środa, 7 maja 2014

Wiosna poezją

Poza samymi poetami i pracownikami oświaty różnego szczebla, przymuszającymi podopiecznych do czytania wierszy, niewielu jest dziś czytelników i komentatorów bieżącej twórczości poetyckiej. Kiedy sam mam okazję na jej temat z kimś porozmawiać, odbywa się to zwykle w tonie nudy i żałoby, a zmiana tematu przychodzi naturalnie jak po kościelnym pogrzebie. Parę tygodni temu, podczas jednej z takich dyskusji, wraz z moim rozmówcą zgodnie i łatwo przyznaliśmy, że nowej poezji prawie w ogóle nie czytamy, nie znajdujemy w niej rzeczy interesujących, a to, co przypadkowo jeszcze wpadnie w nasze ręce, przedstawia poziom niski, że nie ma sensu taką twórczością zaprzątać sobie głowy. Być może za sprawą takiej postawy tracimy coś ważnego. Być może oszczędzamy czas.

Na pewno korzystamy z przywileju czytelnika i dobieramy lektury podług zachcianek i kaprysów, a odkładamy je przed końcem, gdy już po kilku stronach widzimy, że ich jakość jest przeciętna. Bieżącą produkcję poetycką trudno zresztą dzisiaj dokładnie śledzić. Mniej więcej dziesięć lat temu w jednym z numerów Dekady Literackiej można było znaleźć informację, że tamtego roku opublikowano w Polsce ponad osiemset tomików poezji na papierze. Jeżeli nic się nie zmieniło za sprawą upowszechnienia Internetu, a przecież tendencja była rosnąca, codziennie w naszym kraju ukazują się przynajmniej dwa nowe zbiorki poetyckie. Pamiętam list Czesława Miłosza, opublikowany w jednym z literackich czasopism, w którym stwierdzał on, że jednego dnia będzie pisanych sto tysięcy wierszy i malowanych sto tysięcy obrazów. Niemal w tym samym czasie Tadeusz Różewicz powiedział, że poeci piszą tyle, jakby chcieli zapchać jakąś dziurę. Podobne stwierdzenia nie są zresztą rzeczą nową, którą przyniósł dopiero miniony wiek. W jednakowym tonie, zwykle o całej współczesnej im literaturze, piszą często krytycy, a przecież nie ich jedynych dopada znużenie na skutek nadmiaru zadrukowanego destruktu, który nieostrożnie przeczytali. Mędrzec przestrzegał już w III wieku przed Chrystusem, że słowa pomnażają tylko marność i że pisanie wielu ksiąg nie ma końca, a nadmierne ich studiowanie utrudza ciało.

Kto miał okazję rozmawiać z początkującym poetą lub obserwować dzialalność młodej grupy poetyckiej, mógł się przekonać, że aż do zupełnego zaniku papierowej książki wiersze będą wydawane. Dzisiejsi poeci nie szczędzą grosza, spełniają swoje marzenie i drukują własne dzieła z prywatnych oszczędności, ewentualnie przy wsparciu lokalnych domów kultury i podobnych instytucji. Te zaś są być może ostatnimi czerpiącymi jeszcze z poezji wymierny zysk, jakim jest wpisanie do odpowiedniej rubryki podsumowującej działalność w danym okresie, że wsparły wydanie tomu, zyskując tym samym dowód, że coś robią i zapewniając ich dyrektorowi legitymację na następny rok. Niekoniecznie zresztą brak finansowania i wyłącznie prywatny wkład poety w publikację swoich utworów oznaczać musi niską jakość wydania książeczki. Nawet tak przypadkowy czytelnik poezji, jak piszący te słowa, miał w swoich dłoniach kilka tomików wydanych całkiem lub półprywatnie, które były zilustrowane rysunkami opłaconych artystów lub fotografiami na kredowym papierze. Mało który pisarz zlekceważy estetykę wydania swej książki. Być może jest to nawet w większym stopniu od braku zarobków cecha powszechna w tej profesji. Marcel Proust pierwsze opublikowane dzieło wydał w zdobieniach do tego stopnia kosztownych, że już sama jego cena detaliczna dawała gwarancję, iż się nie sprzeda. Również pewna część wydawców wydaje się podzielać entuzjazm pisarzy dla pięknych woluminów. Podążają szlakiem przetartym przez samego Gutenberga, którego bankructwo miało zostać wywołane inwestowaniem w oprawę wizualną książki takich sum pieniędzy, że żaden obieg czytelniczy nie mógł mu ich zwrócić, nawet przy cenie konkurencyjnej w stosunku do dostępnych wówczas manuskryptów. Dzisiejsi poeci, sami sobie będący wydawcami, są spadkobiercami tych tradycji i podobnie, mimo pewności, że tomy ich dzieł będą zalegały półki księgarń, domów kultury czy zaprzyjaźnionych kawiarni artystycznych, gdzie leżą czasem obok menu, dokładają starań, aby były ładnie wydane.

Trafiają się jednak szczęściarze, wyznaczeni przez gremia literackich jury oceniających konkursy poetyckie, czy po prostu inni na tyle wytrwali, że już o rozpoznawalnym nazwisku, których opublikuje wydawnictwo. Czy do takich poetów i do ich poezji można jednak mieć większe zaufanie, niż do zbiorku lokalnego artysty wydanego przez wiejski dom kultury w Jasieńcu Górnym, dający zarazem jedno pomieszczenie poczcie, która po sąsiedzku wystawia tomik przy okienku, tuż obok widokówek i cennika znaczków? Czym różni się dzisiaj poezja wydawana prywatnie od tej publikowanej przez wydawnictwo poza tym, że nazwisko autora może być nieco bardziej znane?

*

Zbiorek Cała w piachu Dariusza Suski, jak wszelka dzisiejsza poezja, wpadł w moje ręce przypadkiem i tylko za sprawą losu miałem okazję go przeczytać. Opublikowany został w 2004 przez Wydawnictwo Czarne i całkiem możliwe, że jest jednym z owych ośmiuset, które tamtego roku wydano w naszym kraju. Kilkadziesiąt krótkich utworów pisanych perspektywą, w której przeplata się raz to spojrzenie na świat paroletniego dziecka, raz to dorosłego patrzącego na dziecko, a niekiedy wspominającego czas dzieciństwa, stanowi rodzaj zapisu osobistych i ulotnych chwil z rodzinnego życia pośród obecnych w tle małych apokalips przyrody.

Znana tradycja poezji europejskiej upamiętniającej rozmaite prywatne chwile i przeżycia jest tylko nieznacznie krótsza od poezji epickiej. Według literaturoznawców tony liryczne i osobiste pojawiły się po twórczości epickiej za sprawą przemian społecznych, które odsunęły w cień arystokratyczne ideały i zapotrzebowanie na twórczość, która je wyrażała. Artyści, którzy mimo powszechnych wstrząsów tworzyli nadal dzieła epickie, przemawiali do coraz wątlejszej grupy odbiorców. Obdarzone sentymentem i konserwatywne to grono oczekiwało od nich powtarzania lub nawiązywania do niedoścignionego ideału, nawet jeśli ich talent pozwalał na coś więcej, pozostali zaś szukali nowych sposobów wyrazu, nowych wzruszeń, mieli też nowe audytorium. Sytuacja dzisiejszego poety nie zmusza go może do podobnych ustępstw, ale pozostawia w twórczej podróży z zawiązanymi oczami, ponieważ nie istnieje już żadne grono czytelników, które by mu towarzyszyło w artystycznych wyborach.

Na powrót do wielkiej formy poetyckiej nie mają ochoty i czytelnicy, i sami poeci. Nie ma zapotrzebowania na takie dzieła, a artystom, wtłoczonym w rozmaite mechanizmy, które odbierają każdemu żywemu spokój ducha, brakowałoby też niezbędnego czasu na ich stworzenie. Przede wszystkim, nawet jeśli istnieje zapotrzebowanie na nowe mitologie, które poezja mogłaby jeszcze spełniać, realizują je dzisiaj z większym powodzeniem seriale telewizyjne, kino, kultura hip-hopowa oraz Internet. Poezja dawno też przestała być miejscem odpowiednim do wygłaszania społecznych czy politycznych deklaracji, bo siła jej oddziaływania jest zerowa i opiera się w tym przypadku wyłącznie na nazwisku autora. Twórczość, która powstaje jeszcze w tym tonie (jak na przykład napisany parę dni po katastrofie smoleńskiej utwór Rymkiewicza), może być od razu umieszczana w muzeum i recytowana przez odzianych w żupany i inne historyczne stroje muzealników. Większość jej przejawów nie nadaje się zresztą do publikacji, a czytelników znajduje zapewne głównie wśród  członków dawnej Młodzieży Wszechpolskiej, być może zresztą służyła w jej biuletynach do zapełnienia marginesów.

Wobec tego wszystkiego dzisiejsi poeci doszli do przekonania, że śpiewają głównie sobie, może nawet już tylko sobie, bo coraz rzadziej zwracają się w swych utworach do muz. Konfesyjny i modlitewny charakter poezji lirycznej przeszedł do historii, pozostało zwierzenie poety kierowane w czytelniczą pustkę. Naturalnie więc dzisiejsi artyści zamykają się w temacie doświadczania własnego życia, intymnych chwil, które nie odnoszą się do niczego innego, jak do nich samych i najbliższego otoczenia, tak jakby poeta i jego wewnętrzne życie było dla każdego potencjalnego czytelnika rozpoznawalną mitologią. Jeszcze inni zajmują się rozmaitymi drobnymi i tajemniczymi odmianami śpiewu muz, np. poezją lingwistyczną, może mając nadzieję, że wyprowadzi ich ona ze ślepego zaułku, do którego trafili. Równie dobrze jednak mogą to czynić w poczuciu beznadziei, jakby na ostatnim etapie artystycznego zesłania. Twórczość ta jest dla nieprzygotowanego odbiorcy tak elitarna, że nawet pracownicy bankowi, zapoznani z krętymi umowami finansowymi i regulaminami na trzydzieści stron małym drukiem, zerkając na tego rodzaju utwory znaleźliby pociechę, widząc, że istnieją jeszcze dalsze stadia bełkotu i mowy niezrozumiałej, niż ta, którą zajmują się w pracy.

Wytrwały, ale niewymagający tak wiele czytelnik poznaje więc coraz częściej utwory napisane dla kilku bliskich, dla przyjaciół, odnoszące się do prywatnych chwil złapanych w locie i uwiecznionych jak fotografie. W tej kategorii, umiejętnie i napisane z pomysłem, znajdują się utwory z Całej w piachu. Parę osób obecnych na tych literackich zdjęciach uśmiechnie się na ich widok i niekiedy, podczas wspólnej kolacji, odkurzy album, przejrzy i powspomina. Może jeszcze ich znajomi, obecni na kolacji, wysłuchają opowieści na ich temat. Pozostali z większym zainteresowaniem będą rozglądali się po stole za śliwkami i kompotem z gruszek.

*

Powyższe kilka myśli zrodzonych podczas lektury tomiku Suski nie stanowi odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie i wymagałaby może jeszcze innego spojrzenia. Istnieją stałe cechy świadczące o poziomie artysty i jakości jego pracy, przejawiające się we wszystkim, co tworzy, nieważne, czy to wiersz, czy list, czy sponsorowana recenzja książki. Miejsce i sposób publikacji nie ma oczywiście większego znaczenia. Niekiedy są to cechy trudne do ujęcia, zwłaszcza w poezji, która w większym stopniu polega na impresji, a zatem także na osobistym doświadczeniu czytelnika i jego wrażliwości.

Mała bohaterka wierszy Suski mówi: „byłam żółtym listkiem, kiedy mnie nie było?” oraz „na moich oczach umarły dwa pokolenia liści”. Słowa te stanowią liryczny odpowiednik jednego z ulubionych porównań Homera. Homer pozostaje jednak bezstronny, a pozory świata, który stworzył, podaje jako fakt do obserwacji. Rytm odradzania się i umierania przyrody w poezji osobistej, którą Suska reprezentuje, jest natomiast o tyle nacechowany osobowością jej bohaterów, że przypomina nam, ileż światów i rozmaitych nastrojów istnieje osobno i w ukryciu na zawsze w umysłach ludzi, których mijamy na ulicy.

Spoglądam za okno pokoiku, do którego niedawno się wprowadziłem. Widzę z niego na wprost korony kilku drzew. Zimą wszystkie one ogołocone z liści wystawiały swoje rozczapierzone badyle i czekały na odrodzenie. O śmierci jednego z nich przekonałem się dopiero wtedy, gdy nadeszła wiosna, a ono nie zakwitło. Pozostałe szczęśliwie zazieleniły się, ich liściasta czupryna już szumi na wietrze, a po deszczu jej zieleń staje się głęboka i piękna. A jednak, pod koniec kwietnia zauważyłem, że i na niektórych gałęziach martwego drzewa z rzadka zakwitają liście. Wystawia ono swoją zielonkawą łysinę jak stary pies przed domem, podający słońcu pysk do wygrzania. Łaskawi są nieśmiertelni bogowie, że pozwolili tej roślinie jeszcze jeden raz doświadczyć wiosny, która szczęśliwie nie cierpi na artystyczne dylematy, refleksje i melancholię, i której nie stworzył żaden poeta.

Brak komentarzy: