niedziela, 28 grudnia 2014

Rozmowa samotnego przechodnia z Surmią Wielkokwiatową

PRZECHODZIEŃ: Liczne i piękne są drzewa Parku Śląskiego. Hydrę pamiątek, co zatapia szpony w spokojnym sercu, usypia ich szum. Widzę oto nieznaną mi wcześniej roślinę, drzewo przypominające odpoczywającego po marszu wędrowca. Pień jakby położył się w trawie, część gałęzi opiera wygodnie o skrawek pobliskiego muru, część zwiesza nad płycizną wody, jeszcze inne dźwiga niewysoko do góry. Jesień u kresu, a wielkie liście wciąż nie opadły. Przystanę tu i odpocznę, i zerwę sobie jeden z nich.

SURMIA: Dlaczego to uczyniłeś?

PRZECHODZIEŃ: Co słyszę? Jakieś słowa, czy szum drzewa mnie zwodzi?
 
SURMIA: Jestem tutaj.
 
PRZECHODZIEŃ: Rozglądam się i nikogo nie widzę.
 
SURMIA: Stoję naprzeciw ciebie.
 
PRZECHODZIEŃ: Myślałem, że jestem tu sam! Długowłosa kobieto, której jeszcze przed chwilą tutaj być nie mogło, kim jesteś?
 
SURMIA: Twój rodzaj nazywa mnie Surmią zdobioną kwiatami, a mnie spodobało się to imię. Cały czas tu byłam i widziałam, jak do mnie podchodzisz, i poczułam, jak odrywasz liść, część mnie samej. Dlaczego mnie zraniłeś?
 
PRZECHODZIEŃ: Bo liść ten wydał mi się piękny i zapragnąłem go mieć dla siebie. Jesteś panią tego drzewa?
 
SURMIA: Jestem tym drzewem, każdym jego konarem, bruzdą kory, każdym liściem i chwilą ich szumu. Powiedz mi, przechodniu, dlaczego nie zabrałeś któregoś z tych, co leżą u twych stóp? Ten, który trzymasz w dłoni, byłby wciąż pośród żywych.
 
PRZECHODZIEŃ: Niestety, pośród umarłych nie znalazłem żadnego tak pięknego.
 
SURMIA: Nim upłynie dzisiejszy dzień, zerwany liść w niczym nie będzie różnił się od tych, które mogłeś ze sobą zabrać, podnosząc je z ziemi.
 
PRZECHODZIEŃ: Pomyślałem: to tylko liść. Nie chciałem cię krzywdzić, Surmio, i żałuję teraz tego, co zrobiłem. Czy przyjmiesz moje przeprosiny?
 
SURMIA: Zamiast pożałować go u kresu dni, kres przyśpieszyłeś. Nieodwracalny jest los, który podarowałeś, ale smutek zachowaj już tylko dla siebie. Powiedz mi lepiej, po co ci jego piękno? Rzekłeś, że to za jego sprawą postanowiłeś go zerwać.
 
PRZECHODZIEŃ: Tak, ono sprawiło, że zechciałem go zabrać ze sobą i mieć na własność.
 
SURMIA: Zabrać? Czyż nie był piękniejszy, kiedy cicho szumiał na gałęzi? I czy nie powiedziałeś przed chwilą, że pośród umarłych żaden nie wydał ci się tak piękny, jak żywy? Sam zaś go tego życia pozbawiłeś. To, co mówisz, przechodniu, i to, co czynisz, nie ma ze sobą związku. Czy inni z twojego rodzaju podobnie postępują?
 
PRZECHODZIEŃ: Rzeczywiście, może to wydawać się dziwne. Chyba dopiero wtedy, gdy przedmiot, który sobie upodobaliśmy, możemy mieć blisko siebie i często go obserwować oraz zastanawiać się nad nim, zaczynamy rozumieć go pełniej i dostrzegać to, co w nim piękne, a co w innym przypadku byłoby przed nami ukryte. Powierzchowny kontakt czy przelotna obecność nigdy nie dadzą sposobności zrozumienia i dostrzeżenia piękna lub jego braku w tym, co istnieje.
 
SURMIA: Mówisz tak mądrze, człowieku, a jestem tylko rośliną. Proszę, zastanówmy się nad tym, co powiedziałeś, bo chyba nie wszystko zrozumiałam. Czy oto stwierdziłeś, iż piękno odkrywa się z posiadaniem?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak to ująłem, tak mi się wydaje.
 
SURMIA: Opowiedz mi zatem, przechodniu, o tym, kiedy to zdarza się, że ktoś z twego rodzaju odkrywa w sobie uczucie do innej osoby. Czy miłość też pragnie posiadać?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak.
 
SURMIA: Ale powiedz mi jeszcze, w którym momencie jest ona najsilniejsza i najmocniej trzyma w swojej władzy? Czy wtedy, gdy poznanie ukochanej osoby jest zupełne, czy też jeszcze nie, a może nawet bardzo nikłe?
 
PRZECHODZIEŃ: Uważa się, że w miłości trudno o reguły. Mnie zdaje się jednak, że najsilniejsza jest ona w momencie, gdy nieznajomość wzajemnych zwyczajów pobudza zaciekawienie sobą ludzi na tyle, że zostają razem na dłużej jako kochankowie, i jeśli nie wyczerpuje się zbyt szybko, by ciągle mieli w sobie coś do odkrywania, i by to, co stanowi o charakterze partnera, było długo powodem do odczuwania zaciekawienia, a nie znużenia, które przychodzi później, z poznaniem obyczajów.
 
SURMIA: Czyli to nie jest tak, że bieg czasu oraz poznanie podsycają uczucie, utrwalają miłość, czynią ją bardziej namiętną?
 
PRZECHODZIEŃ: Na pewno tak nie jest, a przynajmniej nie słyszałem o nikim takim z mojego rodzaju, komu przydarzyłoby się coś podobnego. Ci, których znam, także nikogo takiego nie poznali, a i nie sądzę, by ich znajomi oraz znajomi ich znajomych słyszeli o czymś podobnym. Nie ma też o tym słowa w naszych opowieściach i legendach. Gdy namiętność pierwszego uczucia gaśnie, trzeba ją stale podsycać, aż wreszcie, kiedy już i na to nie mamy ochoty, o losie miłości decyduje siła przyzwyczajenia. Początek miłości jest zarazem jej szczytem. Niechby był jak najwyższy, ażeby było skąd spadać!
 
SURMIA: Powiedz mi zatem, przechodniu, czy życie, które wiedzie twój rodzaj, może być szczęśliwe?
 
PRZECHODZIEŃ: Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym poznać, co rozumiesz jako szczęście? To, czym jest ono dla ciebie, dla człowieka może nim nie być. Podobnie różni ludzie inaczej mogą postrzegać i rozumieć to, co za nie uważają.
 
SURMIA: Ustalmy więc najprostsze ramy, które nie obejmują wyłącznie doraźnej radości, ale też jej nie wykluczają. Nazwijmy szczęściem to, co sprawia, że choć dzięki przeszłym wydarzeniom obecny dzień życia wydaje się wspaniały, kolejny jego dzień jest czymś jeszcze bardziej oczekiwanym. To chyba nie zbyt wiele? Czy teraz już potrafisz odpowiedzieć na pytanie? Kiedyż więc takie szczęście jest największe i najgłębiej odczuwalne?
 
PRZECHODZIEŃ: Wydaje mi się, że oczekiwanie przyszłości pamiętam jedynie z dzieciństwa. Wtedy to często zdarzało się, że wyobraźnia, pobudzona słowami osób bardziej doświadczonych życiem co do niespodzianek dnia następnego, miejsc, które odwiedzę lub osób, które poznam, całość istnienia redukowała do chwili obecnej, w której ciągle wyczekiwałem następnej. Wykraczamy wówczas jakby poza siebie, w marzenia i wyobraźnię. W dojrzałych latach na nowo ten stan budzi wyłącznie miłość, ale jest ona zbyt rzadka, żeby z czasem nie stawał się on coraz bardziej odległy i niedostępny doświadczeniu. Wreszcie cieszymy się nawet wtedy, gdy doznajemy go choćby za sprawą pamięci o nim, a nie dzięki niemu samemu. A bez miłości cenimy nie to, co przyciąga do dnia jutrzejszego i każe go wypatrywać, a raczej to, co od niego uwagę odciąga i rozprasza zawód, który przyniesie.
 
SURMIA: Im większe doświadczenie, tym mniejsze możliwe szczęście?
 
PRZECHODZIEŃ: Tak właśnie trzeba by powiedzieć.
 
SURMIA: Czy nie inaczej sprawa ma się z pięknem?
 
PRZECHODZIEŃ: Co masz na myśli?
 
SURMIA: To, że nie odkrywasz piękna liścia wraz z poznaniem i posiadaniem, a raczej na nie wtedy obojętniejesz, podobnie jak to dzieje się z miłością i szczęściem. Byłoby wówczas inaczej, niż stwierdziłeś; otóż właśnie przelotna obecność i powierzchowny kontakt stanowią o pięknie, mimo że na początku rozmowy przyznałeś coś odwrotnego. Czy nie mam racji?
 
PRZECHODZIEŃ: Rzeczywiście, może być tak, jak to przedstawiasz.
 
SURMIA: Jaką zatem rolę grało piękno w decyzji o zerwaniu liścia? Czy możesz dać teraz inną i lepszą odpowiedź?
 
PRZECHODZIEŃ: Piękno nie było celem, jak początkowo uważałem, a przyczyną jego zerwania.
 
SURMIA: Czy to piękno tego, który trzymasz w dłoni, sprawiło, że przystanąłeś przy nim i postanowiłeś go zerwać?
 
PRZECHODZIEŃ: Nie, z pewnością nie on sam dał temu przyczynę.
 
SURMIA: Co więc to mogło być? 

PRZECHODZIEŃ: Sprowadził mnie do ciebie twój przechylony pień, splątane i pokryte bruzdami gałęzie oraz żywy kolor liści, które zachowały swą barwę mimo pory roku, a nade wszystko cichy szum na wietrze, nieodłączna pieśń drzewa. Jesteś piękna w całości, zielonolistna Surmio, a ja zapragnąłem zawładnąć choćby niewielką częścią ciebie, która by tę całość przypominała.
 
SURMIA: Ale co jest takiego w całości, co sprawia, że jest piękna, a czego ten szczątek, który trzymasz w dłoni, już nie posiada i czym nigdy już nie będzie?
 
PRZECHODZIEŃ: Pozwól mi się zastanowić. Kiedy o tym teraz myślę, zdaje mi się, że całość oznacza coś więcej, niż samą siebie. Gdy latem kładę się na trawie, zamykam oczy i słucham szumu drzew, nie jestem w stanie poznać, ile ich jest. Może jedno, może kilka, może szumi cały las? Nieskończoność dostępna w nieskrępowanym dźwięku. Swoboda od wszelkiego przymusu, której drzewo jest przypomnieniem.
 
SURMIA: Przyznaj więc, że nierozumne jest rozpatrywanie pojęć, o których powiedzieliśmy, we fragmentach. Czy nie na tym polega ich sens, by nas w nich nie zamykały, a poza siebie daleko wywodziły? Czyż nie jest tak, że tylko wówczas istnienie może wydać się czymś innym, niż ciągiem przypadkowych reakcji na podobnie przypadkowe bodźce?
 
PRZECHODZIEŃ: Ależ oczywiście, Surmio, że nie ma sensu i że jest przypadkowe to, co robię i czym się łudzę. Nie bierzesz pod uwagę tego, z kim rozmawiasz. Nawet jeśli zapomniana jest całość na rzecz fragmentu, znajdziesz wielu ludzi, którzy oczarowani są jego ułomnym pięknem i nie czują drżenia w sercach na myśl o jego niepełności lub nawet szpetocie. Podobnie ze szczęściem, nie potrzebują pomyślnego wiatru, który zapowiada im nadchodzące rozkosze, bo cieszy ich dostatecznie chwila obecna, a większą jeszcze sprawia przyjemność, gdy nieprzewidziany i ślepy jest szczęśliwy los. Miłość również daje się nam w swych spazmach rejestrować po kawałku, w rozbitych częściach, które z osobna stają się sobie wystarczalne i nie potrzebują złożenia z przeszłością i przyszłością, na których może i jest spleciona, choć ja w niej dostrzegam jedynie przypadek. Oto jest pułap, którego człowiek nie może przekroczyć, chyba że stanie się drzewem, co, tak jak ty, wyżej od niego unosi koronę i więcej potrafi zrozumieć.
 
SURMIA: Okaleczyłeś mnie najpierw, przechodniu, i sprawiłeś mi ból. Teraz zaś słowa twoje sprawiły, że jest mi smutno, gdy wyobrażam sobie życie wiedzione przez ciebie i podobnych tobie. Powiedz mi, proszę, czy można wam pomóc? Jak was z tego snu wybudzić?
 
PRZECHODZIEŃ: Nieodwracalny jest los, który nam podarowano. Proszę, swój smutek zachowaj dla siebie. Wystarczy, że będziesz tutaj, abym mógł przyjść, gdy zaszumią nowozakwitłe liście. Spójrz na te chmury! Powinienem już pójść do domu, bo nie chcę złapać kataru. Zimny jest wiatr, pociemniało niebo i zaczął padać deszcz. Dziękuję ci za tę rozmowę.
 
SURMIA: Liść zabierasz ze sobą?
 
PRZECHODZIEŃ: Na pamiątkę własnej głupoty. Do widzenia, Surmio.
 
SURMIA: Do widzenia, przechodniu. Odwiedź mnie wiosną.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Ukraina 2014

— Бандеровцев видишь?
— Нет…
— А они там есть!
— Российских солдат видишь?
— Да…
— А их там нет!

Ukraiński humor z marca 2014.

*

Podczas niedawnej aneksji Krymu mieszkańcy Europy przekonali się, że ich dyplomaci są niegotowi na konfrontacyjną politykę sąsiedniego państwa, nad którym nie mają wyraźnej i natychmiastowej przewagi. Liczne deklaracje i komentarze polityków zachodnich okazały się mieć podobną wartość, co propaganda prowadzona w ostatnich miesiącach na całym świecie i we wszystkich środkach przekazu medialnego przez Rosję. Jeszcze podczas zajęcia Krymu można było słyszeć głosy przywódców największych państw Zachodu, że narastanie konfliktu na Ukrainie doprowadzi do bolesnych dla Rosji odpowiedzi oraz politycznego osamotnienia. Minęły miesiące, podczas których te same słowa powtarzano wiele razy w ewidentnym braku lepszej odpowiedzi. Tymczasem na Ukrainie konflikt przyjął formę działań zbrojnych. W porównaniu do bezkrwawego zajęcia Krymu, co jeszcze niedawno media rosyjskie mogły celnie przedstawiać jako sukces, do którego Zachód jest niezdolny, sposób działania w Donbasie, walki miejskie z użyciem ciężkiego sprzętu wojskowego, a finalnie idące za tym ofiary pośród ludności cywilnej, dla której moskiewska pomoc humanitarna pokojowych wojsk jest już gotowa, zrównały Rosję z demokracjami zachodnimi w zaprowadzaniu w innych regionach świata tego, co rozumieją jako porządek i stabilizację. Pomimo tych wydarzeń na zapowiadane obostrzenia – poza iluzorycznymi, przydzielanymi indywidualnie – długo nie było w Europie zgody. Jeśli deklaracje europejskich dyplomatów wydawały się spontaniczne i składane od przypadku do przypadku, to zapewne wyłącznie dlatego, że nigdy nie istniał plan działania, pomysł odpowiedzi na taki bieg wypadków, mimo że jego kurs wygłaszany jest wprost już od lat przez Aleksandra Dugina, aktualnego ideologa putinowskiej Rosji. Cóż innego poza ignorancją mogło zaprowadzić do paraliżu decyzyjnego i braku inicjatywy, które widzimy w Europie?


Niezdecydowanie nie będzie trwało bez końca, ale skoro istnieje, na pewno jest też możliwość jego przedłużania i wykorzystywania do ostatniej granicy, o czym śnią przy takich okazjach wszyscy spełnieni i niespełnieni dyktatorzy. Dała na to dobry widok konferencja w Berlinie z udziałem polityków Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji. Angela Merkel przemówiła na niej wtedy głosem samego Władimira Putina, ogłaszając potrzebę porozumienia rządu Ukrainy z separatystami. Taka deklaracja głowy najważniejszego państwa w Europie pokazuje, jakim torem przebiegać może konflikt na Ukrainie oraz następne, które w ślad za nim mogą podążyć w najbliższych latach. Nie ma wątpliwości, że jeśli Rosja będzie przeprowadzała swoje operacje sprawnie i bez wyraźnej szkody dla “europejskiego partnera”, to ten nie będzie się angażował bardziej, niż to konieczne dla wyjścia z sytuacji z twarzą. Unia Europejska pouczyła także Putina na przyszłość, wskazując mu dokładnie kryteria skuteczności i sposobu działania. Jeśli sprawa jest załatwiona szybko i z pomysłem, jak na Krymie, jej reakcja będzie symboliczna. Wielomiesięczny konflikt oraz ofiary cywilne pobudzają zaś Europę do pewnych posunięć.

*


Po zakończeniu drugiej wojny światowej snuto setne wizje konfliktów zbrojnych, które po niej nadejdą. Reakcję łańcuchową militarnych i gospodarczych odpowiedzi wieńczy użycie broni atomowej, co skłaniało do przemyślenia zasadności tradycyjnego konfliktu i odnalezienia nowych dróg, którymi wygrywać można wojny. Ideałem w tych warunkach stał się możliwie jak najbardziej ukryty ich przebieg i przeniesienie nacisku działań na front ekonomiczny oraz informacyjny. Do takich wniosków dochodzili szybko powojenni uczeni różnych dyscyplin naukowych. Jeśli jakieś państwo zostanie pozbawione możliwości odpowiedzi militarnej i gospodarczej zanim spostrzeże, że bierze udział w konflikcie, będzie to oznaka, iż żyjemy już w zapowiedzianej przez nich epoce.

Stanisław Lem rozwijając te wnioski spostrzegł, że zależność od skomplikowanych procesów i dużej liczby wpływających na nie zmiennych sprawią, że przyszłe konflikty militarne będą prowadzone przy coraz większym wpływie czynników losowych oraz przypadku. Pomimo matematycznej perfekcji i uwzględnienia tak szczegółowych danych i takiej ich liczby, o jakiej wcześniej nawet nie posiadano pojęcia, wypadki objawią się narastającym brakiem kontroli i losowością nieznanymi w konfliktach zbrojnych prowadzonych tradycyjnymi metodami od starożytności do XIX wieku. Uwzględnienie licznych niestałych czynników jest bowiem niezbędne dla uzyskania inicjatywy strategicznej i precyzji w działaniu punktowym, w oparciu o które takie konflikty mają być rozgrywane. Podobnie konieczność nadążenia za szybkimi przemianami i reagowanie na kolejne wypadki w adekwatnie natychmiastowy sposób doprowadzą do tego, iż wydarzenia będą dla ludzkiego obserwatora po prostu chaosem, którego może nawet nie poznać pod maską precyzji, w jakiej będą odbywały się jego fluktuacje.

W skomplikowanym systemie zależności, na którym oparta jest bierność wobec konfliktu na Ukrainie, widzimy być może pewną ilustrację oczekiwanej epoki. Podjęcie działania zwrotnego wydaje się niepodległe woli zaangażowanych w wydarzenia tym bardziej, im więcej szczegółów do uwzględnienia wymaga, im więcej jest zmiennych czynników gospodarczych oraz politycznych, im mniej natomiast pozostaje czasu na podejmowanie decyzji. Wysoki poziom techniki zagwarantuje szybkie i dokładne wprowadzanie ich w życie, co tym bardziej unaoczni błędne kalkulacje ośrodków decyzyjnych i odsłoni chaos, z którego te decyzje powstały.

Obserwatorzy oceniający zdarzenia na co dzień dla potrzeb telewizji oraz prasy będą w coraz trudniejszej sytuacji, ponieważ jest możliwe, że torów, którymi bieg wypadków podąży, nie będą w stanie przewidzieć nawet bezpośrednio w nie zaangażowani. Rozsądek i trzeźwe spojrzenie mogą szybko przestać mieć w tych warunkach znaczenie i cenniejsza oraz bardziej skuteczna stanie się agitacja co sprawniejszych polityków.

Co się na tę agitację złoży? Co będzie jej podległe? Sami Ukraińcy wiedzą o tym dobrze ze swojej niedawnej historii i być może stąd też ich szybki i zdecydowany wybór samodzielnego działania, próba przejęcia inicjatywy w Donbasie bez oglądania się na sojuszników. Ich media wydawały już w przeszłości pod adresem Ukrainy wyroki, które zbiegały się z politycznymi celami ich ówczesnych obozów rządzących. Nawet jeśli europejscy politycy odstąpili na razie od kursu, który proponowała niedawno Angela Merkel szukając wspólnego języka z Władimirem Putinem, może być to chwilowe, lub właśnie przypadkowe.

*

W latach 1930-33, podczas okresu bezwzględnej kolektywizacji Ukrainy, korespondent New York Timesa z Moskwy, Walter Duranty, informował czytelników o sukcesach budowniczych komunistycznego ustroju. Z jego reportaży czytelnik dowiadywał się, że w Rosji przemysł jest coraz większy i potężniejszy, i że nawet, jeśli na ukraińskiej prowincji zdarzają się przypadki śmierci, o czym niekiedy donosili różni ludzie, to nie wynikają one z głodu, a za sprawą niewłaściwego odżywiania i chorób. Duranty nie rozwinął tej myśli, być może pozostawiając czytelnikowi domysł, że owa malnutrycja to efekt niedoedukowania biednego, ukraińskiego chłopa, który, w przeciwieństwie do rolników z innych części świata, nie wie, co zdrowe i jadalne, a co nie, ale który w warunkach postępującej kolektywizacji tę wiedzę przyswoi.

Tym samym Amerykanie czytali w New York Timesie niemal to samo, co czytelnicy radzieckich gazet codziennych, w których o sytuacji żywieniowej na Ukrainie nie było wzmianki. Głos kłamcy nie był jedynym i pojawiali się dziennikarze, którzy zdawali relację z tego, co zobaczyli, ale ponieważ był to w USA czas nawiązywania stosunków dyplomatycznych z nową radziecką władzą i publiczność domagała się od rządu sukcesu w tej sprawie, to właśnie Duranty`emu przyznano za “obiektywne, wyczerpujące i wyjątkowo jasne korespondencje z Rosji” nagrodę Pulitzera za 1932. Nagrodzona została propagandowa sielanka, której pragnęli wszyscy dla dobra swojego interesu i w imię poprawnych stosunków ze stalinowskim reżimem.

Dziennikarski sukces Duranty`ego zasłonił potworne ludobójstwo, w którym pojedyncze istnienie ludzkie gubi się w wielozerowych liczbach przy każdej próbie opisu i wyliczeń. Podczas gdy zagrabione z Ukrainy przez stalinowskie władze zboże, szacowane na setki tysięcy ton, gniło, przechowywane, czy raczej po prostu wysypane gdzieś w głębi Rosji na powietrze jako “rezerwa państwowa”, a w prasie amerykańskiej ukazywały się “jasne i obiektywne” artykuły Duranty`ego o sukcesach kolektywizacji, on sam informował potajemnie brytyjską ambasadę, że wskutek rabunku żywności na fantastyczną skalę na Ukrainie dokonano zagłady części narodu.

*

W tym czasie, wobec przydzielonych Polsce w traktacie ryskim pozostałych ziem ukraińskich, rząd II RP realizował politykę narodowościową. Nadzieje na powstanie na ziemiach ukraińskich osobnej władzy, jeszcze parę lat wcześniej obecne i po polskiej, i po ukraińskiej stronie, po zwycięstwie w 1920 w wojnie z Rosją zniweczyła nieudolność polskiej dyplomacji. Z późniejszymi deklaracjami polskich polityków poszła niemal równym krokiem opinia publiczna, wyrażająca, z nielicznymi wyjątkami, coraz mniej zrozumienia i przychylności dla niedawnego sojusznika, z którym pokonano bolszewików. W polskich gazetach coraz mniej było artykułów, które popierałyby ukraińskie postulaty. Największy dziennik międzywojnia, Ilustrowany Kuryer Codzienny Mariana Dąbrowskiego, stał się dla polskiego społeczeństwa podobnym wówczas symbolem bezkrytyczności i poparcia dla aktualnego kursu władzy, co dzisiaj Gazeta Wyborcza Adama Michnika.

Polonizację Ukrainy starano się przeprowadzać planowo, była obliczona na stłamszenie obudzonej świadomości odrębności narodowej Ukraińców. Raz to różnymi odcieniami idei prometejskiej, raz sprawą narodową tłumaczono rozmaite aspekty polskiej polityki wobec Ukrainy, także te haniebne. Z większym sceptycyzmem prasy spotkały się dopiero akcje pacyfikacyjne KOP-u, w których stosowano wobec ludności ukraińskiej odpowiedzialność zbiorową, jasny dowód ignorancji rządu II RP i braku pomysłu na odpowiedź wobec antypolskich sabotaży OUN-u.

Reszta działań znajdowała z reguły uzasadnienie i była przedstawiana jako sukces. Nim miała być kolonizacja Ukrainy, do której ściągano ludzi w dużej części z marginesu społecznego, oraz liczne inne zarządzenia przymusowej polonizacji, np. o obowiązkowym na Ukrainie nauczaniu w języku polskim w szkołach średnich i wyższych, o używaniu języka polskiego podczas kazań w cerkwiach, o organizowaniu gmin i samorządów na tych ziemiach tak, by Polacy mieli w nich zawsze większość, a także inne pomysły polskich machiavellistów, które w efekcie stanowić miały jeszcze jeden powód do obrócenia polsko-ukraińskich relacji w ruinę. Nawet najbardziej kompromisowe postulaty ukraińskie były łatwo odsuwane i negowane. Przyłożyło się do tego niestety niemal całe społeczeństwo polskie, które dawało znać o swojej ignorancji przy różnych okazjach, gdy mogło wyrazić swoje zdanie.

Znamienne, że Roman Dmowski na temat Ukrainy wyrażał podobne myśli w swoich pismach, co niegdyś nie tylko sami zaborcy na temat Polski, ale i sam Voltaire z innymi światłymi i wykształconymi bywalcami salonów w opiniach o jej rozbiorze. Prometejskie argumenty o stabilizacji i zaprowadzaniu porządku i oświaty są zresztą zawsze świeże i na miejscu; istniały na tysiąclecia przed zaprowadzeniem zaboru na ziemiach polskich, istnieją i dziś, także w propagandzie Zachodu, którą mamy sposobność posłuchać w odrestaurowanej oprawie, ilekroć konieczne jest wyjaśnienie nowej interwencji militarnej NATO.

*


Wobec uległości mediów do kursu rządów, który w sytuacji kryzysowej staje się nieobliczalny i podatny na zmiany w każdej chwili, trudno byłoby Ukraińcom oczekiwać, że publicystyczne wersje politycznych wyroków mogą być dzisiaj bardziej w prasie niezależne, niż kiedyś. Wszystko rozstrzyga się w małych gabinetach i podczas rozmów, które nie są transmitowane w telewizji i nie wymagają od polityków pozy dla wyborców. Jak dotąd takie spotkania nie dawały wiele nadziei Ukrainie. Jednakże, naprzeciw dyplomatom europejskim chcącym tłumaczyć ograniczanie odpowiedzi wobec działań Rosji będą stały jednak inne i bardziej poważne przeszkody do pokonania, niż tylko umiejętne kształtowanie opinii i wykorzystanie środków przekazu.

Mówi o tym ocena rozmaitych niedawnych propagandowych operacji medialnych, którymi zajęły się różne instytucje. Większość wniosków pojawia się na zasadzie domniemania i stylem równa jest propagandzie, którą opisuje, ale są też głosy cenne. Na gruncie polskim niedługo po zajęciu Krymu opublikowana została przez Ośrodek Studiów Wschodnich analiza Jolanty Darczewskiej opisująca rosyjską wojnę informacyjną, w której rozpatrywane są propagandowe komunikaty medialne, jej pochodzenie oraz cechy szczególne. Mimo że tekst ten powstawał niemal jako bieżąca odpowiedź na zdarzenia krymskie, zawiera liczne spostrzeżenia znajdujące potwierdzenie w miesiącach, które nadeszły.

W opracowaniu tym dochodzi się do wniosku, że rosyjska propaganda jest wobec Zachodu prymitywna i niewyrafinowana, a do jej dekryptażu na chwilę obecną nie potrzeba wiele. Ten stan rzeczy będzie się zmieniał, a wydana ocena dotyczy na razie jej bieżącego poziomu. Skuteczność tego rodzaju propagandy jest natomiast znacznie większa w samej Rosji, gdzie władze dysponują możliwością dezinformacji na ogromną skalę.

Dlatego niedawne słowa Angeli Merkel, jeśli miałyby znaleźć ciąg dalszy, będą wymagały od Europejczyków nie tylko chęci wysłuchania ich w mediach, ale też nauczenia się nowego języka, w którym będą wyrażane. Od strony ideologicznej reżim Putina opiera się bowiem na elementach równie irracjonalnych, co te, których działanie Europa dobrze poznała niecałe sto lat temu. Nieufni wobec nich pozostają nawet obojętni na rosyjską agresję i trzeba by znaleźć i nadać im inną nazwę i nowe argumenty, które byłyby przez nich do zaakceptowania. Trudno dzisiaj sądzić, by geografią sakralną, do której Aleksander Dugin czyni fundamentalne odwołania, a która wykorzystywana jest następnie do tłumaczenia politycznych posunięć, można było z sukcesem uprawomocniać w oczach Europy nowoczesne pokojowe krucjaty rosyjskiego żołnierza lub importowanego oprycha bez oznaczenia przynależności wojskowej. Ciągle zbyt blisko temu do języka oczywistej propagandy, która jest łatwo rozpoznawana i na razie na Zachodzie odrzucana, o czym można dowiedzieć się także w różnych miejscach w sieci, odwołujących się do wypadków na Ukrainie.

