niedziela, 9 grudnia 2012

Mistrzostwa Polski w go w Katowicach

Od 29 listopada do 2 grudnia bieżącego roku odbywały się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach Mistrzostwa Polski w go. Zwyciężył Stanisław Frejlak nie będąc pokonanym nawet jeden raz w siedmiorundowym turnieju. Bilans ten sam, jaki osiągnął w tym roku na mistrzostwach do lat 24 w Bielsku, o których niedawno pisałem. Relacja Janka Baranka oraz zdjęcia z niej znajdują się na polskiej stronie go.

W sobotę wieczorem miałem okazję obserwować jedną grę Siasia i Fisza (Kamila Chwedyny), w zasadzie jej drugą połowę, na żywo. Siasio był już w byo-yomi. Sytuacja na desce była trudna, wydaje mi się, że była to jedyna gra, którą tak naprawdę powinien był przegrać, gdyby nie łaskawość przeciwnika, a mówiąc wprost jego chciwość i ambicje zabicia jeszcze większej grupy kamieni. Ostatecznie grę, która niedawno zdawała się być wygraną, Fisz musiał poddać. Nie tylko sama sytuacja na desce była ciekawa, ale też sposób, w jaki gracze grali mając do dyspozycji już tylko doliczony, jednominutowy czas namysłu na każdy kamień. Spokojnie liczyli, po kamień z gosu sięgając dopiero wtedy, gdy zegar oznajmiał im, że pozostało pięć sekund. Wyjmowali kamień i kładli go na gobanie, nieśpiesznie przenosili rękę nad zegar i przełączali czas przeciwnikowi. Spokój (na pewno pozorny, bo nad deską wyraźnie wyczuwało się bardzo napiętą atmosferę i wolę zwycięstwa obu graczy) bardzo rzucił mi się w oczy. Żeby rozgrywać byo-yomi w ten sposób, grając o taką stawkę, mając tak trudną sytuację na gobanie, trzeba mieć naprawdę dużo doświadczenia, nie wspominając już o odporności psychicznej. Jako bywalec goistycznych turniejów dopiero od tego roku może jeszcze mało widziałem, ale to, co zobaczyłem w grze Siasia i Fisza, było dla mnie czymś bardzo nowym i zaskakującym. Tym bardziej, że na turnieju towarzyszącym, w którym wziąłem udział, jak zresztą na każdym innym, byo yomi było moją zmorą. Właśnie w sobotę wieczorem, pięć minut przed tym, jak wszedłem do sali, gdzie trwał ich pojedynek, sam przegrałem "wygraną" partię w doliczonym czasie gry popełniając błędy, bo nie potrafiłem pohamować zdenerwowania.

Turniej towarzyszący rozpoczął się 1 grudnia, kiedy rozegraliśmy trzy rundy, zaś następnego dnia odbyły się ostatnie dwie. Stawiło się dwudziestu czterech graczy. Do dyspozycji mieliśmy godzinę czasu podstawowego i trzydziestosekundowe byo-yomi. Na pierwszą rundę sparowany zostałem z Pawłem Skibińskim 4 kyu. Przypominam sobie, że gdy znajomy gliwicki wrestler namówił mnie, w maju 2008, po raz pierwszy na wyjazd na turniej do Krakowa, w pierwszej rundzie trafił mi się tam tenże właśnie przeciwnik. Grę wtedy przegrałem, w ostatnim ruchu yose stawiając łańcuch kamieni w autoatari i tracąc dwudziestopunktowe prowadzenie. Nadszedł jednak czas zmian, oto wyszedłem z paprocańskiego lasu by palić i mordować i mścić się za dawne zniewagi. Wylosowałem czarne kamienie i rozpoczęliśmy grę. Pomimo błędu w fuseki udało mi się uzyskać lepszą pozycję, którą utrzymywałem dość długo. Zdarzały się wręcz chwile, w których dziwiłem się, że mój przeciwnik gra tak łagodnie, mając przecież gorszą sytuację. Najbardziej decydującą w utrwaleniu mojej pewności siebie była jego rezygnacja z ataku na najsłabszą grupę na desce, jaką posiadałem, którą po prostu wykorzystał do otoczenia terenu w centrum, dając mi bezpieczne życie. Uśpił tym moją czujność i już zdawało mi się, że gra jest moja, gdy zaskoczył mnie kontratakiem w lewym górnym rogu, przeżywając kamieniami w miejscu, które jeszcze niedawno uważałem za swoje terytorium. To niezwykłe, jak szybko i jak bardzo można człowiekowi popsuć humor. Wszystko to uczynił grając ryzykowne dla niego samego tenuki, a po tak niespodziewanym ciosie nie miałem wyjścia, jak zrekompensować straty w zaniedbanym przezeń miejscu. Kilkadziesiąt ruchów później jego kamyki miotały sie gdzieś w centrum, szukając oczu, a ja znów miałem dwudziestopunktowe prowadzenie. I wtedy, jak grom z nieba, tym straszliwszy, że byłem już od pewnego czasu w byo yomi, pojawiło się tesuji dające mojemu przeciwnikowi szansę na zbicie wielu moich centralnych kamieni. Nie mając jak grać o taką stawkę, musiałem oddać kilkanaście punktów i końcówka yose była już całkowitym chaosem. Nie miałem pojęcia, kto wygrywa, nie miałem czasu, by oszacować wynik, nie było też go, by grać yose rozumnie i z pomysłem. Gdy po podliczeniu okazało się, że wygrałem o 4.5 punkta, była to dla mnie ogromna ulga. Zapis części partii poniżej.





