piątek, 23 listopada 2012

Listopadowy turniej w Bielsku - Białej

17 listopada odbył się w Bielsku-Białej klubowy turniej go, na którym udało mi się zagrać. Przyjechało łącznie sześć osób, więc panowała dość prywatna atmosfera, podobnie jak na wrześniowym turnieju na mniejszych deskach (13x13), także organizowanym przez Igoyamę. Rozegraliśmy trzy rundy. Na każdą grę mieliśmy do dyspozycji 45 minut i 30 sekund byo-yomi; niewiele, co zaważyło na niższej jakości partii i liczbie błędów w nich popełnionych. Turniej był handicapowy, czyli silniejszy gracz miał zaniżone komi, a czasem dodatkowo jeszcze oddawał kilka pierwszych ruchów słabszemu przeciwnikowi.

 (Dla tych, którzy nie wiedzą - poniższe komentarze do partii są mojego autorstwa, a zatem osoby znającej go na niskim poziomie (4 kyu w rankingu EGF). Mają one wartość przede wszystkim pamiętnikarsko-sentymentalną, ale słabsi gracze, poniżej 6 kyu, może coś z tych uwag wyciągną.)

W pierwszej rundzie zostałem sparowany z równym mi rankingowo Bogdanem Krukiem - 4 kyu. Nawiasem mówiąc, we wrześniu był on jedynym przeciwnikiem, którego pokonałem na "trzynastce". W pozostałych pięciu grach byłem wtedy bity bez litości. Wylosowałem czarne kamienie i zagrałem moje ulubione ostatnio fuseki, wobec którego Bogdan okazał się grać tak ostrożnie, że prędko stało się widoczne, iż uzyskałem od początku lekką przewagę, sprawniej rozwinięte pozycje. W czubanie udało mi się kontrolować przebieg pojedynku, wykorzystałem potencjał do przeżycia w mojo białych kamieni, a potem także do przejęcia dolnego rogu i moja przewaga jeszcze bardziej urosła. Mimo błędu w późniejszym etapie gry nic nie mogło mi już odebrać zwycięstwa. Grę wygrałem przewagą 15.5 punkta.

 W drugiej rundzie moim przeciwnikiem został Łukasz Oleś 5 kyu. Otrzymałem białe kamienie, a komi zostało zmniejszone do 0.5 punkta, by wyrównać różnicę siły między nami. Na czerwcowym turnieju, który zorganizowałem w Tychach, Łukasz pokonał mnie po ciekawej i wyrównanej do niemalże samego końca grze. Mówiąc ściśle - sam pokonałem wtedy siebie. Omawiana teraz partia, w której zamierzałem pomścić ową haniebną porażkę z Korsarza, wydawała mi się dość równa do momentu, w którym wkroczyliśmy w jose, kiedy zacząłem uzyskiwać duże, coraz większe prowadzenie i ostatecznie wygrałem o 16.5 punkta. To też zdało mi się naturalną koleją rzeczy podczas gry z Łukaszem - wystarczy wyczekać do jose i co najmniej 10 punktów można zawsze przy tym przeciwniku odrobić, a nawet więcej, jeśli grę z nim ustawi się wyłącznie pod granie jose i upraszcza czuban. Teraz jednak, gdy patrzę po kilku dniach na zapis partii, widzę, że moje prowadzenie zaczęło się chyba jednak wcześniej, nawet pomimo tego, że grałem bez komi. Łukasz starał się grać bardzo aktywnie i niestandardowo, ale wszędzie miałem stabilne, żywe grupy, którym nic nie mogło zagrozić, a które, gdy doszło do finiszu, systematycznie zmniejszały terytoria bielskiego barbarzyńcy.

Ostatnią partię zagrałem z Andrzejem Gegą (7 kyu). Andrzej, pomimo trzech kamieni handicapu, jakie otrzymał, pozwolił mi zrobić spore mojo w centrum, co prawda sam zagarniając równie obszerne ziemie. Okazało się jednak, że moje terytorium było większe o 1.5 punkta. Grę rozgrywaliśmy bardzo szybko i być może dlatego zwyciężyłem. Nie sądzę, bym na tak wysokim handicapie był w stanie wygrać ten pojedynek, zwłaszcza w aż tak pokojowy sposób, po prostu otaczając teren, nie dokonując nawet jednej inwazji. Partia, za sprawą tempa, nie była ciekawa i nie ma sensu zamieszczać tutaj jej zapisu. Po pokonaniu Andrzeja żaden rezultat z pozostałych desek nie mógł wpłynąć na wynik turnieju; miałem zapewnione pierwsze miejsce.

29 XI rozpoczynają się w Katowicach czterodniowe Mistrzostwa Polski w go. 1 i 2 XII dodatkowo rozgrywane będą gry na turnieju towarzyszącym (dla wrestlerów mojego pokroju), na którym zamierzam grać i oczywiście zdać z niego relację.

EDICTUM 
 Poniżej słowa o turnieju zapisane przez Trepanatora - jego także partie przezeń omówione. Mam nadzieję, że wspomnienia jego partactw będzie jeszcze okazja tutaj zamieścić. 

 Partia pierwsza. Batalia pełna błędów obu stron, którą to batalię ostatecznie wygrał biały przez poddanie. Szczegółowszy opis w samej partii poniżej.

Partia numer dwa. Przeciwnikiem był Andrzej G.(7kyu) Gra handicapowa rządzi się własną logiką. Wyrównanie sił poprzez dodatkowe kamienie na planszy daje teoretycznie szansę słabszemu. Daje przewagę. I jak można się domyślać jest to przewaga złudna jeno i chwilowa tylko. Brak początkowej równowagi gracz silniejszy nadrabia cierpliwoscią. Wystarczy poczekać a przeciwnik sam ukręci bicz na się i obnaży plecy. Czarne kamienie w przewadze, biały wygląda jak intruz, co więc innego pozostaje jak nie atak? O bogowie, gdybyż go było tak banalne! Oto proszę państwa po stronie czarnych kilka kamieni przewagi na pustej planszy i paląca pewność siebie. Po stronie białych doświadczenie i cierpliwy ogląd sytuacji. Jak wszyscy pamiętamy z bajki Kiplinga o ichneumonie imieniem Rikki-Tikki-Tavi, uroczy gryzoń nie zwyciężał frenetycznie atakując, jeno spokojnie podchodził do wroga, i gdy trzeba refleksem unikał gadzich kłów po to tylko by swe własne zatopić we łbie upatrzonego egzemplarza żmijowego rodu. Tak pokrzepieni mądrością bajek wiedzieć winniśmy co robić. Mianowicie czekać a okazja sama się zjawi. Tym przydługim wstępem do mojej drugiej partii tegoż turnieju pragnę odwrócić uwagę czytelnika od pewnego materialnego braku mianowicie braku zapisu gry. Odtworzenie pierwszych ruchów jednakże jest dość prostą sprawą i rozpoczęcie gry zamieszczam poniżej. Biały po początkowych błędach czarnego miał łatwą i przewidywalną grę, atakując co i rusz kolejną czarną grupę, ubijając średnio co drugą. Smutny i przewidywalny skutek pośpiechu i braku cierpliwości.

Najgorszy rodzaj zwycięstwa, trzecia partia z Bogdanem K. (4kyu), która mądrości poprzedniej partii wyrzuciła gdzieś na śmietnik, i w której po radosnym rozpoczęciu nastąpiło zmarnowanie wszelkiego posiadanego przeze mnie potencjału i oddanie prowadzenia przeciwnikowi, który jednakże postanowił, nieprzymuszany przez nikogo, w ostatnich ruchach gry popełnić jedną z grup dość malownicze harakiri, oddając ostatecznie zwycięstwo mej osobie. Gra która sprawiła, że poczułem się obrażony własną głupotą, a nieoczekiwana wygrana tylko ugodziła mocniej mą miłość własną. Zapisu brak, albowiem obaj z przeciwnikiem już po partii nie potrafiliśmy jej odtworzyć co było dość zabawnym szczegółem, kwestia emocji jak widać upośledziła naszą pamięć i obaj wymazaliśmy grę z rejestrów naszych umysłów... (gdybym tylko nie zainwadował, gdybym tylko spokojnie obronił teren, gdybym tylko redukował...) Tak, tak, obaj wymazaliśmy tę partię z naszych pamięci. Złego miły początek poniżej.

Turniej choć kameralny, klubowy, tylko sześcioosobowy, przyniósł sporo emocji i sporo dodatkowej wiedzy, zwłaszcza o sobie. Jak to mawiali starożytni γνῶθι σεαυτὸν, poznaj samego siebie. Święta prawda, święta prawda, braciszkowie. Ech, nigdy więcej takich prawd, nevermore. Dziękuję za uwagę.