanie podsycają uczucie, utrwalają miłość, czynią ją bardziej namiętną?
 
PRZECHODZIEŃ: Na pewno tak nie jest, a przynajmniej nie słyszałem o nikim takim z mojego rodzaju, komu przydarzyłoby się coś podobnego. Ci, których znam, także nikogo takiego nie poznali, a i nie sądzę, by ich znajomi oraz znajomi ich znajomych słyszeli o czymś podobnym. Nie ma też o tym słowa w naszych opowieściach i legendach. Gdy namiętność pierwszego uczucia gaśnie, trzeba ją stale podsycać, aż wreszcie, kiedy już i na to nie mamy ochoty, o losie miłości decyduje siła przyzwyczajenia. Początek miłości jest zarazem jej szczytem. Niechby był jak najwyższy, ażeby było skąd spadać!
 
SURMIA: Powiedz mi zatem, przechodniu, czy życie, które wiedzie twój rodzaj, może być szczęśliwe?
 
PRZECHODZIEŃ: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym poznać, co rozumiesz jako szczęście? To, czym jest ono dla ciebie, dla człowieka może nim nie być. Podobnie różni ludzie inaczej mogą postrzegać i rozumieć to, co za nie uważają.
 
SURMIA: Ustalmy więc najprostsze ramy, które nie obejmują wyłącznie doraźnej radości, ale też jej nie wykluczają. Nazwijmy szczęściem to, co sprawia, że choć dzięki przeszłym wydarzeniom obecny dzień życia wydaje się wspaniały, kolejny jego dzień jest czymś jeszcze bardziej oczekiwanym. To chyba nie zbyt wiele? Czy teraz już potrafisz odpowiedzieć na pytanie? Kiedyż więc takie szczęście jest największe i najgłębiej odczuwalne?
 
PRZECHODZIEŃ: Wydaje mi się, że oczekiwanie przyszłości pamiętam jedynie z dzieciństwa. Wtedy to często zdarzało się, że wyobraźnia, pobudzona słowami osób bardziej doświadczonych życiem co do niespodzianek dnia następnego, miejsc, które odwiedzę lub osób, które poznam, całość istnienia redukowała do chwili obecnej, w której ciągle wyczekiwałem następnej. Wykraczamy wówczas jakby poza siebie, w marzenia i wyobraźnię. W dojrzałych latach na nowo ten stan budzi wyłącznie miłość, ale jest ona zbyt rzadka, żeby z czasem nie stawał się on coraz bardziej odległy i niedostępny doświadczeniu. Wreszcie cieszymy się nawet wtedy, gdy doznajemy go choćby za sprawą pamięci o nim, a nie dzięki niemu samemu. A bez miłości cenimy nie to, co przyciąga do dnia jutrzejszego i każe go wypatrywać, a raczej to, co od niego uwagę odciąga i rozprasza zawód, który przyniesie.
 
SURMIA: Im większe doświadczenie, tym mniejsze możliwe szczęście?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak właśnie trzeba by powiedzieć.
 
SURMIA: Czy nie inaczej sprawa ma się z pięknem?
 
PRZECHODZIEŃ: Co masz na myśli?
 
SURMIA: To, że nie odkrywasz piękna liścia wraz z poznaniem i posiadaniem, a raczej na nie wtedy obojętniejesz, podobnie jak to dzieje się z miłością i szczęściem. Byłoby wówczas inaczej, niż stwierdziłeś; otóż właśnie przelotna obecność i powierzchowny kontakt stanowią o pięknie, mimo że na początku rozmowy przyznałeś coś odwrotnego. Czy nie mam racji?
 
PRZECHODZIEŃ: Rzeczywiście, może być tak, jak to przedstawiasz.
 
SURMIA: Jaką zatem rolę grało piękno w decyzji o zerwaniu liścia? Czy możesz dać teraz inną i lepszą odpowiedź?
 
PRZECHODZIEŃ: Piękno nie było celem, jak początkowo uważałem, a przyczyną jego zerwania.
 
SURMIA: Czy to piękno tego, który trzymasz w dłoni, sprawiło, że przystanąłeś przy nim i postanowiłeś go zerwać?
 
