wtorek, 18 grudnia 2012

Goistyczne peregrynacje Tomasza P

Dzięki uprzejmości Cadracha umieszczam tu swój spóźniony już nieco wpis gościnny, traktujacy o ostatnich katowickich bojach z mojej perspektywy. 

 Aura turniejowa się już rozwiała, euforia zwycięstw minęła a gorycz z tytułu porażek zanikła. Pora zatem sine ira et studio skrobnąć słów kilka o dość krwiożerczych zmaganiach na deskach jakich i ja byłem uczestnikiem. Zanim może o grach dwa słowa o samych turnieju.

 Toczyły swe zmagania dwie grupy. Pierwsza - grupa mistrzowska, była to ośmioosobowa sekcja siłaczy, walczących o tytuł Mistrza Polski. Mieli oni odosobnioną salę, aby w ciszy i spokoju prać się wzajem jak na solidnie wyedukowanych wrestlerów przystało. Grupa druga, którą nazwać by można uczniowską, tudzież partacką lub piwniczną była zborem 24 bodajże wrestlerów w siłach od 20 kyu do 1 kyu. Był to więc pełen przekrój przez stopnie uczniowskie właśnie. Danowców ci u nas zabrakło, bez szkody zresztą, łatwiej o podium było. Było łatwiej, ale nie łatwo. Co tu gadać po próżnicy - o mięsie właściwym czas zacząć a więc o grach i graczach.

 Pierwszą turniejową partię wypadło mi zagrać z Markiem Rojewskim, 4 kyu. Gracz ów swe 4 kyu uzyskał przedturniejowym awansem i przykro to mówić, ale był to w mej okrutnej ocenie zawyżony awans o dwa stopnie. Dlaczego zapytacie? Otóż jak zobaczycie w poniższym zapisie partii Marek popełnił błąd w dwóch sekwencjach joseki co miało fatalne dlań skutki. Już pierwsze zwarcie doprowadziło do sytuacji w której wasz uniżony raportujący uzyskał i ścianę i róg i sporo punktów i siły na centrum mnogość. Sprawiedliwość jednak oddać należy memu przeciwnikowi, albowiem pomimo dramatycznego obrotu sprawy już na starcie, nie poddał się on i nadal zamierzał walczyć. Duch walki go nie opuszczał, co chwalić należy, bo zacny to wojownik, który nie poddaje się zbyt łatwo! Podczas gdy przeciwnik głowił się jak wykaraskać się z ciężkiej kabały ja spokojnie dopijałem yerba mate, zakąszając waflem tudzież ciastkiem i będąc absolutnie spokojnym o wynik partii. Bezstresowo dobijałem przeciwnika biorąc gigantyczne centrum, oddając nawet spory róg. Pomimo uwag Krzysztofa Urtnowskiego 1 kyu próbującego po partii przekonać mnie, że jednak oddanie rogu w pewnym momencie nie było optymalnym wyborem, to stwierdzam, że nic nie mogło odmienić już wyniku gry. Oddanie 30 punktów w zamian za sto w centrum było dla mnie czymś oczywistym. Finiszem partii, już nie ujętym w poniższym zapisie było przejęcie przez piszącego te słowa całej górnej bandy oraz postawienie kropki nad "i" zabijając jeden biały róg. Spokój i łatwość tyle pamiętam z tej partii. 







 Druga gra zapowiadała się na trudny bój i pewną moją przegraną, grałem bowiem z przeciwnikiem nominalnie silniejszym o dwa stopnie (Marcin Sokół 2 kyu) co nie wróżyło dobrze. Start miałem co się zowie. Moja zła ocena sytuacji na bandzie dała przeciwnikowi możliwość cięcia moich kluczowych kamieni na zewnątrz. Wiedziałem, że tracę sporo, ale byłem uparty, i czułem że nie jest tak tragicznie. To znaczy, po prawdzie było tragicznie, ale ja widziałem szanse na wykorzystanie złapanych przez wroga kamieni. Wiedziałem gdzie i po co brnę. To ważne, moi mili, nawet jak toniecie mieć przekonanie, że tylko nurkujecie do z góry zaplanowanego celu. Spore dawki yerba mate utrzymywały mnie w spokoju i w stanie koncentracji przewyższającej  dopuszczalne normy. Stałem się wręcz niebezpiecznie uważny i otworzyłem w sobie głębinowe pokłady cierpliwości. Osiem złapanych przez przeciwnika kamieni... teoretycznie nie dawało zbyt wiele przeciwnikowi albowiem miałem możność je nadal wykorzystać i zmuszać przeciwnika do ich dobijania. Strata kamieni usunęła jednak podstawowy element gry z planszy - słabą grupę przeciwnika... Miał on jeno silne kobyszczę na planszy z którym kopać się to jak z koniem. Nic nie mogłem zrobić temu bydlęciu co tylko złośliwie się szczerzyło z deski. Wytraciło mi to z ręki wszelkie asy i postawiła na głowie cały plan jaki miałem lub jaki mógłbym mieć na grę. Na żadne plany czasu już nie miałem. Miałem dwie słabe grupy w centrum czekające katowskiego cięcia. Jednakże! Niezbadane są wyroki losu! Miękkość charakteru przeciwnika wyczuć się dało w kilku miejscach. Pewność siebie przysłoniła mu oczy i nie widział pewnie potrzeby drastycznych posunięć. A to błąd i to spory. W momencie gdy zagrał zdecydowanie za miękko, przeprowadziłem kontratak, następnie idąc za ciosem pokarałem chciwość i odcinając kluczowe dla całej gry kamienie wyciągnąłem ostatecznie grę na kilkanaście punktów dla mnie. Przez całą grę, po dość feralnym starcie, byłem ostro skoncentrowany i grałem bez zbędnych emocji. Zimno kalkulowałem i czekałem na to jedno warte eksploatacji potknięcie przeciwnika. Wygrana w tej grze była wygraną partacza, który zmęczył przeciwnika swoim cierpliwym uporem. Nie mam wątpliwości co do umiejętności Marcina - jest silniejszy, zwłaszcza widać było to w yose, gdzie ja popełniałem błąd za błędem a on wyciągał ile się tylko dało z moich kalekich pozycji. Jednak straty jakie poniósł wcześniej były za duże i jedyne co mógł to redukować moją przewagę z dwudziestu kilku punktów do kilkunastu. Gdyby w kluczowym momencie nie spartaczył przez wspomnianą już miękkość paru zagrań jak i nie okazał chciwości to wynik byłby wcale odwrotny. Kilkanaście punktów do przodu z przeciwnikiem silniejszym o dwa stopnie sprawiły, że poczułem napływ niebezpiecznego optymizmu.







 Partia trzecia z jakże dobrze mi znajomym Łukaszem Olesiem zwanym Salmonem. Tym razem nie chciałem dzikiej walki i okładania się cepami od początku. Miałem zamiar spokojnie rozegrać grę na modłę Cadrachową, czyli spokojnie do yose a potem wybierać punkty na łatwe zwycięstwo. Nic z tych rzeczy. Gdybym choć trochę pomyślał i wspomniał poprzednie moje gry z Salmonem, wiedziałbym że tak się nie da, nie w przypadku nas dwóch. Każda, ale to każda nasza gra zamieniała się w młóckę, rzeźnię i mordownię jakich nie pamiętam z kimkolwiek innym. To że akurat przez przypadek bilans gier pomiędzy nami jest znacząco dobry dla mnie niewiele znaczy. Po prostu - moje granie z Łukaszem to zawsze była i będzie show amerykańskich wrestlerów albo coś na kształt finałowych walk Rocky'ego Balboa. Krew, pot i łzy i trupy na planszy. Ale wróćmy do gry. Rozentuzjazmowany wygraną z 2kyu zagrałem najgłupsze otwarcie w całym turnieju, dając czarnemu na starcie 35 punktów w terenie i trupach. Coś wyłączyło mi się w mózgu, przestałem czytać, zagrałem kilkanaście ruchów "na pałę" i ocknąłem się gdy gra była praktycznie do poddania już po fuseki. Powtórka a rebour mojej partii z Markiem Rojewskim. Ocknąwszy się, wziąłem oddech, skumulowałem całą mi dostępną energię psychiczną i zaatakowałem... Tengen. Tak jest, ten atak na tengen jaki widać w zapisie gry okazał się mieć zdumiewające działanie. Przeciwnik doznał bodajże szoku, i dalszy zapis pokazuje jakie nieprawdopodobne zagrania zaczęły mi bezczelnie wychodzić. Nie potrafię powiedzieć jakim cudem, ale jednak moja determinacja rozjuszonego buhaja przestraszyła matadora grającego czarnymi i popełniając błąd za błędem dał się pozabijać na sporej części planszy. Ta partia mnie otrzeźwiła i przypomniała mi dlaczego gram w turnieju piwnicznym, pośród podobnych mi wrestlerów. Po prostu - jestem partaczem i liga piwniczna będzie zawsze mym domem.







 Dzień drugi turnieju rozpoczęty bojem z Cadrachem. Co tu pisać. Przegrałem. Cuda się nie zdarzyły. Uwag do samej gry wielu nie mam. Jest ich kilka w samym zapisie gry, ale skromnie jedynie, nie miałem na to sił. Za to podzielę się kilkoma uwagami z tak zwanej fenomenologii porażki, tego wewnętrznego fermentu jaki się nam objawia gdy dostaniemy po swej, pardon, mademoiselle and messier, szacownej dupie.
Dziwnie zmienne zdaje się być postrzeganie gry i własnych umiejętności w zależności od wygranej lub przegranej partii. Mając za sobą wygraną rozgrywkę z przeciwnikiem o teoretycznie "większej mocy" od nas, okazuje się, że uczucie rozumienia gry jest większe niżeli po partii sromotnie przegranej. Czas po zwycięstwie to jakby ktoś ściągnął zasłonę z planszy, jasno i wyraźnie widzimy prostotę gry, jej logikę, rozumiemy flow of the game czy direction of play, gdzie kto popełnił błąd, gdzie nastąpił przełom i mamy to uczucie kontroli gry. To najbardziej intrygujący aspekt go - poczucie kontroli gry. Nie ślepe miotanie się, nie bezrozumne skakanie po planszy ale poczucie racjonalności swoich działań i swoistego determinizmu spod którego przeciwnik wyrwać się nie może bez szkody dla siebie samego. Wygrana gra daje wrażenie czystości i łatwości, emfatycznie mówiąc "dodaje skrzydeł". Ale niech nastąpi taka przegrana, która ukruszy "beton" miłości własnej i "ja" niech zostanie zmuszone  do pokornego wypowiedzenia "poddaję się", albo niech będzie zgruchotane dwucyfrowym wynikiem na korzyść przeciwnika. O, wtedy to wszystko rozsypuje się jak domek z kart; cała nasza wiedza, całe rozumienie jest jakby w strzępach. Dotychczas skuteczne techniki stosowane do rozwiązywania Problemu (czyli partii go jako całości) okazały się nieskuteczne, zostaliśmy obrabowani z kognitywnej pewności co do swoich umiejętności i swojej wiedzy. I nic to takiego jeżeli i tak nie mamy wiary co do własnych umiejętności - zamęt po grze w takim razie pozostaje zamętem, kolejna przegrana wiele nie zmienia. Ale kiedy pewne elementy gry są dla nas jasne, a i przekonani jesteśmy o jakimś poziomie posiadanych umiejętności, wtedy poznawczy dysonans pomiędzy naszymi przekonaniami a obrazem gry jest szczególnie odczuwalny. Krótko mówiąc - Duch nasz jęczy w męczarniach gdybologii, udręka próżnego roztrząsania niezrealizowanych szans gniecie i odbiera sen, pozostaje jedynie marzenie o rewanżu. To tyle uwag pokonanego, a poniżej zapis części gry. (Zapis dubluje niejako to, co i Cadrach umieścił, tu w zapisie zamieściłem kilka moich uwag, jest tu także błąd w jednym shimari białego ale o tym sza).







 Ostatnia partia turnieju, przeciwnikiem był Paweł Skibiński 4 kyu. Tym razem poczułem presję. Przegrana to dalsze kiblowanie w klasie 4kyu, wygrana dawała złudzenie, że może i na awansik człowiek uzbiera. I choć rację ma Cadrach pisząc mi po turnieju, że nie gra się rankingiem i awans taki nic nie wart, to moja słodka próżność wymagała pielęgnacji. I co tu pisać, zależało mi na odegraniu się po wcześniejszej przegranej. Grę tę najmniej pamiętam, była najbardziej skomplikowaną pod względem tego co obaj wyrabialiśmy w chubanie i yose. Pomimo dobrego startu dla mnie, kiedy to przeciwnik dał się i pociąć, i następnie w walce pomylił się, dając mi złapać kilka dodatkowych kamieni i otoczyć sporo punktów, była to męcząca gra. O tak, lekkiej gry nie miałem. Parokrotnie czułem, że właśnie partaczę wygraną, że jestem o włos od przegrania dobrej dla mnie partii. Przeżyłem ciężkie chwile kiedy przeciwnik zignorował moje "stuprocentowe sente" i zostawiwszy słabość w swoich szeregach zdecydował się redukować moje główne terytorium. Bolało. A mogłem spokojne zabudować wjazd, spokojnie zostawić to "stuprocentowe sente" na później, a tu taki cios poniżej pasa. Już nie byłem pewien wygranej, już nie wiedziałem ile tracę ja, ile on, podczas gdy sobie wzajem wyrywaliśmy ostatnie ochłapy punktowe na planszy. Było nerwowo. Paweł powoli wyżerał kolejne punkty mojego terenu, odbijał dawno utraconych towarzyszy i bezwstydnie brał punkty w MOIM centrum! Nic nie mogłem poradzić, wszędzie złe aji poczynało wychylać swą parszywą facjatę. Uratowało mnie chyba zmęczenie przeciwnika i to moje "stuprocentowe sente"... Owszem, odebrał mi sporo z tego co nagrabiłem wcześniej, jednak nie pozostałem dłużny i bezczelnie przeżyłem kosztem całego jego rogu. To była spora strata w punktach dla czarnego i właściwie ta, która zdecydowała o moim zwycięstwie.





Kolejna gra zatem wygrana nie błyskotliwymi zagraniami a ciężką wrestlerską młócką 3 kategorii. Cóż wygrana to wygrana, punkciki trafiły na konto. Awans na 3 kyu jest. Ale partactwo pozostało partactwem. Do zobaczenia na następnym turnieju.

Brak komentarzy: