sobota, 17 maja 2014

W donżonie Erpegista

(raport z sesji w indyjskopolski sandbox bez MG, ale z wątkiem głównym)

Usłyszałem niedawno w pewnej karczmie kilka legend o bogactwach i skłóconych stronnictwach, które zamieszkują niesławny donżon Erpegista. Zmęczony, były już awanturnik, rzadko dziś biorę miecz, linę i pochodnię, żeby znowu ruszyć w poszukiwaniu przygody. Za młodu nie ceniłem życia tak jak teraz i uwierzyć nie mogę, jakich głupstw i ryzykanctwa się dopuszczałem dla kilku sztuk złota czy magicznego pierścienia, o którym gdzieś zasłyszałem. Nie przyszło mi wtedy do głowy to proste, a przecie najważniejsze pytanie, jakie śmiertelny człowiek może sobie zadać w życiu: na cóż mi magiczne pierścienie, skoro słonka mógłbym więcej nie zobaczyć? Ciągnie jednak człowieka nostalgia do dawnej roboty, takoż czasem pochopnie czyni i znowu rusza w drogę. Otóż wczoraj, wiedziony pokusą nieznanego, zszedłem do Erpegistowego donżonu.

Jeszcze gdy byłem doń w drodze fortuna była dla mnie łaskawa. Mijając jarmark bydła, któren wędrowcy dwa razy na miesiąc na łące urządzają, zasłyszałem kilka nowin ze świata. Ludzie dobrzy na głos i pewnie wieścili, że oto wraca dawny mag, chociaż teraz odziany w łachy jakiego kuźniarza, bo się przekwalifikować musiał w tych trudnych czasach. Powiadam jednak, że nieważne, w co przyodzian, bo niesie ze sobą zwoje mądre o robieniu Magią i Mieczem, każdemu śmiałkowi przydatne.

Taka to dobra nowina! Ja sam już pergaminów tych pewnie czytał nie będę, bo życie moje bogowie dobrzy kierują na inne tory, ale mam młodego śmiałka w rodzinie, tak młodego, że nawet jeszcze nie pytał o zawieszone na ścianie tarczę i miecz; lecz wiem, że niebawem zapyta – i co ja bym miał mu powiedzieć? Żem gobliny rzezał na potęgę? Żem się w Bogenhafen w urynale kąpał jak ryba w Reiku? Żem z automatyczną kanoną po mieście nocy uciekał jakby przed jakąś dragoną z donżona? Podsunę młodzikowi pergamin, niech sam pozna i zdecyduje, słowa nie rzeknę, jego będzie wybór, czy chce wieść ten żywot. Bo wierzę i liczę bardzo, że powrotny mag przemawiał będzie mądrze i właściwym językiem dla młodych, i że uniknie nadmiaru mędrkowań dla takich jak ja, czy jeszcze ode mnie bieglejszych w robieniu mieczem. Nam już ziewać po zachodzie słońca przychodzi, po piwie się przechwalać, z dnia na dzień wyolbrzymiać własne czyny, a zapominać imion dawnych kompanów, z którymi je dokonaliśmy. Pergaminy maga niezdatne nam, chyba żeby łezkę ocierać po miłym wspomnieniu. Bogowie tak ten świat sprawili, zmieniać tego śmiertelnemu nie wolno.

Dostępność pergaminów ma być może i mniejsza niż kiedyś, ale za to niektórym oferuje zostawić je także w bibliotekach, a to dowód jasny, że zmądrzał za swego niebytu. Widać, księgi dawne studiował i wie, gdzie wiedza chowana. Może też inni niebawem wezmą z niego przykład. Kto wie, w kuźniarskim fartuchu może bardziej obrotny i rzeczowy będzie, dobrze to wróży.

Te myśli mając w głowie nawet nie spostrzegłem, jak minąłem zalesione wzgórze i zszedłem do doliny, gdzie potok bystry szumi i gdzie wejście w donżon bucha czernią. Ptaki ucichły. Potok tylko zwodniczo śpiewał, jakby mówił: “wejdź, wejdź, tam miło i przyjemnie, nic ci nie grozi”. Doświadczenie lat minionych na nic się zdało. Zapaliłem pochodnię, usunąłem pajęczyny i wszedłem.

O przygodach na pierwszych poziomach tego donżonu nie będę tu mówił, może jeszcze kiedy indziej będzie po temu czas lepszy i okazja. Spotkałem kilku śmiałków podobnych mnie. Jak to w donżonie, pozdrowiliśmy się z daleka uniesieniem dłoni, czasem padło parę słów, czasem wymieniliśmy między sobą jakąś użyteczną informację, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Każdy przyszedł tu po swój skarb. Po trudach i godzinach nużącej podróży zstąpiłem na ostatni poziom, szczęśliwie jak dotąd nie krzyżując miecza z ani jednym stworem ciemności. Na dnie tej czeluści wszystko się odmieniło, ledwiem tam zszedł, a szybko rozum mi wrócił, z rozumem tęsknota za słonkiem, z tęsknotą zaś strach, że już więcej go nie zobaczę. Przy każdym spotkaniu i mijanym monstrumie serce me coraz strachliwiej biło, aż wreszcie, zanim doszło do czegoś złego i zanim życie mogłem bardziej narazić, rzuciłem miecz w diabły, niech pada ze szczękiem na posadzkę, i puściłem się biegiem z powrotem, wyżej i wyżej, do latowego słonka, oby jeszcze nie zaszło! Udało się wybiec mnie zdrowemu, ale tę kurwę zgrozę, którą ujrzałem, do teraz z serca wydzieram.

Zamieszkują nielicznie tamten poziom hałaśliwe i złośliwe kreatury, co wielkie robią larum o najdrobniejsze wydarzenie. Mróweńka nie przemknie bez zaraportowania i plotki. Razem ponad 400 jest ich tam zgromadzonych, ale większość milczy i obserwuje po cichu, co robią główne hałaśniki, lordowie donżonu i sam Erpegistes. Tego pamiętałem z dawnych lat, z zabawnych deluzji, które leczył opętanym przez poltergeistę i inną złą marę. Ale po latach chichrania bogowie kapryśni go klątwą obłożyli, bo nabrał ponurego wyrazu twarzy. Oczy mruży jakby od ognia, a przecie ciemno w donżonie jak w ziemiance goblina. Znać wnet, że słoneczka dawno nie widział, że moc słonkowa go opuściła. Czy zgromadzeni tam tak licznie wokół czerpią dzisiaj od niego i lordów jakąś naukę, że tak w milczeniu się zebrali i na nich zerkają? Nie wiem, ale nieswojo się tam czułem, jakby w jakiejś sadybie nekromanty, co to na jeden pstryk palcem może przywołać do siebie dwa zgnilce z kielichem ożywczej mikstury.

Za złe tam mają młodszej awanturniczce, co dawne pisma maga dziś opisuje, że nie robi tego jak Teubner z dziełami Platona, że cosik nie tak analitycznie i bezpłciowo, cosik za bardzo nijak i po kobiecu, i że w ogóle nie tak, jak trzeba badać taki zamierzchły i zapajęczony czas. Że można i należy inaczej. Ale jak – tego nie mówią, dla siebie to chowają. Taki tam gobliński panuje obyczaj.

Spotkałem tam też dobrego druha, właściciela karczmy, gdziem niedawno bywał. Wiedziałem, że poczciwy ten człowiek wyruszył do donżonu jakiś czas temu po swój skarb, a potem słuch po nim w okolicy zaginął. Dusza był z niego i kochany człowiek, więc nie sądziłem, żeby tak głęboko do donżonu chciał schodzić, ani tym bardziej zostawać bez pogodnego słonka, że raczej wyszedł i ruszył w dalsze jeszcze domeny. Ale nie. Siedział w donżonie skulony w nierozświetleniu choć słabym kagankiem i tyćkę seplenił. Ujrzałem, jak się odhodował w tej bezsłonkości. Broda mu się w takie kłęby pokołtuniła od niemiłej myśli, którą brak słonka rodzi, że ledwo mu oczy widać. Zęby pożółkły i zdarły na czubkach od zawziętego zagryzania. Czasem wybucha goblinim śmiechem, tak niedobrym dla jego zdrowia, a tak przykrym dla innych.

A jak się krzywda nie dzieje kobiecie, ale o tej krzywdzie mowa, to się tam wszelkie lordy śmieją, że jakby się działa, to by było o czym rozprawiać, bo jak się nie dzieje, to można pochichotać i pomerdać kuśką. Po goblińsku więc się chichrają i zęby zbrązowiałe szczerzą: “przeciem za cyćkę nie chycił!”. Takiej to goblińskiej mądrości nabyli i mówią na domiar, że ludzka, słonkowa. Tfu!

Niech no zwilżę gardło, bo aż mi zaschło na wspomnienie, a im niech moc słonkowa rozbłyśnie w donżonie, bo kapkę za długo w nim chyba siedzą, niech ich latowe słonko wygrzeje, do uśmiechu przystroi i do kochania! A kiedy się nie lubią, bo to nic niezwykłego nie lubić kogoś – bogowie tak świat sporządzili – to niechaj na swoim tylko polku sieją, byle chałupy czyjejś nie palili. A może i rękę sobie kiedy pomocną podadzą, gdy goblin przyjdzie zepsuć uprawy? Może tak być, bo człowiek dobry jest i kocha słonko, a w brudzie siedzieć nie znosi. I niech Erpegistowi wróci pogoda i dawny humor, i żeby cały donżon mu na błysk rozświeciło, coby widział, ile wniósł kurzu do wyzamiatania!

Inne jeszcze srogie rzeczy w donżonie ujrzałem i usłyszałem, ale już sił nie mam do ich opisania, a celu i sensu w tym dalszego nie widzę. Szczęśliwie uszedłem stamtąd, wydostałem się na powierzchnię i ruszyłem do domu, już bez miecza, liny i pochodni, ale z uśmiechem słonecznym. Bo się nasłuchałem tam w dole czarnych przepowiedni i mrocznych proroctw o śmierci całej tej wymyślonej krainy, a tutaj, na zewnątrz, jak tylko na jarmark wróciłem i zacząłem słuchać kolejnych plotek, wszędzie życzliwi ludzie przypominali, że świat jest okrągły. Że oto nie tylko mag wraca w kuźniarskim fartuchu, ale że w krainie białego lwa znowu Key-Ghawr ciekawie przemówił, że oto Paladyn Seji, którego spotkałem w donżonie i widziałem, jak próbował świetlistym mieczem bronić Erpegista przed krańcowym samozgoblinieniem, ufundował dormitorium dla podróżnych, że oto aojda Aureus mądrą księgę tworzy, którą takoż mam nadzieję oprócz pergaminów maga przekazać młodemu, co może kiedyś wróci do donżonu odzyskać zgubiony przeze mnie miecz+1...

4 komentarze:

Git Games pisze...

Pogoda nie wróci, skoro to klimat na inny się zmienił za sprawą czaru "Fund'Da Mentalu Upadek".
A nawet jak wróci choćby z ztetryczałymi dwoma postaciami, to wnet pojawia się Rycerz Encosław w swietlistej zbroi i poucza cóż zacne i chwalebne, cóże nie.
Wielkie dzięki !
Pozdrawiam z donżonu.

Seji pisze...

:D

Key-Ghawr pisze...

A propos pogody - nawet jeśli leje i słoneczka brakuje, można zastosować terapię światłem. Ewentualnie spróbować odnaleźć słoneczko w sobie.

Ale dla niektórych szklanka i tak pozostanie w połowie pusta.

Adriano Kuc pisze...

Terapię światłem pozostawiam tajemniczej rasie czerpiącej energię z substytutów (grającym np. przez S'kype w pchełki).