PRZECHODZIEŃ: Nie, z pewnością nie on sam dał temu przyczynę.
 
SURMIA: Co więc to mogło być? 

PRZECHODZIEŃ: Sprowadził mnie do ciebie twój przechylony pień, splątane i pokryte bruzdami gałęzie oraz żywy kolor liści, które zachowały swą barwę mimo pory roku, a nade wszystko cichy szum na wietrze, nieodłączna pieśń drzewa. Jesteś piękna w całości, zielonolistna Surmio, a ja zapragnąłem zawładnąć choćby niewielką częścią ciebie, która by tę całość przypominała.
 
SURMIA: Ale co jest takiego w całości, co sprawia, że jest piękna, a czego ten szczątek, który trzymasz w dłoni, już nie posiada i czym nigdy już nie będzie?
 
PRZECHODZIEŃ: Pozwól mi się zastanowić. Kiedy o tym teraz myślę, zdaje mi się, że całość oznacza coś więcej, niż samą siebie. Gdy latem kładę się na trawie, zamykam oczy i słucham szumu drzew, nie jestem w stanie poznać, ile ich jest. Może jedno, może kilka, może szumi cały las? Nieskończoność dostępna w nieskrępowanym dźwięku. Swoboda od wszelkiego przymusu, której drzewo jest przypomnieniem.
 
SURMIA: Przyznaj więc, że nierozumne jest rozpatrywanie pojęć, o których powiedzieliśmy, we fragmentach. Czy nie na tym polega ich sens, by nas w nich nie zamykały, a poza siebie daleko wywodziły? Czyż nie jest tak, że tylko wówczas istnienie może wydać się czymś innym, niż ciągiem przypadkowych reakcji na podobnie przypadkowe bodźce?
 
PRZECHODZIEŃ: Ależ oczywiście, Surmio, że nie ma sensu i że jest przypadkowe to, co robię i czym się łudzę. Nie bierzesz pod uwagę tego, z kim rozmawiasz. Nawet jeśli zapomniana jest całość na rzecz fragmentu, znajdziesz wielu ludzi, którzy oczarowani są jego ułomnym pięknem i nie czują drżenia w sercach na myśl o jego niepełności lub nawet szpetocie. Podobnie ze szczęściem, nie potrzebują pomyślnego wiatru, który zapowiada im nadchodzące rozkosze, bo cieszy ich dostatecznie chwila obecna, a większą jeszcze sprawia przyjemność, gdy nieprzewidziany i ślepy jest szczęśliwy los. Miłość również daje się nam w swych spazmach rejestrować po kawałku, w rozbitych częściach, które z osobna stają się sobie wystarczalne i nie potrzebują złożenia z przeszłością i przyszłością, na których może i jest spleciona, choć ja w niej dostrzegam jedynie przypadek. Oto jest pułap, którego człowiek nie może przekroczyć, chyba że stanie się drzewem, co, tak jak ty, wyżej od niego unosi koronę i więcej potrafi zrozumieć.
 
SURMIA: Okaleczyłeś mnie najpierw, przechodniu, i sprawiłeś mi ból. Teraz zaś słowa twoje sprawiły, że jest mi smutno, gdy wyobrażam sobie życie wiedzione przez ciebie i podobnych tobie. Powiedz mi, proszę, czy można wam pomóc? Jak was z tego snu wybudzić?
 
PRZECHODZIEŃ: Nieodwracalny jest los, który nam podarowano. Proszę, swój smutek zachowaj dla siebie. Wystarczy, że będziesz tutaj, abym mógł przyjść, gdy zaszumią nowozakwitłe liście. Spójrz na te chmury! Powinienem już pójść do domu, bo nie chcę złapać kataru. Zimny jest wiatr, pociemniało niebo i zaczął padać deszcz. Dziękuję ci za tę rozmowę.
 
SURMIA: Liść zabierasz ze sobą?
 
PRZECHODZIEŃ: Na pamiątkę własnej głupoty. Do widzenia, Surmio.
 
SURMIA: Do widzenia, przechodniu. Odwiedź mnie wiosną.