wtorek, 18 grudnia 2012

Goistyczne peregrynacje Tomasza P

Dzięki uprzejmości Cadracha umieszczam tu swój spóźniony już nieco wpis gościnny, traktujacy o ostatnich katowickich bojach z mojej perspektywy. 

 Aura turniejowa się już rozwiała, euforia zwycięstw minęła a gorycz z tytułu porażek zanikła. Pora zatem sine ira et studio skrobnąć słów kilka o dość krwiożerczych zmaganiach na deskach jakich i ja byłem uczestnikiem. Zanim może o grach dwa słowa o samych turnieju.

 Toczyły swe zmagania dwie grupy. Pierwsza - grupa mistrzowska, była to ośmioosobowa sekcja siłaczy, walczących o tytuł Mistrza Polski. Mieli oni odosobnioną salę, aby w ciszy i spokoju prać się wzajem jak na solidnie wyedukowanych wrestlerów przystało. Grupa druga, którą nazwać by można uczniowską, tudzież partacką lub piwniczną była zborem 24 bodajże wrestlerów w siłach od 20 kyu do 1 kyu. Był to więc pełen przekrój przez stopnie uczniowskie właśnie. Danowców ci u nas zabrakło, bez szkody zresztą, łatwiej o podium było. Było łatwiej, ale nie łatwo. Co tu gadać po próżnicy - o mięsie właściwym czas zacząć a więc o grach i graczach.

 Pierwszą turniejową partię wypadło mi zagrać z Markiem Rojewskim, 4 kyu. Gracz ów swe 4 kyu uzyskał przedturniejowym awansem i przykro to mówić, ale był to w mej okrutnej ocenie zawyżony awans o dwa stopnie. Dlaczego zapytacie? Otóż jak zobaczycie w poniższym zapisie partii Marek popełnił błąd w dwóch sekwencjach joseki co miało fatalne dlań skutki. Już pierwsze zwarcie doprowadziło do sytuacji w której wasz uniżony raportujący uzyskał i ścianę i róg i sporo punktów i siły na centrum mnogość. Sprawiedliwość jednak oddać należy memu przeciwnikowi, albowiem pomimo dramatycznego obrotu sprawy już na starcie, nie poddał się on i nadal zamierzał walczyć. Duch walki go nie opuszczał, co chwalić należy, bo zacny to wojownik, który nie poddaje się zbyt łatwo! Podczas gdy przeciwnik głowił się jak wykaraskać się z ciężkiej kabały ja spokojnie dopijałem yerba mate, zakąszając waflem tudzież ciastkiem i będąc absolutnie spokojnym o wynik partii. Bezstresowo dobijałem przeciwnika biorąc gigantyczne centrum, oddając nawet spory róg. Pomimo uwag Krzysztofa Urtnowskiego 1 kyu próbującego po partii przekonać mnie, że jednak oddanie rogu w pewnym momencie nie było optymalnym wyborem, to stwierdzam, że nic nie mogło odmienić już wyniku gry. Oddanie 30 punktów w zamian za sto w centrum było dla mnie czymś oczywistym. Finiszem partii, już nie ujętym w poniższym zapisie było przejęcie przez piszącego te słowa całej górnej bandy oraz postawienie kropki nad "i" zabijając jeden biały róg. Spokój i łatwość tyle pamiętam z tej partii. 







