poniedziałek, 4 czerwca 2012

Czarny Kamień w Katowicach

Seria siedmiu (z planowanych dziesięciu) turniejów go pod nazwą Czarny Kamień zakończyła się w miniony weekend w Katowicach. Na każdym z turniejów Czarnego Kamienia, mających swoich własnych finalistów, uczestnicy otrzymują za osiągnięte miejsca punkty pucharowe. Rozwiązanie to mobilizuje graczy do przyjeżdżania na turnieje i daje szansę wygrać puchar nawet słabszym, o ile będą aktywnie uczestniczyli w rogrywkach. Z tak ogłoszonymi zasadami Czarny Kamień stanowi zachętę do udzielania się w niewielkiej społeczności goistów, kurczącej się w ostatnich latach do „starej gwardii” i nie odnoszącej żadnego sukcesu w pozyskiwaniu graczy nowych, początkujących. Aby odwrócić tę tendencję potrzebna jest jednak także cierpliwość organizatorów i nie zważanie na nikłe zainteresowanie, z jakim w tym roku się spotkali, a w związku z którym nie są pewni, czy Czarny Kamień będzie kontynuowany. Niektóre z planowanych turniejów zostały odwołane z braku zainteresowania graczy. Na finał do Katowic przyjechało czternaście osób, w tym ja, który trafiłem tam przez zbieg pomyślnych okoliczności. Nie było nawet jednego początkującego.

Gracze mieli do dyspozycji godzinę oraz 30 sekund byo-yomi na każdą grę. W sobotę rozegraliśmy trzy, w niedzielę dwie rundy. Pierwsza gra rozpoczęła się o godzinie 9.30. Sparowano mnie z Marcinem Sokołem 3 kyu, wylosowałem czarne kamienie. Ostatnio nie miałem czasu na zajmowanie się go, poza tym byłem lekko zaziębiony, co, jak przypuszczałem, miało przełożyć się na moje gry, toteż nie oczekiwałem po sobie wiele. Okazało się jednak, że pierwsza runda zaczęła się dla mnie pomyślnie. W fuseki udało mi się doprowadzić do rodzaju gry, którą lubię, w chubanie skutecznie zredukowałem moyo przeciwnika i zapewniłem życie swojej słabej grupie. Gdy wchodziliśmy w yose i policzyłem punkty, wychodziła mi przewaga około 15.5 dla mnie. Byłem jednak zmęczony i od tego czasu nie liczyłem w ogóle, po prostu grając yose tak, jak mi się wydawało, że powinienem. Go to bezlitosna gra, która nie wybacza takiego folgowania sobie, ani nawet znacznie krótszych chwil nieuwagi. Gdyby ten pojedynek miał trwać trochę dłużej, pewnie bym przegrał. Na szczęście skończył się w chwili, gdy na gobanie wychodziło 1.5 punkta dla mnie. Taki wynik był dla mnie wstrząsem, bo do samego końca, do wyłączenia zegarów, przesuwania kamieni i podliczania terenu zdawało mi się, że utrzymywałem komfortowe, kilkunastopunktowe prowadzenie. Te 1.5 punkta zwaliło się na mnie jak cios w twarz. Mimo wszystko była to ciekawa gra z zaciętym, niełatwym chubanem. Poniżej krótki jej zapis, tyle, ile zapamiętałem. Że tylko 40 ruchów, to wskazuje, w jakim byłem stanie. Na szczęście z biegiem dnia stawałem się coraz bardziej przytomny i kolejne gry pamiętam nieco dokładniej.




Drugą rundę rozpoczęliśmy w południe. Sparowano mnie z Łukaszem Pawlakiem 4 kyu. Tym razem wylosowałem białe kamienie. Otwarcie nie miało w sobie nic szczególnego, ale chuban był interesujący. W pewnym momencie gra ułożyła się dla mnie pomyślnie do tego stopnia, że postanowiłem postawić kropkę nad i zabijając grupę przeciwnika. A przecież tyle razy przysięgałem sobie, że już nigdy więcej zabijania w go, że to się nie opłaca, że to głupota, że zawsze są z tego tylko problemy, a jedynym efektem niesmak, że lepiej skupić się na grze na punkty i spokojnie dotrwać do yose, wyciskając przeciwnika jak cytrynę. Biada mi, Dzeusie, bo instynkt łowcy zagłuszył zdrowy rozsądek! Zaatakowałem, ale umierająca grupa przeciwnika żyła, a nawet miała się tak świetnie, że pocięła moje atakujące kamienie i przegrałem całą grę w nędznym, bardzo nędznym stylu. Moja psyche chyba wyparła się tego, co nastąpiło w czasie i po moim ataku, bo zapamiętałem ruchy tylko do momentu, gdy gra układa się dobrze dla białych.




Trzecią rundę zaczęliśmy o 15. Zostałem sparowany z Przemysławem Wojnowskim 4 kyu. Ponownie przypadł mi biały kolor. Postanowiłem zagrać mane-go, czyli grę symetryczną (lustrzaną) względem środka gobanu. Po przegranej w drugiej rundzie to był mój ostatni pomysł na odzyskanie równowagi psychicznej. Okazało się jednak dość szybko, że sam muszę rozbić lustro. Gra jednak rozwinęła się ciekawie i mimo poważnego błędu w chubanie udało mi się wyjść na niemałe prowadzenie. Gra środkowa była skomplikowana i kilkakroć miałem chwile zwątpienia, czy uda mi się wyjść w sente i zabezpieczyć spory teren w centrum. To była udana, ciekawa gra, która jednak nie usunęła niesmaku związanego z poprzednią porażką. Nic już go nie usunie.



Czwarta runda zaczęła się o 9.30 w niedzielę. Sparowano mnie z Marią Pilarczyk 9 kyu. Wylosowałem czarny kolor. Szybko dało się zauważyć, że różnica w sile była wyraźna, ale Maria, nomen non omen est, nadrabiała agresją. Dawno nie zagrałem tak ostrej, bezpardonowej gry, pełnej brudnych cięć, ryzykownych hane i niezważania na stabilność własnych, atakujących kamieni. W chubanie osiągnęliśmy climax, gra już nie mogła skończyć się inaczej, jak pojmaniem jednego z otaczających się łańcuchów kamieni, złożonego przynajmniej z 50-60 części. Na szczęście to nie moje kamienie zostały otoczone. Yose się nie odbyło, choć muszę powiedzieć, że atak Marii był w pewnym momencie naprawdę groźny i obudził mnie na tyle, iż na ostatnią rundę byłem trzeźwy, w dobrej przytomności i po przyzwoitym treningu tsumego.

Na finałową rundę, tuż przed południem, sparowano mnie do gry z Sebastianem Pawlaczykiem 2 dan. To pierwsza gra z tak silnym przeciwnikiem w mojej goistycznej karierze. Jeszcze raz zagrałem białymi kamieniami i jeszcze raz postanowiłem zagrać mane-go. I znowu to ja sam musiałem rozbić lustro. Przez większą część gry widziałem, że cały czas zagrażam mojemu przeciwnikowi i że idziemy łeb w łeb. W późnym yose popełniłem jednak dwa czy trzy błędy, zwłaszcza jeden bardzo kosztowny, na pewno decydujący o wyniku. Gra skończyła się na 12.5 dla czarnego. Mimo wszystko jestem z niej zadowolony. Dzięki organizatorowi turnieju zamieszczam cały zapis, którego na bieżąco dokonywał.




Ostatecznie zająłem czwarte miejsce. Turniej wygrał Sebastian Pawlaczyk nie przegrywając ani jednej gry; natomiast w klasyfikacji generalnej doszło do przykrego zgrzytu, jako że zarówno Sebastian, jak i Krzysztof Bożek 2 dan mieli dokładnie tę samą ilość punktów, a regulamin nie rozstrzygał, co w tej sytuacji zrobić. Nagrodę przyznano temu, kto miał więcej zwycięstw we wszystkich turniejach, ale było to kryterium arbitralnie, ad hoc ustanowione przez organizatora. Podług zaś innego, równie istotnego dla charakteru tego cyklu: ilości wszystkich rozegranych gier, a co za tym idzie aktywności turniejowej (która leży u założeń Czarnego Kamienia), prowadził Krzysztof Bożek.

O tym, jak niewielkie było zainteresowanie Czarnym Kamieniem i w ogóle graniem na żywo na turniejach świadczy fakt, że gracz o przeciętnej sile, taki jak ja, będąc zaledwie na 3 turniejach serii, zakończył na dość wysokiej 8 pozycji ze 146 punktami. Wydaje mi się, że przyznanie pierwszego miejsca według kryterium obecności na turniejach byłoby jakimś znakiem co do tego, czego się od grających oczekuje.

Wkrótce (23 czerwca) odbędzie się w Tychach organizowany przeze mnie turniej, na który zapraszam wszystkich chętnych. Oto strona z informacjami: http://korsarz.meijin.pl

Brak komentarzy: