wtorek, 12 sierpnia 2014

Ukraina 2014

— Бандеровцев видишь?
— Нет…
— А они там есть!
— Российских солдат видишь?
— Да…
— А их там нет!

Ukraiński humor z marca 2014.

*

Podczas niedawnej aneksji Krymu mieszkańcy Europy przekonali się, że ich dyplomaci są niegotowi na konfrontacyjną politykę sąsiedniego państwa, nad którym nie mają wyraźnej i natychmiastowej przewagi. Liczne deklaracje i komentarze polityków zachodnich okazały się mieć podobną wartość, co propaganda prowadzona w ostatnich miesiącach na całym świecie i we wszystkich środkach przekazu medialnego przez Rosję. Jeszcze podczas zajęcia Krymu można było słyszeć głosy przywódców największych państw Zachodu, że narastanie konfliktu na Ukrainie doprowadzi do bolesnych dla Rosji odpowiedzi oraz politycznego osamotnienia. Minęły miesiące, podczas których te same słowa powtarzano wiele razy w ewidentnym braku lepszej odpowiedzi. Tymczasem na Ukrainie konflikt przyjął formę działań zbrojnych. W porównaniu do bezkrwawego zajęcia Krymu, co jeszcze niedawno media rosyjskie mogły celnie przedstawiać jako sukces, do którego Zachód jest niezdolny, sposób działania w Donbasie, walki miejskie z użyciem ciężkiego sprzętu wojskowego, a finalnie idące za tym ofiary pośród ludności cywilnej, dla której moskiewska pomoc humanitarna pokojowych wojsk jest już gotowa, zrównały Rosję z demokracjami zachodnimi w zaprowadzaniu w innych regionach świata tego, co rozumieją jako porządek i stabilizację. Pomimo tych wydarzeń na zapowiadane obostrzenia – poza iluzorycznymi, przydzielanymi indywidualnie – długo nie było w Europie zgody. Jeśli deklaracje europejskich dyplomatów wydawały się spontaniczne i składane od przypadku do przypadku, to zapewne wyłącznie dlatego, że nigdy nie istniał plan działania, pomysł odpowiedzi na taki bieg wypadków, mimo że jego kurs wygłaszany jest wprost już od lat przez Aleksandra Dugina, aktualnego ideologa putinowskiej Rosji. Cóż innego poza ignorancją mogło zaprowadzić do paraliżu decyzyjnego i braku inicjatywy, które widzimy w Europie?


Niezdecydowanie nie będzie trwało bez końca, ale skoro istnieje, na pewno jest też możliwość jego przedłużania i wykorzystywania do ostatniej granicy, o czym śnią przy takich okazjach wszyscy spełnieni i niespełnieni dyktatorzy. Dała na to dobry widok konferencja w Berlinie z udziałem polityków Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji. Angela Merkel przemówiła na niej wtedy głosem samego Władimira Putina, ogłaszając potrzebę porozumienia rządu Ukrainy z separatystami. Taka deklaracja głowy najważniejszego państwa w Europie pokazuje, jakim torem przebiegać może konflikt na Ukrainie oraz następne, które w ślad za nim mogą podążyć w najbliższych latach. Nie ma wątpliwości, że jeśli Rosja będzie przeprowadzała swoje operacje sprawnie i bez wyraźnej szkody dla “europejskiego partnera”, to ten nie będzie się angażował bardziej, niż to konieczne dla wyjścia z sytuacji z twarzą. Unia Europejska pouczyła także Putina na przyszłość, wskazując mu dokładnie kryteria skuteczności i sposobu działania. Jeśli sprawa jest załatwiona szybko i z pomysłem, jak na Krymie, jej reakcja będzie symboliczna. Wielomiesięczny konflikt oraz ofiary cywilne pobudzają zaś Europę do pewnych posunięć.

*


Po zakończeniu drugiej wojny światowej snuto setne wizje konfliktów zbrojnych, które po niej nadejdą. Reakcję łańcuchową militarnych i gospodarczych odpowiedzi wieńczy użycie broni atomowej, co skłaniało do przemyślenia zasadności tradycyjnego konfliktu i odnalezienia nowych dróg, którymi wygrywać można wojny. Ideałem w tych warunkach stał się możliwie jak najbardziej ukryty ich przebieg i przeniesienie nacisku działań na front ekonomiczny oraz informacyjny. Do takich wniosków dochodzili szybko powojenni uczeni różnych dyscyplin naukowych. Jeśli jakieś państwo zostanie pozbawione możliwości odpowiedzi militarnej i gospodarczej zanim spostrzeże, że bierze udział w konflikcie, będzie to oznaka, iż żyjemy już w zapowiedzianej przez nich epoce.

Stanisław Lem rozwijając te wnioski spostrzegł, że zależność od skomplikowanych procesów i dużej liczby wpływających na nie zmiennych sprawią, że przyszłe konflikty militarne będą prowadzone przy coraz większym wpływie czynników losowych oraz przypadku. Pomimo matematycznej perfekcji i uwzględnienia tak szczegółowych danych i takiej ich liczby, o jakiej wcześniej nawet nie posiadano pojęcia, wypadki objawią się narastającym brakiem kontroli i losowością nieznanymi w konfliktach zbrojnych prowadzonych tradycyjnymi metodami od starożytności do XIX wieku. Uwzględnienie licznych niestałych czynników jest bowiem niezbędne dla uzyskania inicjatywy strategicznej i precyzji w działaniu punktowym, w oparciu o które takie konflikty mają być rozgrywane. Podobnie konieczność nadążenia za szybkimi przemianami i reagowanie na kolejne wypadki w adekwatnie natychmiastowy sposób doprowadzą do tego, iż wydarzenia będą dla ludzkiego obserwatora po prostu chaosem, którego może nawet nie poznać pod maską precyzji, w jakiej będą odbywały się jego fluktuacje.

W skomplikowanym systemie zależności, na którym oparta jest bierność wobec konfliktu na Ukrainie, widzimy być może pewną ilustrację oczekiwanej epoki. Podjęcie działania zwrotnego wydaje się niepodległe woli zaangażowanych w wydarzenia tym bardziej, im więcej szczegółów do uwzględnienia wymaga, im więcej jest zmiennych czynników gospodarczych oraz politycznych, im mniej natomiast pozostaje czasu na podejmowanie decyzji. Wysoki poziom techniki zagwarantuje szybkie i dokładne wprowadzanie ich w życie, co tym bardziej unaoczni błędne kalkulacje ośrodków decyzyjnych i odsłoni chaos, z którego te decyzje powstały.

Obserwatorzy oceniający zdarzenia na co dzień dla potrzeb telewizji oraz prasy będą w coraz trudniejszej sytuacji, ponieważ jest możliwe, że torów, którymi bieg wypadków podąży, nie będą w stanie przewidzieć nawet bezpośrednio w nie zaangażowani. Rozsądek i trzeźwe spojrzenie mogą szybko przestać mieć w tych warunkach znaczenie i cenniejsza oraz bardziej skuteczna stanie się agitacja co sprawniejszych polityków.

Co się na tę agitację złoży? Co będzie jej podległe? Sami Ukraińcy wiedzą o tym dobrze ze swojej niedawnej historii i być może stąd też ich szybki i zdecydowany wybór samodzielnego działania, próba przejęcia inicjatywy w Donbasie bez oglądania się na sojuszników. Ich media wydawały już w przeszłości pod adresem Ukrainy wyroki, które zbiegały się z politycznymi celami ich ówczesnych obozów rządzących. Nawet jeśli europejscy politycy odstąpili na razie od kursu, który proponowała niedawno Angela Merkel szukając wspólnego języka z Władimirem Putinem, może być to chwilowe, lub właśnie przypadkowe.

*

W latach 1930-33, podczas okresu bezwzględnej kolektywizacji Ukrainy, korespondent New York Timesa z Moskwy, Walter Duranty, informował czytelników o sukcesach budowniczych komunistycznego ustroju. Z jego reportaży czytelnik dowiadywał się, że w Rosji przemysł jest coraz większy i potężniejszy, i że nawet, jeśli na ukraińskiej prowincji zdarzają się przypadki śmierci, o czym niekiedy donosili różni ludzie, to nie wynikają one z głodu, a za sprawą niewłaściwego odżywiania i chorób. Duranty nie rozwinął tej myśli, być może pozostawiając czytelnikowi domysł, że owa malnutrycja to efekt niedoedukowania biednego, ukraińskiego chłopa, który, w przeciwieństwie do rolników z innych części świata, nie wie, co zdrowe i jadalne, a co nie, ale który w warunkach postępującej kolektywizacji tę wiedzę przyswoi.

Tym samym Amerykanie czytali w New York Timesie niemal to samo, co czytelnicy radzieckich gazet codziennych, w których o sytuacji żywieniowej na Ukrainie nie było wzmianki. Głos kłamcy nie był jedynym i pojawiali się dziennikarze, którzy zdawali relację z tego, co zobaczyli, ale ponieważ był to w USA czas nawiązywania stosunków dyplomatycznych z nową radziecką władzą i publiczność domagała się od rządu sukcesu w tej sprawie, to właśnie Duranty`emu przyznano za “obiektywne, wyczerpujące i wyjątkowo jasne korespondencje z Rosji” nagrodę Pulitzera za 1932. Nagrodzona została propagandowa sielanka, której pragnęli wszyscy dla dobra swojego interesu i w imię poprawnych stosunków ze stalinowskim reżimem.

Dziennikarski sukces Duranty`ego zasłonił potworne ludobójstwo, w którym pojedyncze istnienie ludzkie gubi się w wielozerowych liczbach przy każdej próbie opisu i wyliczeń. Podczas gdy zagrabione z Ukrainy przez stalinowskie władze zboże, szacowane na setki tysięcy ton, gniło, przechowywane, czy raczej po prostu wysypane gdzieś w głębi Rosji na powietrze jako “rezerwa państwowa”, a w prasie amerykańskiej ukazywały się “jasne i obiektywne” artykuły Duranty`ego o sukcesach kolektywizacji, on sam informował potajemnie brytyjską ambasadę, że wskutek rabunku żywności na fantastyczną skalę na Ukrainie dokonano zagłady części narodu.

*

W tym czasie, wobec przydzielonych Polsce w traktacie ryskim pozostałych ziem ukraińskich, rząd II RP realizował politykę narodowościową. Nadzieje na powstanie na ziemiach ukraińskich osobnej władzy, jeszcze parę lat wcześniej obecne i po polskiej, i po ukraińskiej stronie, po zwycięstwie w 1920 w wojnie z Rosją zniweczyła nieudolność polskiej dyplomacji. Z późniejszymi deklaracjami polskich polityków poszła niemal równym krokiem opinia publiczna, wyrażająca, z nielicznymi wyjątkami, coraz mniej zrozumienia i przychylności dla niedawnego sojusznika, z którym pokonano bolszewików. W polskich gazetach coraz mniej było artykułów, które popierałyby ukraińskie postulaty. Największy dziennik międzywojnia, Ilustrowany Kuryer Codzienny Mariana Dąbrowskiego, stał się dla polskiego społeczeństwa podobnym wówczas symbolem bezkrytyczności i poparcia dla aktualnego kursu władzy, co dzisiaj Gazeta Wyborcza Adama Michnika.

Polonizację Ukrainy starano się przeprowadzać planowo, była obliczona na stłamszenie obudzonej świadomości odrębności narodowej Ukraińców. Raz to różnymi odcieniami idei prometejskiej, raz sprawą narodową tłumaczono rozmaite aspekty polskiej polityki wobec Ukrainy, także te haniebne. Z większym sceptycyzmem prasy spotkały się dopiero akcje pacyfikacyjne KOP-u, w których stosowano wobec ludności ukraińskiej odpowiedzialność zbiorową, jasny dowód ignorancji rządu II RP i braku pomysłu na odpowiedź wobec antypolskich sabotaży OUN-u.

Reszta działań znajdowała z reguły uzasadnienie i była przedstawiana jako sukces. Nim miała być kolonizacja Ukrainy, do której ściągano ludzi w dużej części z marginesu społecznego, oraz liczne inne zarządzenia przymusowej polonizacji, np. o obowiązkowym na Ukrainie nauczaniu w języku polskim w szkołach średnich i wyższych, o używaniu języka polskiego podczas kazań w cerkwiach, o organizowaniu gmin i samorządów na tych ziemiach tak, by Polacy mieli w nich zawsze większość, a także inne pomysły polskich machiavellistów, które w efekcie stanowić miały jeszcze jeden powód do obrócenia polsko-ukraińskich relacji w ruinę. Nawet najbardziej kompromisowe postulaty ukraińskie były łatwo odsuwane i negowane. Przyłożyło się do tego niestety niemal całe społeczeństwo polskie, które dawało znać o swojej ignorancji przy różnych okazjach, gdy mogło wyrazić swoje zdanie.

Znamienne, że Roman Dmowski na temat Ukrainy wyrażał podobne myśli w swoich pismach, co niegdyś nie tylko sami zaborcy na temat Polski, ale i sam Voltaire z innymi światłymi i wykształconymi bywalcami salonów w opiniach o jej rozbiorze. Prometejskie argumenty o stabilizacji i zaprowadzaniu porządku i oświaty są zresztą zawsze świeże i na miejscu; istniały na tysiąclecia przed zaprowadzeniem zaboru na ziemiach polskich, istnieją i dziś, także w propagandzie Zachodu, którą mamy sposobność posłuchać w odrestaurowanej oprawie, ilekroć konieczne jest wyjaśnienie nowej interwencji militarnej NATO.

*


Wobec uległości mediów do kursu rządów, który w sytuacji kryzysowej staje się nieobliczalny i podatny na zmiany w każdej chwili, trudno byłoby Ukraińcom oczekiwać, że publicystyczne wersje politycznych wyroków mogą być dzisiaj bardziej w prasie niezależne, niż kiedyś. Wszystko rozstrzyga się w małych gabinetach i podczas rozmów, które nie są transmitowane w telewizji i nie wymagają od polityków pozy dla wyborców. Jak dotąd takie spotkania nie dawały wiele nadziei Ukrainie. Jednakże, naprzeciw dyplomatom europejskim chcącym tłumaczyć ograniczanie odpowiedzi wobec działań Rosji będą stały jednak inne i bardziej poważne przeszkody do pokonania, niż tylko umiejętne kształtowanie opinii i wykorzystanie środków przekazu.

Mówi o tym ocena rozmaitych niedawnych propagandowych operacji medialnych, którymi zajęły się różne instytucje. Większość wniosków pojawia się na zasadzie domniemania i stylem równa jest propagandzie, którą opisuje, ale są też głosy cenne. Na gruncie polskim niedługo po zajęciu Krymu opublikowana została przez Ośrodek Studiów Wschodnich analiza Jolanty Darczewskiej opisująca rosyjską wojnę informacyjną, w której rozpatrywane są propagandowe komunikaty medialne, jej pochodzenie oraz cechy szczególne. Mimo że tekst ten powstawał niemal jako bieżąca odpowiedź na zdarzenia krymskie, zawiera liczne spostrzeżenia znajdujące potwierdzenie w miesiącach, które nadeszły.

W opracowaniu tym dochodzi się do wniosku, że rosyjska propaganda jest wobec Zachodu prymitywna i niewyrafinowana, a do jej dekryptażu na chwilę obecną nie potrzeba wiele. Ten stan rzeczy będzie się zmieniał, a wydana ocena dotyczy na razie jej bieżącego poziomu. Skuteczność tego rodzaju propagandy jest natomiast znacznie większa w samej Rosji, gdzie władze dysponują możliwością dezinformacji na ogromną skalę.

Dlatego niedawne słowa Angeli Merkel, jeśli miałyby znaleźć ciąg dalszy, będą wymagały od Europejczyków nie tylko chęci wysłuchania ich w mediach, ale też nauczenia się nowego języka, w którym będą wyrażane. Od strony ideologicznej reżim Putina opiera się bowiem na elementach równie irracjonalnych, co te, których działanie Europa dobrze poznała niecałe sto lat temu. Nieufni wobec nich pozostają nawet obojętni na rosyjską agresję i trzeba by znaleźć i nadać im inną nazwę i nowe argumenty, które byłyby przez nich do zaakceptowania. Trudno dzisiaj sądzić, by geografią sakralną, do której Aleksander Dugin czyni fundamentalne odwołania, a która wykorzystywana jest następnie do tłumaczenia politycznych posunięć, można było z sukcesem uprawomocniać w oczach Europy nowoczesne pokojowe krucjaty rosyjskiego żołnierza lub importowanego oprycha bez oznaczenia przynależności wojskowej. Ciągle zbyt blisko temu do języka oczywistej propagandy, która jest łatwo rozpoznawana i na razie na Zachodzie odrzucana, o czym można dowiedzieć się także w różnych miejscach w sieci, odwołujących się do wypadków na Ukrainie.

*

Warto zastanowić się, jakie mogą być drogi zbliżenia tych różnych sposobów myślenia, jakie przekształcenia języka należy wykonać i do jak przygotowanego odbiorcy najłatwiej będzie rosyjskiej propagandzie trafić? Bez dokładnego przygotowania i rozeznania można tutaj wysunąć tylko kilka uwag natury ogólnej.

W napisanym po wojnie Klubie Trzeciego Miejsca Melchior Wańkowicz podawał w formie dygresji, że zdumionym celnością jego proroctw przyjaciołom tłumaczył, iż oparł swe przewidywania po prostu czytając i uważnie słuchając słowa Stalina i Hitlera. Wszystkie przecież zamiary wykładali oni publicznie z rycerską szczerością na długo przed wprowadzeniem ich w życie. Łatwo jest w tym momencie poczynić analogię do słów Aleksandra Dugina, który ukraińskie wybory prezydenckie w 2009 obwieszczył już wtedy ostatnimi, a przecież nie są to jego jedyne i ostatnie proroctwa dotyczące mieszkańców tej części Europy.

Dla pewnej grupy polskich i ukraińskich historyków, publicystów oraz polityków równie łatwo przychodziło kiedyś dokonywanie podobnych podsumowań i dochodzenie do identycznych wniosków z punktu widzenia ich strony. Żywa była myśl, że istnienie Rosji innej, niż w formie porozpadowej, jako niezależnych republik, jest i zawsze będzie dla krajów Europy Wschodniej zagrożeniem. Mówiąc wprost, upadek Rosji leży w interesie ich racji stanu. Ta polityczna idea będzie żywa i gdy nadejdzie odpowiednia pora, może wydać się znowu atrakcyjna dla wszystkich autorytetów i ekspertów zatrudnionych do tłumaczenia bieżących zdarzeń dla zgromadzonej przed komputerem i telewizorem publiczności. Być może dzisiaj nie ma już nawet odwrotu od tego kierunku myślenia, podobnie jak nikt nie wymyślił żadnej innej wizji stosunków międzynarodowych, która mogłaby być dzisiaj realna i zarazem konkurencyjna wobec powyższej.

Okaże się jednak wtedy, że oto właściwie tym samym językiem przemawiają i wschodni Europejczycy między sobą, i Dugin z Rosjanami, gdy powtarza, że istnienie innej Rosji, niż mocarstwowa, nie ma sensu i kraj ten innej drogi bytu po prostu nie ma. Sprowadzenie polityki wprost do próby sił, która wynika z oceny ułożonej na fundamencie niemal identycznym, co duginowskie teorie, może stać się jednym z obowiązujących sposobów tłumaczenia i rozumienia położenia sąsiadów Rosji w przyszłości nie tylko przez nią samą, ale właśnie przez nich. Narzucenie takiej optyki będzie dużym sukcesem Kremla w poszukiwaniu słów dla wspólnego języka. Zapewne stanowi ona jeden z długodystansowych celów propagandy.

O innej drodze porozumienia, która także już istnieje, wypada tu dodać tylko kilka słów przy okazji, bo jej charakter został już stosunkowo dobrze poznany. Badacze kultury dawno spostrzegli, że masowe media, nawet przy wykorzystywaniu i zainteresowaniu przeszłością, faworyzują wyłącznie teraźniejszość. Kiedy staje się ona jedynym punktem odniesienia, oceny oparte na doświadczeniu czy wiedzy historycznej można łatwo odsunąć na bok lub poddać manipulacji. Gdy wojna w świadomości telewidza i internauty trwa tyle, co premiera nowego filmu, łatwo przeprowadzać szybkie operacje wojskowe w sąsiednich prowincjach. Los Ukrainy może wkrótce dodać kilka przykładów do tych wielokrotnie już formułowanych uwag.

Rysunki autorstwa mieszkańca Słowiańska. Miały zostać naszkicowane w piwnicy, z nudów i dla zabicia czasu, podczas walk o miasto.

5 komentarzy:

Sławomira pisze...

Łał, jaki epicki post.

,,Kiedy staje się ona jedynym punktem odniesienia, oceny oparte na doświadczeniu czy wiedzy historycznej można łatwo odsunąć na bok lub poddać manipulacji. Gdy wojna w świadomości telewidza i internauty trwa tyle, co premiera nowego filmu, łatwo przeprowadzać szybkie operacje wojskowe w sąsiednich prowincjach. Los Ukrainy może wkrótce dodać kilka przykładów do tych wielokrotnie już formułowanych uwag."
Jestem pod wrażeniem tych słów i dużych akapitów robionych spacjami.

Tajemniczy Pan C pisze...

Dziękuję za opinię, Sławomiro.

Jeśli chodzi o bycie pod wrażeniem słów, to jeśli to ironia i złośliwość, przyjmuję je z pokorą. Życie składa się w większości z banałów. Niektóre warto powtarzać parę razy, ale innych nawet to nie tłumaczy. Tekst ten, tak jak wszystkie tutaj, pojawił się bez przejrzenia, bez poprawy. Jeślibym coś miał z tymi wpisami kiedyś robić, z pewnością je pozmieniam, poprawię, tymczasem blog zastępuje szufladę, a nawet nie tyle ją, co notes, w którym próbuję pisać, by nie zapomnieć, jak to się robi. Skoro przeczytałaś ten tekst, oznacza to, że jesteś kolejną, może piątą, może dziesiątą osobą, która odwiedza to miejsce. Wygląda więc na to, że jeśli coś tu jeszcze napiszę, będę się musiał bardziej starać. :)

Jeśli zaś chodzi o akapity robione spacjami, to ja również jestem pod ich wrażeniem. Ale jeszcze bardziej pod wrażeniem bloggera, który rozjeżdża mi te wpisy, robi ogromne odstępy itd. Oczywiście mógłbym to poprawić, by dało się czytać. Przepraszam, że dotąd tego nie zrobiłem. Ja również jestem więc pod wrażeniem - że doczytałaś do końca. :)

Sławomira pisze...

To nie ironia. I doczytałam do końca, bo tekst mnie zainteresował. Nie mam uwag, więc dałam +1, podobno dla wyszukiwarki ważniejsze niż lajk, i dopisałam, który fragment mi się spodobał.

Robiłam kiedyś akapity spacjami i skończyło się tak, że wpis piszę w widoku HTML, a akapity są robione kodem. Nie chciało mi się pilnować, by ilość spacji była równa.

Tajemniczy Pan C pisze...

Dziękuję więc +1 i za te słowa. Są one dla mnie o wiele ważniejsze od tego, że wpis miałby się spodobać teraz także jakiejś wyszukiwarce, zwłaszcza że niezbyt zależy mi na sprowadzaniu tutaj anonimowych wizytantów. Na szczęście ściany tekstu służą za dodatkowy straszak.

Już nie robię akapitów. Teraz zacząłem pogrubiać pierwszą literę... Daj mi dekadę lub dwie, a może dojrzeję do kodowania ;)

Sławomira pisze...

:D