 Druga gra zapowiadała się na trudny bój i pewną moją przegraną, grałem bowiem z przeciwnikiem nominalnie silniejszym o dwa stopnie (Marcin Sokół 2 kyu) co nie wróżyło dobrze. Start miałem co się zowie. Moja zła ocena sytuacji na bandzie dała przeciwnikowi możliwość cięcia moich kluczowych kamieni na zewnątrz. Wiedziałem, że tracę sporo, ale byłem uparty, i czułem że nie jest tak tragicznie. To znaczy, po prawdzie było tragicznie, ale ja widziałem szanse na wykorzystanie złapanych przez wroga kamieni. Wiedziałem gdzie i po co brnę. To ważne, moi mili, nawet jak toniecie mieć przekonanie, że tylko nurkujecie do z góry zaplanowanego celu. Spore dawki yerba mate utrzymywały mnie w spokoju i w stanie koncentracji przewyższającej  dopuszczalne normy. Stałem się wręcz niebezpiecznie uważny i otworzyłem w sobie głębinowe pokłady cierpliwości. Osiem złapanych przez przeciwnika kamieni... teoretycznie nie dawało zbyt wiele przeciwnikowi albowiem miałem możność je nadal wykorzystać i zmuszać przeciwnika do ich dobijania. Strata kamieni usunęła jednak podstawowy element gry z planszy - słabą grupę przeciwnika... Miał on jeno silne kobyszczę na planszy z którym kopać się to jak z koniem. Nic nie mogłem zrobić temu bydlęciu co tylko złośliwie się szczerzyło z deski. Wytraciło mi to z ręki wszelkie asy i postawiła na głowie cały plan jaki miałem lub jaki mógłbym mieć na grę. Na żadne plany czasu już nie miałem. Miałem dwie słabe grupy w centrum czekające katowskiego cięcia. Jednakże! Niezbadane są wyroki losu! Miękkość charakteru przeciwnika wyczuć się dało w kilku miejscach. Pewność siebie przysłoniła mu oczy i nie widział pewnie potrzeby drastycznych posunięć. A to błąd i to spory. W momencie gdy zagrał zdecydowanie za miękko, przeprowadziłem kontratak, następnie idąc za ciosem pokarałem chciwość i odcinając kluczowe dla całej gry kamienie wyciągnąłem ostatecznie grę na kilkanaście punktów dla mnie. Przez całą grę, po dość feralnym starcie, byłem ostro skoncentrowany i grałem bez zbędnych emocji. Zimno kalkulowałem i czekałem na to jedno warte eksploatacji potknięcie przeciwnika. Wygrana w tej grze była wygraną partacza, który zmęczył przeciwnika swoim cierpliwym uporem. Nie mam wątpliwości co do umiejętności Marcina - jest silniejszy, zwłaszcza widać było to w yose, gdzie ja popełniałem błąd za błędem a on wyciągał ile się tylko dało z moich kalekich pozycji. Jednak straty jakie poniósł wcześniej były za duże i jedyne co mógł to redukować moją przewagę z dwudziestu kilku punktów do kilkunastu. Gdyby w kluczowym momencie nie spartaczył przez wspomnianą już miękkość paru zagrań jak i nie okazał chciwości to wynik byłby wcale odwrotny. Kilkanaście punktów do przodu z przeciwnikiem silniejszym o dwa stopnie sprawiły, że poczułem napływ niebezpiecznego optymizmu.







 Partia trzecia z jakże dobrze mi znajomym Łukaszem Olesiem zwanym Salmonem. Tym razem nie chciałem dzikiej walki i okładania się cepami od początku. Miałem zamiar spokojnie rozegrać grę na modłę Cadrachową, czyli spokojnie do yose a potem wybierać punkty na łatwe zwycięstwo. Nic z tych rzeczy. Gdybym choć trochę pomyślał i wspomniał poprzednie moje gry z Salmonem, wiedziałbym że tak się nie da, nie w przypadku nas dwóch. Każda, ale to każda nasza gra zamieniała się w młóckę, rzeźnię i mordownię jakich nie pamiętam z kimkolwiek innym. To że akurat przez przypadek bilans gier pomiędzy nami jest znacząco dobry dla mnie niewiele znaczy. Po prostu - moje granie z Łukaszem to zawsze była i będzie show amerykańskich wrestlerów albo coś na kształt finałowych walk Rocky'ego Balboa. Krew, pot i łzy i trupy na planszy. Ale wróćmy do gry. Rozentuzjazmowany wygraną z 2kyu zagrałem najgłupsze otwarcie w całym turnieju, dając czarnemu na starcie 35 punktów w terenie i trupach. Coś wyłączyło mi się w mózgu, przestałem czytać, zagrałem kilkanaście ruchów "na pałę" i ocknąłem się gdy gra była praktycznie do poddania już po fuseki. Powtórka a rebour mojej partii z Markiem Rojewskim. Ocknąwszy się, wziąłem oddech, skumulowałem całą mi dostępną energię psychiczną i zaatakowałem... Tengen. Tak jest, ten atak na tengen jaki widać w zapisie gry okazał się mieć zdumiewające działanie. Przeciwnik doznał bodajże szoku, i dalszy zapis pokazuje jakie nieprawdopodobne zagrania zaczęły mi bezczelnie wychodzić. Nie potrafię powiedzieć jakim cudem, ale jednak moja determinacja rozjuszonego buhaja przestraszyła matadora grającego czarnymi i popełniając błąd za błędem dał się pozabijać na sporej części planszy. Ta partia mnie otrzeźwiła i przypomniała mi dlaczego gram w turnieju piwnicznym, pośród podobnych mi wrestlerów. Po prostu - jestem partaczem i liga piwniczna będzie zawsze mym domem.







 Dzień drugi turnieju rozpoczęty bojem z Cadrachem. Co tu pisać. Przegrałem. Cuda się nie zdarzyły. Uwag do samej gry wielu nie mam. Jest ich kilka w samym zapisie gry, ale skromnie jedynie, nie miałem na to sił. Za to podzielę się kilkoma uwagami z tak zwanej fenomenologii porażki, tego wewnętrznego fermentu jaki się nam objawia gdy dostaniemy po swej, pardon, mademoiselle and messier, szacownej dupie.
Dziwnie zmienne zdaje się być postrzeganie gry i własnych umiejętności w zależności od wygranej lub przegranej partii. Mając za sobą wygraną rozgrywkę z przeciwnikiem o teoretycznie "większej mocy" od nas, okazuje się, że uczucie rozumienia gry jest większe niżeli po partii sromotnie przegranej. Czas po zwycięstwie to jakby ktoś ściągnął zasłonę z planszy, jasno i wyraźnie widzimy prostotę gry, jej logikę, rozumiemy flow of the game czy direction of play, gdzie kto popełnił błąd, gdzie nastąpił przełom i mamy to uczucie kontroli gry. To najbardziej intrygujący aspekt go - poczucie kontroli gry. Nie ślepe miotanie się, nie bezrozumne skakanie po planszy ale poczucie racjonalności swoich działań i swoistego determinizmu spod którego przeciwnik wyrwać się nie może bez szkody dla siebie samego. Wygrana gra daje wrażenie czystości i łatwości, emfatycznie mówiąc "dodaje skrzydeł". Ale niech nastąpi taka przegrana, która ukruszy "beton" miłości własnej i "ja" niech zostanie zmuszone  do pokornego wypowiedzenia "poddaję się", albo niech będzie zgruchotane dwucyfrowym wynikiem na korzyść przeciwnika. O, wtedy to wszystko rozsypuje się jak domek z kart; cała nasza wiedza, całe rozumienie jest jakby w strzępach. Dotychczas skuteczne techniki stosowane do rozwiązywania Problemu (czyli partii go jako całości) okazały się nieskuteczne, zostaliśmy obrabowani z kognitywnej pewności co do swoich umiejętności i swojej wiedzy. I nic to takiego jeżeli i tak nie mamy wiary co do własnych umiejętności - zamęt po grze w takim razie pozostaje zamętem, kolejna przegrana wiele nie zmienia. Ale kiedy pewne elementy gry są dla nas jasne, a i przekonani jesteśmy o jakimś poziomie posiadanych umiejętności, wtedy poznawczy dysonans pomiędzy naszymi przekonaniami a obrazem gry jest szczególnie odczuwalny. Krótko mówiąc - Duch nasz jęczy w męczarniach gdybologii, udręka próżnego roztrząsania niezrealizowanych szans gniecie i odbiera sen, pozostaje jedynie marzenie o rewanżu. To tyle uwag pokonanego, a poniżej zapis części gry. (Zapis dubluje niejako to, co i Cadrach umieścił, tu w zapisie zamieściłem kilka moich uwag, jest tu także błąd w jednym shimari białego ale o tym sza).







 Ostatnia partia turnieju, przeciwnikiem był Paweł Skibiński 4 kyu. Tym razem poczułem presję. Przegrana to dalsze kiblowanie w klasie 4kyu, wygrana dawała złudzenie, że może i na awansik człowiek uzbiera. I choć rację ma Cadrach pisząc mi po turnieju, że nie gra się rankingiem i awans taki nic nie wart, to moja słodka próżność wymagała pielęgnacji. I co tu pisać, zależało mi na odegraniu się po wcześniejszej przegranej. Grę tę najmniej pamiętam, była najbardziej skomplikowaną pod względem tego co obaj wyrabialiśmy w chubanie i yose. Pomimo dobrego startu dla mnie, kiedy to przeciwnik dał się i pociąć, i następnie w walce pomylił się, dając mi złapać kilka dodatkowych kamieni i otoczyć sporo punktów, była to męcząca gra. O tak, lekkiej gry nie miałem. Parokrotnie czułem, że właśnie partaczę wygraną, że jestem o włos od przegrania dobrej dla mnie partii. Przeżyłem ciężkie chwile kiedy przeciwnik zignorował moje "stuprocentowe sente" i zostawiwszy słabość w swoich szeregach zdecydował się redukować moje główne terytorium. Bolało. A mogłem spokojne zabudować wjazd, spokojnie zostawić to "stuprocentowe sente" na później, a tu taki cios poniżej pasa. Już nie byłem pewien wygranej, już nie wiedziałem ile tracę ja, ile on, podczas gdy sobie wzajem wyrywaliśmy ostatnie ochłapy punktowe na planszy. Było nerwowo. Paweł powoli wyżerał kolejne punkty mojego terenu, odbijał dawno utraconych towarzyszy i bezwstydnie brał punkty w MOIM centrum! Nic nie mogłem poradzić, wszędzie złe aji poczynało wychylać swą parszywą facjatę. Uratowało mnie chyba zmęczenie przeciwnika i to moje "stuprocentowe sente"... Owszem, odebrał mi sporo z tego co nagrabiłem wcześniej, jednak nie pozostałem dłużny i bezczelnie przeżyłem kosztem całego jego rogu. To była spora strata w punktach dla czarnego i właściwie ta, która zdecydowała o moim zwycięstwie.





Kolejna gra zatem wygrana nie błyskotliwymi zagraniami a ciężką wrestlerską młócką 3 kategorii. Cóż wygrana to wygrana, punkciki trafiły na konto. Awans na 3 kyu jest. Ale partactwo pozostało partactwem. Do zobaczenia na następnym turnieju.

niedziela, 9 grudnia 2012

Mistrzostwa Polski w go w Katowicach

Od 29 listopada do 2 grudnia bieżącego roku odbywały się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach Mistrzostwa Polski w go. Zwyciężył Stanisław Frejlak nie będąc pokonanym nawet jeden raz w siedmiorundowym turnieju. Bilans ten sam, jaki osiągnął w tym roku na mistrzostwach do lat 24 w Bielsku, o których niedawno pisałem. Relacja Janka Baranka oraz zdjęcia z niej znajdują się na polskiej stronie go.

W sobotę wieczorem miałem okazję obserwować jedną grę Siasia i Fisza (Kamila Chwedyny), w zasadzie jej drugą połowę, na żywo. Siasio był już w byo-yomi. Sytuacja na desce była trudna, wydaje mi się, że była to jedyna gra, którą tak naprawdę powinien był przegrać, gdyby nie łaskawość przeciwnika, a mówiąc wprost jego chciwość i ambicje zabicia jeszcze większej grupy kamieni. Ostatecznie grę, która niedawno zdawała się być wygraną, Fisz musiał poddać. Nie tylko sama sytuacja na desce była ciekawa, ale też sposób, w jaki gracze grali mając do dyspozycji już tylko doliczony, jednominutowy czas namysłu na każdy kamień. Spokojnie liczyli, po kamień z gosu sięgając dopiero wtedy, gdy zegar oznajmiał im, że pozostało pięć sekund. Wyjmowali kamień i kładli go na gobanie, nieśpiesznie przenosili rękę nad zegar i przełączali czas przeciwnikowi. Spokój (na pewno pozorny, bo nad deską wyraźnie wyczuwało się bardzo napiętą atmosferę i wolę zwycięstwa obu graczy) bardzo rzucił mi się w oczy. Żeby rozgrywać byo-yomi w ten sposób, grając o taką stawkę, mając tak trudną sytuację na gobanie, trzeba mieć naprawdę dużo doświadczenia, nie wspominając już o odporności psychicznej. Jako bywalec goistycznych turniejów dopiero od tego roku może jeszcze mało widziałem, ale to, co zobaczyłem w grze Siasia i Fisza, było dla mnie czymś bardzo nowym i zaskakującym. Tym bardziej, że na turnieju towarzyszącym, w którym wziąłem udział, jak zresztą na każdym innym, byo yomi było moją zmorą. Właśnie w sobotę wieczorem, pięć minut przed tym, jak wszedłem do sali, gdzie trwał ich pojedynek, sam przegrałem "wygraną" partię w doliczonym czasie gry popełniając błędy, bo nie potrafiłem pohamować zdenerwowania.

Turniej towarzyszący rozpoczął się 1 grudnia, kiedy rozegraliśmy trzy rundy, zaś następnego dnia odbyły się ostatnie dwie. Stawiło się dwudziestu czterech graczy. Do dyspozycji mieliśmy godzinę czasu podstawowego i trzydziestosekundowe byo-yomi. Na pierwszą rundę sparowany zostałem z Pawłem Skibińskim 4 kyu. Przypominam sobie, że gdy znajomy gliwicki wrestler namówił mnie, w maju 2008, po raz pierwszy na wyjazd na turniej do Krakowa, w pierwszej rundzie trafił mi się tam tenże właśnie przeciwnik. Grę wtedy przegrałem, w ostatnim ruchu yose stawiając łańcuch kamieni w autoatari i tracąc dwudziestopunktowe prowadzenie. Nadszedł jednak czas zmian, oto wyszedłem z paprocańskiego lasu by palić i mordować i mścić się za dawne zniewagi. Wylosowałem czarne kamienie i rozpoczęliśmy grę. Pomimo błędu w fuseki udało mi się uzyskać lepszą pozycję, którą utrzymywałem dość długo. Zdarzały się wręcz chwile, w których dziwiłem się, że mój przeciwnik gra tak łagodnie, mając przecież gorszą sytuację. Najbardziej decydującą w utrwaleniu mojej pewności siebie była jego rezygnacja z ataku na najsłabszą grupę na desce, jaką posiadałem, którą po prostu wykorzystał do otoczenia terenu w centrum, dając mi bezpieczne życie. Uśpił tym moją czujność i już zdawało mi się, że gra jest moja, gdy zaskoczył mnie kontratakiem w lewym górnym rogu, przeżywając kamieniami w miejscu, które jeszcze niedawno uważałem za swoje terytorium. To niezwykłe, jak szybko i jak bardzo można człowiekowi popsuć humor. Wszystko to uczynił grając ryzykowne dla niego samego tenuki, a po tak niespodziewanym ciosie nie miałem wyjścia, jak zrekompensować straty w zaniedbanym przezeń miejscu. Kilkadziesiąt ruchów później jego kamyki miotały sie gdzieś w centrum, szukając oczu, a ja znów miałem dwudziestopunktowe prowadzenie. I wtedy, jak grom z nieba, tym straszliwszy, że byłem już od pewnego czasu w byo yomi, pojawiło się tesuji dające mojemu przeciwnikowi szansę na zbicie wielu moich centralnych kamieni. Nie mając jak grać o taką stawkę, musiałem oddać kilkanaście punktów i końcówka yose była już całkowitym chaosem. Nie miałem pojęcia, kto wygrywa, nie miałem czasu, by oszacować wynik, nie było też go, by grać yose rozumnie i z pomysłem. Gdy po podliczeniu okazało się, że wygrałem o 4.5 punkta, była to dla mnie ogromna ulga. Zapis części partii poniżej.





Drugą rundę zagrałem z Grzegorzem Sobańskim 5 kyu. Otrzymawszy ponownie czarne kamienie rozpocząłem grę fuseki, w którym coraz pewniej i pewniej się czuję. Bardzo szybko jednak wynikła walka w rogu, która nam obu odebrała ponad połowę czasu. Wyszedłem z niej na szczęście z równym wynikiem lokalnie, odrobinę lepszym zaś globalnie i, co najważniejsze, w sente, choć gdy bójka w narożniku się rozpoczynała, nie sądziłem, że uda mi się z niej wyjść cało. Wspomnę jeszcze, że mój wróg wszedł szybciej ode mnie w byo yomi, co rzadko mi sie zdarza. Jego yose było zresztą dość słabe i powiększałem stopniowo swoją przewagę, grając tenuki od kilku jego nazbyt małych punktowo ruchów. Prowadziłem znacznie, gdy udało mi się zabić jeszcze jego grupę i poddał przed liczeniem. Była to bardzo ciekawa i nie tak chaotyczna partia, jak poprzednia.





Trzecią rundę zagrałem z Dariuszem Bednarczykiem 3 kyu. Obaj nie mieliśmy żadnej porażki na swoim koncie i jeden z nas z tym bilansem miał kończyć pierwszy dzień turnieju. Gra okazała się być moją najbardziej zaciętą i wyrównaną partią tego dnia. Nad pierwszymi kilkudziesięcioma ruchami spędziłem całą godzinę, później już cały czas znosząc grę w byo yomi. Mój przeciwnik zachował znacznie więcej czasu i grał do początku yose w czasie podstawowym. Gdy wszedłem w byo yomi, gra wydawała mi się bardzo równa, wobec czego nie byłem w najlepszym humorze, ale właśnie wtedy mój przeciwnik popełnił ogromny błąd, tworząc grupę, którą nie miał dokąd uciekać. Po grze przyznał, że chciał zredukować moje potencjalne włości w centrum, ale obaj uznaliśmy, że gdyby redukował bardziej od zewnątrz, byłoby to właściwsze i utrzymało równy bieg partii. Od tego momentu miałem wiele okazji, by zagrać ruch, który dałby mi zwycięstwo, ale byo yomi wymuszało pośpieszne, ryzykowne zagrania i błędne decyzje. Grupa przeciwnika miotała się, raniąc inne swoje kamienie i w pewnym momencie była martwa nie tylko ona, ale też jeszcze jeden, znacznie większy łańcuch kamieni. Mimo to nie potrafiłem grać spokojnie, nerwy i zmęczenie graniem ponad połowy partii w byo dały znać o sobie i przegrałem o 12.5 punkta grę, która mogła być moim największym zwycięstwem.





Poza Dariuszem Bednarczykiem jedyną osobą z czołówki, która nie przegrała partii po sobocie, był Trepanator 4 kyu, znany już z tego bloga. Gdy w niedziele rano zostaliśmy ze sobą sparowani, wiedzieliśmy obaj, że czeka nas brutalna, wrestlerska wymiana ciosów po mordzie. Grając z Tomkiem zawsze wiem, że muszę walczyć do końca, że goban i to, co na nim widać, to tylko marny odblask tego, jak bardzo każdy z nas chce pokonać drugiego. Gdyby nam dano rapiery, na pewno nie walczylibyśmy tylko do pierwszej krwi. Śmiertelnego wroga trzeba zakłuć, ciało zaś zostawić sępom i psom bez pogrzebu, a kobietę sprzedać w niewolę za haniebną cenę. Te partie z pewnością nie są najpiękniejsze, na naszym poziomie nigdy nie będą, ale to pojedynki specjalne, które cenię najbardziej i przez rośnie moje przywiązanie do grania w go. Katowickie mordobicie wygrałem dość zdecydowanie, o 15.5 punkta. Poniżej zapis gry, w której, jak to zwykle przeciw Tomkowi, zacięta walka zaczęła się natychmiast w fuseki, a jej tempo i nasza wspólna niechęć do "odpuszczenia" przeciwnikowi nie pozwalały przez długi czas wrócić do zajęcia ostatniego wolnego rogu. Z wygranej cieszę się tym bardziej, że pierwszą naszą grę na turnieju przegrałem (we wrześniu 2011 w Gliwicach, przez poddanie). W obu partiach zagrałem białymi kamieniami.





Ostatnią rundę zagrałem z Wojtkiem Adamusem 5 kyu. Otrzymałem białe kamyki i tym razem zagrałem znacznie spokojniej, niż przeciw Tomkowi, decydując się wziąć małe, ale solidne terytoria i poczekać na okazję. A ta przyszła sama i to kilkakroć, bo Wojtek popełnił szereg błędów technicznych, które dały mu złe kształty, oraz jeden poważny - stworzył słabą grupę, którą mogłem gonić przez cały goban. Wygrałem przez poddanie.





W piątej rundzie Dariusz Bednarczyk został także pokonany i wszyscy trzej, razem z Tomkiem "Trepanatorem" Podolcem, kończyliśmy turniej z wynikiem 4/1. Po podliczeniu SOSu Dariusz zajął pierwsze, ja drugie, Tomek trzecie miejsce. Obaj z Tomkiem zostaliśmy też awansowani na 3 kyu. Pełne wyniki z obu turniejów, zarówno mistrzowskiego, jak i naszego wrestlerskiego, znajdują się na stronie Mistrzostw Polski.

Na zakończenie przedstawiam zanalizowaną (głównie przez Tomka) partię bardzo początkujących graczy: Krzysztofa Kosta, wytrwałego bywalca turniejów, który jak dotąd nie wygrał na nich jeszcze nawet jednej partii, oraz Tomka Kubaszka. Była to druga runda sobotniego turnieju towarzyszącego.