*

Warto zastanowić się, jakie mogą być drogi zbliżenia tych różnych sposobów myślenia, jakie przekształcenia języka należy wykonać i do jak przygotowanego odbiorcy najłatwiej będzie rosyjskiej propagandzie trafić? Bez dokładnego przygotowania i rozeznania można tutaj wysunąć tylko kilka uwag natury ogólnej.

W napisanym po wojnie Klubie Trzeciego Miejsca Melchior Wańkowicz podawał w formie dygresji, że zdumionym celnością jego proroctw przyjaciołom tłumaczył, iż oparł swe przewidywania po prostu czytając i uważnie słuchając słowa Stalina i Hitlera. Wszystkie przecież zamiary wykładali oni publicznie z rycerską szczerością na długo przed wprowadzeniem ich w życie. Łatwo jest w tym momencie poczynić analogię do słów Aleksandra Dugina, który ukraińskie wybory prezydenckie w 2009 obwieszczył już wtedy ostatnimi, a przecież nie są to jego jedyne i ostatnie proroctwa dotyczące mieszkańców tej części Europy.

Dla pewnej grupy polskich i ukraińskich historyków, publicystów oraz polityków równie łatwo przychodziło kiedyś dokonywanie podobnych podsumowań i dochodzenie do identycznych wniosków z punktu widzenia ich strony. Żywa była myśl, że istnienie Rosji innej, niż w formie porozpadowej, jako niezależnych republik, jest i zawsze będzie dla krajów Europy Wschodniej zagrożeniem. Mówiąc wprost, upadek Rosji leży w interesie ich racji stanu. Ta polityczna idea będzie żywa i gdy nadejdzie odpowiednia pora, może wydać się znowu atrakcyjna dla wszystkich autorytetów i ekspertów zatrudnionych do tłumaczenia bieżących zdarzeń dla zgromadzonej przed komputerem i telewizorem publiczności. Być może dzisiaj nie ma już nawet odwrotu od tego kierunku myślenia, podobnie jak nikt nie wymyślił żadnej innej wizji stosunków międzynarodowych, która mogłaby być dzisiaj realna i zarazem konkurencyjna wobec powyższej.

Okaże się jednak wtedy, że oto właściwie tym samym językiem przemawiają i wschodni Europejczycy między sobą, i Dugin z Rosjanami, gdy powtarza, że istnienie innej Rosji, niż mocarstwowa, nie ma sensu i kraj ten innej drogi bytu po prostu nie ma. Sprowadzenie polityki wprost do próby sił, która wynika z oceny ułożonej na fundamencie niemal identycznym, co duginowskie teorie, może stać się jednym z obowiązujących sposobów tłumaczenia i rozumienia położenia sąsiadów Rosji w przyszłości nie tylko przez nią samą, ale właśnie przez nich. Narzucenie takiej optyki będzie dużym sukcesem Kremla w poszukiwaniu słów dla wspólnego języka. Zapewne stanowi ona jeden z długodystansowych celów propagandy.

O innej drodze porozumienia, która także już istnieje, wypada tu dodać tylko kilka słów przy okazji, bo jej charakter został już stosunkowo dobrze poznany. Badacze kultury dawno spostrzegli, że masowe media, nawet przy wykorzystywaniu i zainteresowaniu przeszłością, faworyzują wyłącznie teraźniejszość. Kiedy staje się ona jedynym punktem odniesienia, oceny oparte na doświadczeniu czy wiedzy historycznej można łatwo odsunąć na bok lub poddać manipulacji. Gdy wojna w świadomości telewidza i internauty trwa tyle, co premiera nowego filmu, łatwo przeprowadzać szybkie operacje wojskowe w sąsiednich prowincjach. Los Ukrainy może wkrótce dodać kilka przykładów do tych wielokrotnie już formułowanych uwag.

Rysunki autorstwa mieszkańca Słowiańska. Miały zostać naszkicowane w piwnicy, z nudów i dla zabicia czasu, podczas walk o miasto.

piątek, 6 czerwca 2014

Sie kommen!

D-Day at Omaha Beach jest grą wojenną dla jednej osoby. Jej twórcą jest John Butterfield, gra została wydana przez Decision Games w 2009 i ma już drugą, poprawioną edycję z roku 2013, w oparciu o którą zostały spisane poniższe uwagi. Tematem gry jest lądowanie w Normandii, pierwszy dzień lądowania, pierwsze 12 godzin na plaży Omaha, gdzie 70 lat temu desantowano żołnierzy amerykańskich 1 i 29 dywizji piechoty.


Przeciwnikiem jest talia kart i żetony na mapie, które są przez nią sterowane, więc w pewnym sensie gra jest rodzajem rozbudowanego pasjansa. Można grać w dwie osoby kooperacyjnie, wówczas każdy z graczy obejmuje dowodzenie nad jedną z desantowanych dywizji. Do gry załączono artykuł wprowadzający, przedstawiający założenia alianckiego dowództwa, przygotowania do desantu oraz konfrontację tych planów z rzeczywistością, czyli lądowanie 6 czerwca i bitwę na i poza plażą. Artykuł Butterfielda jest interesujący nie tylko jako krótki komentarz historyczny. Stanowi on też rodzaj wprowadzenia do gry, z którego można zrozumieć istnienie rozmaitych zasad i założenia projektanta. W przypadku gier wojennych takie historyczne wprowadzenie to standard.

*

Istnieją gry, w które gramy dla intelektualnej przyjemności, a partia w nie może jawić się jako problem, który gracze mają do rozwiązania. Takimi grami są m.in. szachy czy go, a także niektóre nowoczesne gry planszowe, wymagające skupienia oraz pomysłu. Zwykle gry te pozwalają zamiarować graczom posunięcia przy pełnej informacji, która do sporządzenia i wykonania planu jest potrzebna. Jawne jest położenie pionów, brak elementu losowego, a zasady dążą do tego, by być możliwie prostymi, ponieważ cały ciężar i komplikacja gry spoczywa na problemie, który jest w czasie partii budowany przez grających. W takich warunkach planowanie posunięć może być bardzo akuratne i jakość jego zależy wyłącznie od talentu i doświadczenia przeciwników, zaś zapisana partia świetnych graczy stanowi dla koneserów znających zasady i rozumiejących, co się w niej wydarzyło, małe dzieło sztuki myślenia.

Planszowe gry wojenne należą do innego rodzaju gier. Główny nacisk kładą na możliwie wierną symulację bitwy, która odbyła się w rzeczywistości, i przemawiają najpierw do wyobraźni i emocji grających. Szala zwycięstwa jest w nich zwykle przechylona na jedną ze stron. Do bitwy często dochodzi bowiem na nierównych warunkach, do których gracze nie muszą już doprowadzać, mają je od razu dane na planszy jako początkowe. Jedyne, co pozostaje, to postawić się w roli ludzi, którzy uczestniczyli w bitwie, bądź, w zależności od skali gry, w całym symulowanym konflikcie. Historia na planszy może potoczyć się niekiedy inaczej, ale zawsze przy uwzględnieniu pola walki i warunków, które wpływały na historyczny rezultat. W związku z powyższym warunki zwycięstwa obu stron często wyznaczone są na miarę środków, którymi gracze dysponują. Niekiedy zaś w ogóle pomija się stworzenie zasad wyłaniających zwycięzcę, a nierówna rozgrywka toczy się po prostu dla samej przygody, jaką jest odzwierciedlenie pola bitwy i decyzji, przed którymi stali dowódcy.

Rzecz jasna, każda gra wojenna jest tylko uproszczonym, niezmiernie okrojonym obrazem rzeczywistości i nie może oddać wszystkiego, niemniej tendencje symulacyjne są w nich na tyle dominujące, że rzadko przynoszą one choć cień intelektualnego zacięcia, które rodzi się np. podczas pojedynku szachowego, bo też nie o zderzenie intelektu i umiejętności graczy w nich głównie chodzi. Porażka w nich nie jest też tak bolesna i wytrącająca z równowagi, jako że nie burzy rozumienia wewnętrznego świata – opartego o zasady – gry (napisał o tym tutaj szerzej w odniesieniu do mojej z nim partii go Pan Tomasz P). Mimo to rozgrywkę przeżywa się silnie, jeżeli tylko reguły gry pozwalają przenieść wyobraźnię grających na pole bitwy, którą mają przed sobą na mapie. W tym sensie gry wojenne i bitewne są naturalnym pomostem, z którego wywodzą się z kolei gry RPG, jeszcze radykalniej związane z elementem wyobrażeniowym, a bardziej z kolei redukujące element gry jako zagadki umysłowej do rozwiązania.

Gry logiczne, wojenne oraz RPG w nowych odmianach czerpią nawzajem ze swoich źródeł. Wojenne czasami sięgają po eleganckie i proste, ale nierealistyczne rozwiązania abstrakcyjne, o ile przynoszą one całościowo historyczny rezultat i wpływ dodatkowych, trudnych do ujęcia “urealniającymi” przepisami czynników, choć zdarzają się i takie gry, które zmierzają jeszcze bardziej w stronę symulacji. Istnieją np. gry wojenne solo, gdzie gracz wciela się w załogę bombowca czy okrętu podwodnego, a wszystkie cele (przygody) i przeciwnicy oraz wydarzenia (spotkania losowe) pochodzą ze znanych w RPG tabel, zastępujących tu rolę Mistrza Gry. Niektóre gry wojenne (tak jak RPG) do tego stopnia odchodzą od abstrakcyjnych uproszczeń i dążą do realizmu, że w swym symulacjonizmie osiągają efekt odwrotny od zamierzonego. W Polsce w jednym rzędzie stoją “klasycy gatunku”: system B-35 w grach wojennych, a w RPG Kryształy Czasu. Zasady do tych surrealistycznych wytworów drukowane zresztą były obok siebie w jednym czasopiśmie, może stąd duchowe podobieństwo.

*

“Flota inwazyjna była jak ogromne miasto wyłaniające się z morza na horyzoncie.”
Obergfreiter Alfred Sturm z 9/726/716 DP.

Pierwszym tematem D-Day at Omaha Beach Johna Butterfielda jest, jak w przypadku każdej gry wojennej, ukazanie warunków, w których toczyła się bitwa oraz przedstawienie realizacji planu dowództwa. Gracz otrzymuje do dyspozycji wszystkie środki, które miały umożliwić zdobycie plaży i parowów z drogami wyjazdowymi. Że sami projektanci operacji nie mieli pewności co do jej powodzenia i że obawiali się tego, na co wysyłają osiemnasto, dziewiętnasto czy dwudziestolatków obładowanych bronią, świadczy notatka napisana przez Eisenhowera i przeznaczona podobno do odczytania w przypadku niepowodzenia operacji:
“Our landings have failed and I have withdrawn the troops. My decision to attack at this time and place was based on the best information available. The troops, the air and the Navy did all that bravery could do. If any blame or fault attaches to the attempt it is mine alone.”
Sztabowcy zakładali, że bitwa zostanie wygrana przez bombardowanie i miażdżącą przewagę w powietrzu. Żołnierzom powiedziano, że bunkry w dużej części zostaną unieszkodliwione, chroniące je zasieki zniszczone, że po bombardowaniu przestaną też istnieć pola minowe i przeszkody na plaży, a teren będzie pokryty lejami po wybuchach bombowych, w których można będzie się ukryć. Żołnierze mieli dobijać pozostałe po bombardowaniu gniazda oporu, a jeszcze z barek desantowych widzieć, wedle słów gen. Bradleya, “the greatest show on earth”, największy pokaz [bombardowania lotniczego i ognia artylerii okrętowej] na świecie. Sam Eisenhower mówił o wsparciu żołnierzy przez “największą potęgę ogniową, jaką kiedykolwiek zebrano”.

W czasie trzydziestu minut przed godziną H liberatory i latające fortece 8 Floty Powietrznej 
zrzuciły trzynaście tysięcy bomb. Żadna nie spadła na plażę Omaha. Poprzedzająca desant 
nawała artylerii okrętowej trwała z kolei zbyt krótko i nie wyeliminowała trwale 
nawet jednego niemieckiego bunkra.

Na widok gładkiej plaży i nietkniętych przeszkód oficer 1 DP, który przeżył desant, miał powiedzieć: “lotnicy mogli nie wstawać z łóżek”. Plaża (ciągnąca się o 6 rano do klifu przez ponad pół kilometra, a około południa, w czasie przypływu, w miejscach zabezpieczonych falochronem ciągle daleko ponad sto metrów) była gładka jak stół. Tego dnia Niemcy zaczęli w bunkrach ćwiczenia ogniowe o 5 rano, więc byli na posterunkach. W tym czasie flota osiągała już pozycje, barki desantowe wedle ustalonej kolejności zaczynały zmierzać do brzegu. Nic nie mogło odwołać rzezi.



Szansa na przeżycie żołnierzy, którzy wylądowali w pierwszym rzucie, była już niewielka. Pojawiały się też dalsze przeszkody, a błędne założenia owocowały dodatkowymi komplikacjami. Ze względu na bardzo wzburzone morze, w pasie działania 1 DP z trzydziestu dwu czołgów, które miały wspierać piechotę i dawać jej dodatkową, pancerną osłonę, zatonęło dwadzieścia siedem. Na skutek tej katastrofy desant podobnej liczby czołgów mających wspierać 29 DP opóźniono, piechota wylądowała bez ich wsparcia i musiała na nie “poczekać, aż fale się uspokoją”.


Heinrich Severloh z niemieckiej 352 DP na stanowisku WN-62 wspominał, że otrzymał rozkaz otworzenia ognia w momencie, gdy desantujący żołnierze będą po pas w wodzie. Zbliżali się oni bardzo powoli, obarczeni nie tylko ciężkim sprzętem (ekwipunek radiowców ważył około 40 kilogramów), ale też przemoczonym ubraniem, spowalniającym ruchy. Gdy pierwsze szeregi desantu osiągnęły wyznaczoną odległość, zostały literalnie zdmuchnięte przez ogień z bunkrów. Marynarz sterujący barką widział, jak “wybiegający z niej żołnierze posuwali się powoli do przodu w wodzie i nagle przewracali się całymi grupami, jak kręgle.”

“Żołnierze sypali się z barek jak kukurydza z taśmy”
Ci z pierwszego rzutu, którzy przeżyli i dobiegli do kamiennego nasypu pod falochronem, widzieli kolejne nadpływające barki. Artyleria niemiecka zaczęła już je ostrzeliwać, “trafione wyrzucały ciała żołnierzy na piętnaście, dwadzieścia metrów w górę”. Z tych, które podpłynęły i opuściły rampy, wybiegali kolejni i natychmiast byli powstrzymywani ścianą ognia. “Jedni usiłowali schronić się z tyłu barek, niektórzy z wody próbowali wdrapać się z powrotem, żeby uciec”. “Żołnierze płakali i przeklinali”.

Szeregowy William Huch, kompania E, 16 pułk 1DP: “To było straszne. Wszędzie umierali ludzie – unieruchomionych rannych zatapiał nadchodzący przypływ, łodzie płonęły szaleńczo, kolejne rzuty usiłowały dopłynąć do brzegu.” Szeregowy Elmer Matekinitis z tej samej jednostki wspominał, że wskoczywszy do wody po szyję powoli brnął naprzód. Gdy dotarł do wody sięgającej kolan był tak osłabiony, że położył się w niej, żeby odpocząć. “Pod ciężarem ekwipunku ludzie poruszali się jakby na zwolnionym filmie. Tak przeciążeni nie mieliśmy żadnych szans. Byłem tak zmęczony, że ledwo poruszałem nogami”. Czołgi, którym skończyła się amunicja, jeździły tam i z powrotem po plaży, żeby zapewnić osłonę piechocie. Nad wszystkim grzmiała też artyleria okrętowa, której przelatujące pociski żołnierze porównywali do przejeżdżających wagonów towarowych, a Niemcy w bunkrach jej siłę do trzęsienia ziemi.

Porucznik Ed McNabb, kompania H, 116 pułk 29DP: “Kazaliśmy ludziom [w barkach] opuścić głowy, żeby nie widzieli, co się tam działo i nie stracili ducha. Czołgi nadal stały na granicy plaży, niektóre jeszcze strzelały, inne płonęły. Wokół nich i w wodzie chronili się żołnierze z kompanii szturmowych. Większość z nich była ranna, a wielu martwych unosiło się na falach”.

pierwszy rzut, 16 pułk piechoty
Heinrich Severloh stwierdził, że sam jeden ze swojego bunkra (WN-62) wystrzelił ponad pół tony amunicji. Rozkaz odwrotu przyszedł dopiero po południu, gdy na plaży pojawiło się już więcej czołgów, a sąsiednie bunkry zostały zajęte.

Heinrich Severloh: “W nocy z 6 na 7 czerwca zostałem złapany. Żyję, bo miałem szczęście, 
nie sądzę, że przeżyłbym, gdybym został ujęty na moim stanowisku”.
 *

Drugim tematem D-Day at Omaha Beach jest właśnie improwizacja własnego planu ataku, która stoi za każdym razem przed graczem zasiadającym nad rozłożoną planszą do gry. Powyższe cytaty dają obraz kilku elementów sytuacji początkowej. Gra uwzględnia ich więcej i rozmaitymi sposobami oddaje położenie, w jakim znaleźli się desantowani, oraz nietrafione założenia desantu. Przykładowo, już o godzinie 7 rano wyładowywana była z barek na plażę, ściśle według rozkładu, artyleria przeciwlotnicza. Jaka mogła być jej przydatność w zarysowanych wyżej warunkach? A to tylko początek rozładunku ciężkiego złomu, który nagromadzono w barkach i który w większości był natychmiast porzucany przez ratujących własne życie żołnierzy i tonął w falach przypływu. Dopiero z biegiem czasu, gdy informacje o tym, co się dzieje na plaży, docierały do dowództwa na okrętach, wprowadzać można pewne modyfikacje, najpierw co do rejonu desantu, a potem co do czasu (można opóźniać wprowadzanie jednostek).

Notatki z prowadzonego dziennika szeregowca Cada Rachowsky`ego (wylosowałem po pierwszorzutowym żetonie z każdej dywizji i zapisywałem, co “widzą” szeregowcy), zdjęcie z godziny 7 rano. “Świr Barett przekonał nas, że musimy wyjść za plażę i zaatakować ten cholerny bunkier albo zostaniemy w tym piachu już na amen. Uderzyliśmy całą siłą, jaka nam pozostała i zostaliśmy momentalnie odparci i rozbici. Okazało się, że starczyło nam sprzętu tylko do przedarcia sie przez zasieki (BG na żetonie – rury bangalore), ale zabrakło już sprzętu, żeby walczyć z nimi z bliska (brak MG i BZ, które przedstawia niemiecki żeton – aby w ogóle prowadzić walkę, trzeba najpierw spełnić wymóg broni)".

Znakomicie i w prosty sposób oddane jest w grze morale wojska i zarazem jego paraliż w obliczu tego, co spotyka je na plaży. Gra kończy się automatycznie klęską, gdy grający przekroczy określony przed daną godziną próg strat. Już gdy się do niego zbliżamy, atakujemy na coraz węższych odcinkach, żeby minimalizować ryzyko jego przekroczenia. Obraz karkołomnego natarcia na klif i bunkry, które najpierw trzeba zaimprowizować z niedobitków ocalałych desant, a którego impet jest następnie wytracany na skutek szybko rosnących strat, jest tą prostą regułą świetnie przedstawiony. W połowie gry, gdy wchodzą kolejne rzuty, próg rośnie i tym samym znowu można zebrać żołnierzy, żeby “jeszcze jeden raz” dali z siebie wszystko.

Godzina 7.45. Ostatnie przygotowania przed szturmem na inny bunkier, pod który my też 
postanowiliśmy się przeczołgać – a w zasadzie Barett, to ten drań nas do tego namówił...
Paraliż wojska (i psychiczny, i na skutek trudności w dowodzeniu rozproszonymi grupami ocalałych) oddany jest abstrakcyjnie przez liczbę akcji, które do wykonania ma każda z dywizji. Bazowo można wykonać w etapie tylko dwie akcje (trzy w drugiej części gry). Jest to niezmiernie mało. Co za tym idzie, większość żetonów symbolizujących oddziały będzie pozostawała w bezruchu, wyrzucona na plażę i zalewana przypływem, bądź leżąc pod nasypem kamieni i chroniąc się przed niemieckim ostrzałem – piechota ma bowiem wolny ruch ochronny przez plażę w stronę najbliższego falochronu; może to robić “za darmo”. Każda z dwóch akcji (którą może być ruch, atak, ostrzał czy wspinanie się na klif), jest więc ważna, a ponieważ wszystko przebiega powoli i do osiągnięcia określonego celu trzeba będzie i tak zużywać uparcie pewną liczbę akcji przez szereg etapów (trwają one 15 minut w pierwszej części gry, 30 minut w drugiej, a zdobywanie bunkra trwa nawet kilka godzin; bunkry zresztą nie są celem głównym, bo tym są parowy, w których znajdują się drogi wyjazdowe – oczywiście zaminowane – z plaży), trzeba mieć jakiś pomysł, co robić, jak atakować i gdzie. Jeśli przez godzinę będziemy marnowali akcje na niewłaściwie przemyślany sposób lub miejsce ataku, przegramy, a ta przegrana będzie powoli i nieubłaganie wyłaniała się na sytuacji na planszy.

“Godzina 8. Wszyscy na pozycjach, tj. pięć kompanii, a raczej ich pozostałości. W każdym razie zaraz damy ubermenschom popalić.”
Związany z paraliżem wojska jest jeszcze jeden ciekawy element gry, który wyróżnia ją na tle innych gier wojennych: bohaterowie. Pojawiają się tylko przypadkowo z karty wydarzeń. Czasami można mieć pecha i długo i bezowocnie na nich czekać. Są to żetony, które można położyć na dowolnym oddziale, który od tej pory zyskuje pełną zdolność działania i na jego posunięcia nie trzeba wydawać dostępnych akcji dywizyjnych. W dużym stopniu od szczęścia, bo od liczby wylosowanych bohaterów, oraz prędkości, z jaką pojawią się na mapie, zależy, gdzie i w ilu miejscach będzie można lepiej koordynować działania i w ogóle wygrać grę. Żetony bohaterów mają jednakowe działanie, ale widnieją na nich prawdziwe nazwiska żołnierzy najniższych szczebli, którzy podczas “najdłuższego dnia” się odznaczyli. Na pewno nie są to wszyscy bohaterowie, zapewne ułamek tych, którzy, czasem zastępując złamanych psychicznie dowódców, prowadzili i inspirowali swoich kolegów do działania, które pozwoliło ostatecznie dokonać nieprawdopodobnego i, mimo tak koszmarnych  warunków, opanować plażę i parowy. W grach wojennych zwykle przesuwa się całe jednostki, ewentualnie przydzielonych im dowódców. To, że w D-Day at Omaha Beach, zresztą z uprawnionych historycznie względów, jest miejsce na żeton zwykłego szeregowca, który może poprowadzić całą kompanię piechoty, nadaje tej grze wyjątkowej aury.

Godzina 12.30. Ciężkie walki o Colleville-sur-Mer. Barett zginął pół godziny wcześniej, gdy Niemcy zaatakowali nas zza znajdujących się za nami żywopłotów.
Od czasu, gdy poznałem dzieło Johna Butterfielda, miałem ochotę o nim trochę napisać i wreszcie dzisiaj zdarzyła się okazja. Byłem niedawno gotowy rekomendować tę grę każdej osobie zainteresowanej tematyką drugiej wojny, także graczom, którzy z planszowymi grami wojennymi wcześniej nie mieli do czynienia, a są nimi zainteresowani i chcieliby zagrać. Wydawało mi się, że mimo zasobu mechanizmów, które istnieją w grze, wszystko jest dość proste, plansza przygotowana do użytkowania: praktycznie wszystko, co potrzebne do rozgrywki, znajduje się na niej. Sądziłem, że gdy gracz opanuje podstawy z instrukcji, nie musi już do niej sięgać. Zapewne tak jest. Pozostaną mu dwie, trzy bardzo proste w obsłudze tabelki i talia kart. Byłem przekonany, że to idealna gra na początek przygody z wojennymi planszówkami. A jednak niedawno zmieniłem zdanie. Pożyczyłem grę Neurocidowi, bądź co bądź wprawionemu w bojach graczowi, który nie dał rady do gry sam się przygotować i jej rozegrać. Odrzuciła go instrukcja, która, jak przystało na grę wojenną, liczy kilkadziesiąt stron, oraz samotny tryb rozgrywki. Może właśnie ten tryb przede wszystkim trzeba wziąć pod uwagę przy zakupie gry, jeśli kogoś zainteresowało i zachęciło do tego moje krótkie (i bardzo niepełne) przedstawienie jej zasad. Dzisiaj nadal polecam tę grę każdemu zainteresowanemu grami wojennymi, ale z zastrzeżeniem, że trzeba mieć sporo cierpliwości i ochoty na poświęcenie czasu zasadom, zrozumienie i dojście do wprawy w obsłudze gry, chęć skupienia i pochylenia się nad nią na dłużej. Trzeba też wiedzieć i liczyć się z tym, że bitwa jest trudna do wygrania. Zagrałem osiem razy i jak dotąd udało mi się wygrać jeden raz, dopiero niedawno. Gra nie tylko nie wybacza błędów, ale też niekiedy po prostu nie daje graczowi wygrać. Działanie Niemców z kart jest mordercze, ich oddziały się przegrupowują, walka z nimi nie jest łatwa nawet poza plażą, jak niedawno sądziłem, zaś kontrataki przeprowadzają w dogodnych i kluczowych dla kontroli plaży i parowów miejscach.

Sytuacja o godzinie 15.30. W Colleville-sur-Mer bez zmian. Na szczęście w następnym etapie mogłem skorzystać ze wsparcia artylerii okrętowej i niemiecka obrona pękła...
Dzisiaj jest odpowiedni dzień, by rozegrać wariant ze skutecznym, celnym bombardowaniem – jedną z opcji, którą reguły gry przewidują. Tak jak powinno się zdarzyć 70 lat temu. Pora rozłożyć planszę...

“Tego dnia nie było sławy i zaszczytów. Tylko morze krwi i krzyki zabijanych młodych ludzi”
Heinrich Severloh

Zdjęcia, cytaty:
D-Day, Antony Beevor (Wydawnictwo Znak 2010), D-Day: lądowanie w Normandii (Wydawnictwo RM 2011), Internet

Na forum strategii jest też wątek poświęcony grze, który polecam zainteresowanym.

sobota, 17 maja 2014

W donżonie Erpegista

(raport z sesji w indyjskopolski sandbox bez MG, ale z wątkiem głównym)

Usłyszałem niedawno w pewnej karczmie kilka legend o bogactwach i skłóconych stronnictwach, które zamieszkują niesławny donżon Erpegista. Zmęczony, były już awanturnik, rzadko dziś biorę miecz, linę i pochodnię, żeby znowu ruszyć w poszukiwaniu przygody. Za młodu nie ceniłem życia tak jak teraz i uwierzyć nie mogę, jakich głupstw i ryzykanctwa się dopuszczałem dla kilku sztuk złota czy magicznego pierścienia, o którym gdzieś zasłyszałem. Nie przyszło mi wtedy do głowy to proste, a przecie najważniejsze pytanie, jakie śmiertelny człowiek może sobie zadać w życiu: na cóż mi magiczne pierścienie, skoro słonka mógłbym więcej nie zobaczyć? Ciągnie jednak człowieka nostalgia do dawnej roboty, takoż czasem pochopnie czyni i znowu rusza w drogę. Otóż wczoraj, wiedziony pokusą nieznanego, zszedłem do Erpegistowego donżonu.

Jeszcze gdy byłem doń w drodze fortuna była dla mnie łaskawa. Mijając jarmark bydła, któren wędrowcy dwa razy na miesiąc na łące urządzają, zasłyszałem kilka nowin ze świata. Ludzie dobrzy na głos i pewnie wieścili, że oto wraca dawny mag, chociaż teraz odziany w łachy jakiego kuźniarza, bo się przekwalifikować musiał w tych trudnych czasach. Powiadam jednak, że nieważne, w co przyodzian, bo niesie ze sobą zwoje mądre o robieniu Magią i Mieczem, każdemu śmiałkowi przydatne.

Taka to dobra nowina! Ja sam już pergaminów tych pewnie czytał nie będę, bo życie moje bogowie dobrzy kierują na inne tory, ale mam młodego śmiałka w rodzinie, tak młodego, że nawet jeszcze nie pytał o zawieszone na ścianie tarczę i miecz; lecz wiem, że niebawem zapyta – i co ja bym miał mu powiedzieć? Żem gobliny rzezał na potęgę? Żem się w Bogenhafen w urynale kąpał jak ryba w Reiku? Żem z automatyczną kanoną po mieście nocy uciekał jakby przed jakąś dragoną z donżona? Podsunę młodzikowi pergamin, niech sam pozna i zdecyduje, słowa nie rzeknę, jego będzie wybór, czy chce wieść ten żywot. Bo wierzę i liczę bardzo, że powrotny mag przemawiał będzie mądrze i właściwym językiem dla młodych, i że uniknie nadmiaru mędrkowań dla takich jak ja, czy jeszcze ode mnie bieglejszych w robieniu mieczem. Nam już ziewać po zachodzie słońca przychodzi, po piwie się przechwalać, z dnia na dzień wyolbrzymiać własne czyny, a zapominać imion dawnych kompanów, z którymi je dokonaliśmy. Pergaminy maga niezdatne nam, chyba żeby łezkę ocierać po miłym wspomnieniu. Bogowie tak ten świat sprawili, zmieniać tego śmiertelnemu nie wolno.

Dostępność pergaminów ma być może i mniejsza niż kiedyś, ale za to niektórym oferuje zostawić je także w bibliotekach, a to dowód jasny, że zmądrzał za swego niebytu. Widać, księgi dawne studiował i wie, gdzie wiedza chowana. Może też inni niebawem wezmą z niego przykład. Kto wie, w kuźniarskim fartuchu może bardziej obrotny i rzeczowy będzie, dobrze to wróży.

Te myśli mając w głowie nawet nie spostrzegłem, jak minąłem zalesione wzgórze i zszedłem do doliny, gdzie potok bystry szumi i gdzie wejście w donżon bucha czernią. Ptaki ucichły. Potok tylko zwodniczo śpiewał, jakby mówił: “wejdź, wejdź, tam miło i przyjemnie, nic ci nie grozi”. Doświadczenie lat minionych na nic się zdało. Zapaliłem pochodnię, usunąłem pajęczyny i wszedłem.

O przygodach na pierwszych poziomach tego donżonu nie będę tu mówił, może jeszcze kiedy indziej będzie po temu czas lepszy i okazja. Spotkałem kilku śmiałków podobnych mnie. Jak to w donżonie, pozdrowiliśmy się z daleka uniesieniem dłoni, czasem padło parę słów, czasem wymieniliśmy między sobą jakąś użyteczną informację, ale nie wchodziliśmy sobie w drogę. Każdy przyszedł tu po swój skarb. Po trudach i godzinach nużącej podróży zstąpiłem na ostatni poziom, szczęśliwie jak dotąd nie krzyżując miecza z ani jednym stworem ciemności. Na dnie tej czeluści wszystko się odmieniło, ledwiem tam zszedł, a szybko rozum mi wrócił, z rozumem tęsknota za słonkiem, z tęsknotą zaś strach, że już więcej go nie zobaczę. Przy każdym spotkaniu i mijanym monstrumie serce me coraz strachliwiej biło, aż wreszcie, zanim doszło do czegoś złego i zanim życie mogłem bardziej narazić, rzuciłem miecz w diabły, niech pada ze szczękiem na posadzkę, i puściłem się biegiem z powrotem, wyżej i wyżej, do latowego słonka, oby jeszcze nie zaszło! Udało się wybiec mnie zdrowemu, ale tę kurwę zgrozę, którą ujrzałem, do teraz z serca wydzieram.

Zamieszkują nielicznie tamten poziom hałaśliwe i złośliwe kreatury, co wielkie robią larum o najdrobniejsze wydarzenie. Mróweńka nie przemknie bez zaraportowania i plotki. Razem ponad 400 jest ich tam zgromadzonych, ale większość milczy i obserwuje po cichu, co robią główne hałaśniki, lordowie donżonu i sam Erpegistes. Tego pamiętałem z dawnych lat, z zabawnych deluzji, które leczył opętanym przez poltergeistę i inną złą marę. Ale po latach chichrania bogowie kapryśni go klątwą obłożyli, bo nabrał ponurego wyrazu twarzy. Oczy mruży jakby od ognia, a przecie ciemno w donżonie jak w ziemiance goblina. Znać wnet, że słoneczka dawno nie widział, że moc słonkowa go opuściła. Czy zgromadzeni tam tak licznie wokół czerpią dzisiaj od niego i lordów jakąś naukę, że tak w milczeniu się zebrali i na nich zerkają? Nie wiem, ale nieswojo się tam czułem, jakby w jakiejś sadybie nekromanty, co to na jeden pstryk palcem może przywołać do siebie dwa zgnilce z kielichem ożywczej mikstury.

Za złe tam mają młodszej awanturniczce, co dawne pisma maga dziś opisuje, że nie robi tego jak Teubner z dziełami Platona, że cosik nie tak analitycznie i bezpłciowo, cosik za bardzo nijak i po kobiecu, i że w ogóle nie tak, jak trzeba badać taki zamierzchły i zapajęczony czas. Że można i należy inaczej. Ale jak – tego nie mówią, dla siebie to chowają. Taki tam gobliński panuje obyczaj.

Spotkałem tam też dobrego druha, właściciela karczmy, gdziem niedawno bywał. Wiedziałem, że poczciwy ten człowiek wyruszył do donżonu jakiś czas temu po swój skarb, a potem słuch po nim w okolicy zaginął. Dusza był z niego i kochany człowiek, więc nie sądziłem, żeby tak głęboko do donżonu chciał schodzić, ani tym bardziej zostawać bez pogodnego słonka, że raczej wyszedł i ruszył w dalsze jeszcze domeny. Ale nie. Siedział w donżonie skulony w nierozświetleniu choć słabym kagankiem i tyćkę seplenił. Ujrzałem, jak się odhodował w tej bezsłonkości. Broda mu się w takie kłęby pokołtuniła od niemiłej myśli, którą brak słonka rodzi, że ledwo mu oczy widać. Zęby pożółkły i zdarły na czubkach od zawziętego zagryzania. Czasem wybucha goblinim śmiechem, tak niedobrym dla jego zdrowia, a tak przykrym dla innych.

A jak się krzywda nie dzieje kobiecie, ale o tej krzywdzie mowa, to się tam wszelkie lordy śmieją, że jakby się działa, to by było o czym rozprawiać, bo jak się nie dzieje, to można pochichotać i pomerdać kuśką. Po goblińsku więc się chichrają i zęby zbrązowiałe szczerzą: “przeciem za cyćkę nie chycił!”. Takiej to goblińskiej mądrości nabyli i mówią na domiar, że ludzka, słonkowa. Tfu!

Niech no zwilżę gardło, bo aż mi zaschło na wspomnienie, a im niech moc słonkowa rozbłyśnie w donżonie, bo kapkę za długo w nim chyba siedzą, niech ich latowe słonko wygrzeje, do uśmiechu przystroi i do kochania! A kiedy się nie lubią, bo to nic niezwykłego nie lubić kogoś – bogowie tak świat sporządzili – to niechaj na swoim tylko polku sieją, byle chałupy czyjejś nie palili. A może i rękę sobie kiedy pomocną podadzą, gdy goblin przyjdzie zepsuć uprawy? Może tak być, bo człowiek dobry jest i kocha słonko, a w brudzie siedzieć nie znosi. I niech Erpegistowi wróci pogoda i dawny humor, i żeby cały donżon mu na błysk rozświeciło, coby widział, ile wniósł kurzu do wyzamiatania!

Inne jeszcze srogie rzeczy w donżonie ujrzałem i usłyszałem, ale już sił nie mam do ich opisania, a celu i sensu w tym dalszego nie widzę. Szczęśliwie uszedłem stamtąd, wydostałem się na powierzchnię i ruszyłem do domu, już bez miecza, liny i pochodni, ale z uśmiechem słonecznym. Bo się nasłuchałem tam w dole czarnych przepowiedni i mrocznych proroctw o śmierci całej tej wymyślonej krainy, a tutaj, na zewnątrz, jak tylko na jarmark wróciłem i zacząłem słuchać kolejnych plotek, wszędzie życzliwi ludzie przypominali, że świat jest okrągły. Że oto nie tylko mag wraca w kuźniarskim fartuchu, ale że w krainie białego lwa znowu Key-Ghawr ciekawie przemówił, że oto Paladyn Seji, którego spotkałem w donżonie i widziałem, jak próbował świetlistym mieczem bronić Erpegista przed krańcowym samozgoblinieniem, ufundował dormitorium dla podróżnych, że oto aojda Aureus mądrą księgę tworzy, którą takoż mam nadzieję oprócz pergaminów maga przekazać młodemu, co może kiedyś wróci do donżonu odzyskać zgubiony przeze mnie miecz+1...

środa, 7 maja 2014

Wiosna poezją

Poza samymi poetami i pracownikami oświaty różnego szczebla, przymuszającymi podopiecznych do czytania wierszy, niewielu jest dziś czytelników i komentatorów bieżącej twórczości poetyckiej. Kiedy sam mam okazję na jej temat z kimś porozmawiać, odbywa się to zwykle w tonie nudy i żałoby, a zmiana tematu przychodzi naturalnie jak po kościelnym pogrzebie. Parę tygodni temu, podczas jednej z takich dyskusji, wraz z moim rozmówcą zgodnie i łatwo przyznaliśmy, że nowej poezji prawie w ogóle nie czytamy, nie znajdujemy w niej rzeczy interesujących, a to, co przypadkowo jeszcze wpadnie w nasze ręce, przedstawia poziom niski, że nie ma sensu taką twórczością zaprzątać sobie głowy. Być może za sprawą takiej postawy tracimy coś ważnego. Być może oszczędzamy czas.

Na pewno korzystamy z przywileju czytelnika i dobieramy lektury podług zachcianek i kaprysów, a odkładamy je przed końcem, gdy już po kilku stronach widzimy, że ich jakość jest przeciętna. Bieżącą produkcję poetycką trudno zresztą dzisiaj dokładnie śledzić. Mniej więcej dziesięć lat temu w jednym z numerów Dekady Literackiej można było znaleźć informację, że tamtego roku opublikowano w Polsce ponad osiemset tomików poezji na papierze. Jeżeli nic się nie zmieniło za sprawą upowszechnienia Internetu, a przecież tendencja była rosnąca, codziennie w naszym kraju ukazują się przynajmniej dwa nowe zbiorki poetyckie. Pamiętam list Czesława Miłosza, opublikowany w jednym z literackich czasopism, w którym stwierdzał on, że jednego dnia będzie pisanych sto tysięcy wierszy i malowanych sto tysięcy obrazów. Niemal w tym samym czasie Tadeusz Różewicz powiedział, że poeci piszą tyle, jakby chcieli zapchać jakąś dziurę. Podobne stwierdzenia nie są zresztą rzeczą nową, którą przyniósł dopiero miniony wiek. W jednakowym tonie, zwykle o całej współczesnej im literaturze, piszą często krytycy, a przecież nie ich jedynych dopada znużenie na skutek nadmiaru zadrukowanego destruktu, który nieostrożnie przeczytali. Mędrzec przestrzegał już w III wieku przed Chrystusem, że słowa pomnażają tylko marność i że pisanie wielu ksiąg nie ma końca, a nadmierne ich studiowanie utrudza ciało.

Kto miał okazję rozmawiać z początkującym poetą lub obserwować dzialalność młodej grupy poetyckiej, mógł się przekonać, że aż do zupełnego zaniku papierowej książki wiersze będą wydawane. Dzisiejsi poeci nie szczędzą grosza, spełniają swoje marzenie i drukują własne dzieła z prywatnych oszczędności, ewentualnie przy wsparciu lokalnych domów kultury i podobnych instytucji. Te zaś są być może ostatnimi czerpiącymi jeszcze z poezji wymierny zysk, jakim jest wpisanie do odpowiedniej rubryki podsumowującej działalność w danym okresie, że wsparły wydanie tomu, zyskując tym samym dowód, że coś robią i zapewniając ich dyrektorowi legitymację na następny rok. Niekoniecznie zresztą brak finansowania i wyłącznie prywatny wkład poety w publikację swoich utworów oznaczać musi niską jakość wydania książeczki. Nawet tak przypadkowy czytelnik poezji, jak piszący te słowa, miał w swoich dłoniach kilka tomików wydanych całkiem lub półprywatnie, które były zilustrowane rysunkami opłaconych artystów lub fotografiami na kredowym papierze. Mało który pisarz zlekceważy estetykę wydania swej książki. Być może jest to nawet w większym stopniu od braku zarobków cecha powszechna w tej profesji. Marcel Proust pierwsze opublikowane dzieło wydał w zdobieniach do tego stopnia kosztownych, że już sama jego cena detaliczna dawała gwarancję, iż się nie sprzeda. Również pewna część wydawców wydaje się podzielać entuzjazm pisarzy dla pięknych woluminów. Podążają szlakiem przetartym przez samego Gutenberga, którego bankructwo miało zostać wywołane inwestowaniem w oprawę wizualną książki takich sum pieniędzy, że żaden obieg czytelniczy nie mógł mu ich zwrócić, nawet przy cenie konkurencyjnej w stosunku do dostępnych wówczas manuskryptów. Dzisiejsi poeci, sami sobie będący wydawcami, są spadkobiercami tych tradycji i podobnie, mimo pewności, że tomy ich dzieł będą zalegały półki księgarń, domów kultury czy zaprzyjaźnionych kawiarni artystycznych, gdzie leżą czasem obok menu, dokładają starań, aby były ładnie wydane.

Trafiają się jednak szczęściarze, wyznaczeni przez gremia literackich jury oceniających konkursy poetyckie, czy po prostu inni na tyle wytrwali, że już o rozpoznawalnym nazwisku, których opublikuje wydawnictwo. Czy do takich poetów i do ich poezji można jednak mieć większe zaufanie, niż do zbiorku lokalnego artysty wydanego przez wiejski dom kultury w Jasieńcu Górnym, dający zarazem jedno pomieszczenie poczcie, która po sąsiedzku wystawia tomik przy okienku, tuż obok widokówek i cennika znaczków? Czym różni się dzisiaj poezja wydawana prywatnie od tej publikowanej przez wydawnictwo poza tym, że nazwisko autora może być nieco bardziej znane?

*

Zbiorek Cała w piachu Dariusza Suski, jak wszelka dzisiejsza poezja, wpadł w moje ręce przypadkiem i tylko za sprawą losu miałem okazję go przeczytać. Opublikowany został w 2004 przez Wydawnictwo Czarne i całkiem możliwe, że jest jednym z owych ośmiuset, które tamtego roku wydano w naszym kraju. Kilkadziesiąt krótkich utworów pisanych perspektywą, w której przeplata się raz to spojrzenie na świat paroletniego dziecka, raz to dorosłego patrzącego na dziecko, a niekiedy wspominającego czas dzieciństwa, stanowi rodzaj zapisu osobistych i ulotnych chwil z rodzinnego życia pośród obecnych w tle małych apokalips przyrody.

Znana tradycja poezji europejskiej upamiętniającej rozmaite prywatne chwile i przeżycia jest tylko nieznacznie krótsza od poezji epickiej. Według literaturoznawców tony liryczne i osobiste pojawiły się po twórczości epickiej za sprawą przemian społecznych, które odsunęły w cień arystokratyczne ideały i zapotrzebowanie na twórczość, która je wyrażała. Artyści, którzy mimo powszechnych wstrząsów tworzyli nadal dzieła epickie, przemawiali do coraz wątlejszej grupy odbiorców. Obdarzone sentymentem i konserwatywne to grono oczekiwało od nich powtarzania lub nawiązywania do niedoścignionego ideału, nawet jeśli ich talent pozwalał na coś więcej, pozostali zaś szukali nowych sposobów wyrazu, nowych wzruszeń, mieli też nowe audytorium. Sytuacja dzisiejszego poety nie zmusza go może do podobnych ustępstw, ale pozostawia w twórczej podróży z zawiązanymi oczami, ponieważ nie istnieje już żadne grono czytelników, które by mu towarzyszyło w artystycznych wyborach.

Na powrót do wielkiej formy poetyckiej nie mają ochoty i czytelnicy, i sami poeci. Nie ma zapotrzebowania na takie dzieła, a artystom, wtłoczonym w rozmaite mechanizmy, które odbierają każdemu żywemu spokój ducha, brakowałoby też niezbędnego czasu na ich stworzenie. Przede wszystkim, nawet jeśli istnieje zapotrzebowanie na nowe mitologie, które poezja mogłaby jeszcze spełniać, realizują je dzisiaj z większym powodzeniem seriale telewizyjne, kino, kultura hip-hopowa oraz Internet. Poezja dawno też przestała być miejscem odpowiednim do wygłaszania społecznych czy politycznych deklaracji, bo siła jej oddziaływania jest zerowa i opiera się w tym przypadku wyłącznie na nazwisku autora. Twórczość, która powstaje jeszcze w tym tonie (jak na przykład napisany parę dni po katastrofie smoleńskiej utwór Rymkiewicza), może być od razu umieszczana w muzeum i recytowana przez odzianych w żupany i inne historyczne stroje muzealników. Większość jej przejawów nie nadaje się zresztą do publikacji, a czytelników znajduje zapewne głównie wśród  członków dawnej Młodzieży Wszechpolskiej, być może zresztą służyła w jej biuletynach do zapełnienia marginesów.

Wobec tego wszystkiego dzisiejsi poeci doszli do przekonania, że śpiewają głównie sobie, może nawet już tylko sobie, bo coraz rzadziej zwracają się w swych utworach do muz. Konfesyjny i modlitewny charakter poezji lirycznej przeszedł do historii, pozostało zwierzenie poety kierowane w czytelniczą pustkę. Naturalnie więc dzisiejsi artyści zamykają się w temacie doświadczania własnego życia, intymnych chwil, które nie odnoszą się do niczego innego, jak do nich samych i najbliższego otoczenia, tak jakby poeta i jego wewnętrzne życie było dla każdego potencjalnego czytelnika rozpoznawalną mitologią. Jeszcze inni zajmują się rozmaitymi drobnymi i tajemniczymi odmianami śpiewu muz, np. poezją lingwistyczną, może mając nadzieję, że wyprowadzi ich ona ze ślepego zaułku, do którego trafili. Równie dobrze jednak mogą to czynić w poczuciu beznadziei, jakby na ostatnim etapie artystycznego zesłania. Twórczość ta jest dla nieprzygotowanego odbiorcy tak elitarna, że nawet pracownicy bankowi, zapoznani z krętymi umowami finansowymi i regulaminami na trzydzieści stron małym drukiem, zerkając na tego rodzaju utwory znaleźliby pociechę, widząc, że istnieją jeszcze dalsze stadia bełkotu i mowy niezrozumiałej, niż ta, którą zajmują się w pracy.

Wytrwały, ale niewymagający tak wiele czytelnik poznaje więc coraz częściej utwory napisane dla kilku bliskich, dla przyjaciół, odnoszące się do prywatnych chwil złapanych w locie i uwiecznionych jak fotografie. W tej kategorii, umiejętnie i napisane z pomysłem, znajdują się utwory z Całej w piachu. Parę osób obecnych na tych literackich zdjęciach uśmiechnie się na ich widok i niekiedy, podczas wspólnej kolacji, odkurzy album, przejrzy i powspomina. Może jeszcze ich znajomi, obecni na kolacji, wysłuchają opowieści na ich temat. Pozostali z większym zainteresowaniem będą rozglądali się po stole za śliwkami i kompotem z gruszek.

*

Powyższe kilka myśli zrodzonych podczas lektury tomiku Suski nie stanowi odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie i wymagałaby może jeszcze innego spojrzenia. Istnieją stałe cechy świadczące o poziomie artysty i jakości jego pracy, przejawiające się we wszystkim, co tworzy, nieważne, czy to wiersz, czy list, czy sponsorowana recenzja książki. Miejsce i sposób publikacji nie ma oczywiście większego znaczenia. Niekiedy są to cechy trudne do ujęcia, zwłaszcza w poezji, która w większym stopniu polega na impresji, a zatem także na osobistym doświadczeniu czytelnika i jego wrażliwości.

Mała bohaterka wierszy Suski mówi: „byłam żółtym listkiem, kiedy mnie nie było?” oraz „na moich oczach umarły dwa pokolenia liści”. Słowa te stanowią liryczny odpowiednik jednego z ulubionych porównań Homera. Homer pozostaje jednak bezstronny, a pozory świata, który stworzył, podaje jako fakt do obserwacji. Rytm odradzania się i umierania przyrody w poezji osobistej, którą Suska reprezentuje, jest natomiast o tyle nacechowany osobowością jej bohaterów, że przypomina nam, ileż światów i rozmaitych nastrojów istnieje osobno i w ukryciu na zawsze w umysłach ludzi, których mijamy na ulicy.

Spoglądam za okno pokoiku, do którego niedawno się wprowadziłem. Widzę z niego na wprost korony kilku drzew. Zimą wszystkie one ogołocone z liści wystawiały swoje rozczapierzone badyle i czekały na odrodzenie. O śmierci jednego z nich przekonałem się dopiero wtedy, gdy nadeszła wiosna, a ono nie zakwitło. Pozostałe szczęśliwie zazieleniły się, ich liściasta czupryna już szumi na wietrze, a po deszczu jej zieleń staje się głęboka i piękna. A jednak, pod koniec kwietnia zauważyłem, że i na niektórych gałęziach martwego drzewa z rzadka zakwitają liście. Wystawia ono swoją zielonkawą łysinę jak stary pies przed domem, podający słońcu pysk do wygrzania. Łaskawi są nieśmiertelni bogowie, że pozwolili tej roślinie jeszcze jeden raz doświadczyć wiosny, która szczęśliwie nie cierpi na artystyczne dylematy, refleksje i melancholię, i której nie stworzył żaden poeta.