Drugą rundę zagrałem z Grzegorzem Sobańskim 5 kyu. Otrzymawszy ponownie czarne kamienie rozpocząłem grę fuseki, w którym coraz pewniej i pewniej się czuję. Bardzo szybko jednak wynikła walka w rogu, która nam obu odebrała ponad połowę czasu. Wyszedłem z niej na szczęście z równym wynikiem lokalnie, odrobinę lepszym zaś globalnie i, co najważniejsze, w sente, choć gdy bójka w narożniku się rozpoczynała, nie sądziłem, że uda mi się z niej wyjść cało. Wspomnę jeszcze, że mój wróg wszedł szybciej ode mnie w byo yomi, co rzadko mi sie zdarza. Jego yose było zresztą dość słabe i powiększałem stopniowo swoją przewagę, grając tenuki od kilku jego nazbyt małych punktowo ruchów. Prowadziłem znacznie, gdy udało mi się zabić jeszcze jego grupę i poddał przed liczeniem. Była to bardzo ciekawa i nie tak chaotyczna partia, jak poprzednia.





Trzecią rundę zagrałem z Dariuszem Bednarczykiem 3 kyu. Obaj nie mieliśmy żadnej porażki na swoim koncie i jeden z nas z tym bilansem miał kończyć pierwszy dzień turnieju. Gra okazała się być moją najbardziej zaciętą i wyrównaną partią tego dnia. Nad pierwszymi kilkudziesięcioma ruchami spędziłem całą godzinę, później już cały czas znosząc grę w byo yomi. Mój przeciwnik zachował znacznie więcej czasu i grał do początku yose w czasie podstawowym. Gdy wszedłem w byo yomi, gra wydawała mi się bardzo równa, wobec czego nie byłem w najlepszym humorze, ale właśnie wtedy mój przeciwnik popełnił ogromny błąd, tworząc grupę, którą nie miał dokąd uciekać. Po grze przyznał, że chciał zredukować moje potencjalne włości w centrum, ale obaj uznaliśmy, że gdyby redukował bardziej od zewnątrz, byłoby to właściwsze i utrzymało równy bieg partii. Od tego momentu miałem wiele okazji, by zagrać ruch, który dałby mi zwycięstwo, ale byo yomi wymuszało pośpieszne, ryzykowne zagrania i błędne decyzje. Grupa przeciwnika miotała się, raniąc inne swoje kamienie i w pewnym momencie była martwa nie tylko ona, ale też jeszcze jeden, znacznie większy łańcuch kamieni. Mimo to nie potrafiłem grać spokojnie, nerwy i zmęczenie graniem ponad połowy partii w byo dały znać o sobie i przegrałem o 12.5 punkta grę, która mogła być moim największym zwycięstwem.





Poza Dariuszem Bednarczykiem jedyną osobą z czołówki, która nie przegrała partii po sobocie, był Trepanator 4 kyu, znany już z tego bloga. Gdy w niedziele rano zostaliśmy ze sobą sparowani, wiedzieliśmy obaj, że czeka nas brutalna, wrestlerska wymiana ciosów po mordzie. Grając z Tomkiem zawsze wiem, że muszę walczyć do końca, że goban i to, co na nim widać, to tylko marny odblask tego, jak bardzo każdy z nas chce pokonać drugiego. Gdyby nam dano rapiery, na pewno nie walczylibyśmy tylko do pierwszej krwi. Śmiertelnego wroga trzeba zakłuć, ciało zaś zostawić sępom i psom bez pogrzebu, a kobietę sprzedać w niewolę za haniebną cenę. Te partie z pewnością nie są najpiękniejsze, na naszym poziomie nigdy nie będą, ale to pojedynki specjalne, które cenię najbardziej i przez rośnie moje przywiązanie do grania w go. Katowickie mordobicie wygrałem dość zdecydowanie, o 15.5 punkta. Poniżej zapis gry, w której, jak to zwykle przeciw Tomkowi, zacięta walka zaczęła się natychmiast w fuseki, a jej tempo i nasza wspólna niechęć do "odpuszczenia" przeciwnikowi nie pozwalały przez długi czas wrócić do zajęcia ostatniego wolnego rogu. Z wygranej cieszę się tym bardziej, że pierwszą naszą grę na turnieju przegrałem (we wrześniu 2011 w Gliwicach, przez poddanie). W obu partiach zagrałem białymi kamieniami.





Ostatnią rundę zagrałem z Wojtkiem Adamusem 5 kyu. Otrzymałem białe kamyki i tym razem zagrałem znacznie spokojniej, niż przeciw Tomkowi, decydując się wziąć małe, ale solidne terytoria i poczekać na okazję. A ta przyszła sama i to kilkakroć, bo Wojtek popełnił szereg błędów technicznych, które dały mu złe kształty, oraz jeden poważny - stworzył słabą grupę, którą mogłem gonić przez cały goban. Wygrałem przez poddanie.





W piątej rundzie Dariusz Bednarczyk został także pokonany i wszyscy trzej, razem z Tomkiem "Trepanatorem" Podolcem, kończyliśmy turniej z wynikiem 4/1. Po podliczeniu SOSu Dariusz zajął pierwsze, ja drugie, Tomek trzecie miejsce. Obaj z Tomkiem zostaliśmy też awansowani na 3 kyu. Pełne wyniki z obu turniejów, zarówno mistrzowskiego, jak i naszego wrestlerskiego, znajdują się na stronie Mistrzostw Polski.

Na zakończenie przedstawiam zanalizowaną (głównie przez Tomka) partię bardzo początkujących graczy: Krzysztofa Kosta, wytrwałego bywalca turniejów, który jak dotąd nie wygrał na nich jeszcze nawet jednej partii, oraz Tomka Kubaszka. Była to druga runda sobotniego turnieju towarzyszącego.





Brak komentarzy: