wtorek, 1 maja 2012

Turniej go w Bielsku-Białej

Między 27 a 30 kwietnia w Bielsku-Białej odbywał się turniej go zwany Ligą Młodych Mistrzów, będący rywalizacją najlepszych polskich goistów do lat 24. Dla starszych oraz niezakwalifikowanych do ligi Stowarzyszenie Meijin zorganizowało dwudniowy turniej towarzyszący w dniach 28 i 29 kwietnia, w którym wystąpiłem. Pomimo tego, że znam go dość długo, rzadko bywam na turniejach. Nie przepadam za pojedynkami z wyznaczonym czasem na grę i pod tym względem jestem konserwatywnym zwolennikiem powrotu do XIX wieku. Przypadkowo wyszło jednak tak, że w Bielsku zagrałem. Ranking EGF mierzy obecnie moją siłę na 4 kyu.

Mieliśmy do dyspozycji godzinę oraz trzydziestosekundowe byo yomi, najgorszy wynalazek od czasu wymyślenia zegara, na grę. Przewidziane zostały nagrody oraz upominki dla debiutantów, m.in. koszulki, raczej nieudane, ale wzór z wytatuowaną kobietą rozbierającą się nad gobanem trafił w mój kampowy gust. Niestety, koszulki nie dojechały na turniej. W sali, gdzie graliśmy, było bardzo gorąco i nieprzewiewnie. Chłodny prysznic, który brałem co jakiś czas, pozwolił mi przetrwać.  

Turniej zaczął się o 10 rano. Pierwszą grę rozegrałem z Jankiem Barankiem (9kyu), graczem nie tylko znacząco słabszym, ale jeszcze umęczonym, odpędzającym od siebie sen rodzajem mikstury z mocnej kawy i herbaty. W trakcie naszej gry dowiedziałem się, że Janek przyjechał prosto z Londynu, prowadząc bez dłuższych przerw przez 48 godzin swój automobil i dojechał „za pięć dwunasta”, akurat na otwarcie turnieju i rejestrację. I w takim stanie przystąpił ze mną do gry. Kiedy skończyliśmy, poszedł się zdrzemnąć, mówiąc: „obudźcie mnie na drugą rundę”. Gra z początku nie układała mi się kompletnie, zagrałem jakieś wątpliwe hasami, z którego powstały dwie słabe grupki i dopiero w późniejszej fazie gry, gdy przybyło na desce kamieni, a Janek popiłał już drugą lub trzecią filiżankę ożywczego liquoru, zacząłem wychodzić na prowadzenie, a następnie, w dość trudnym i ryzykownym dla mnie ko, zmusiłem do poddania. Miałem wrażenie, że zwycięstwo przyszło do mnie przypadkiem. To na pewno nie był dobry początek turnieju. Z pewnością Janek grał ponad siłę, na którą ocenia go ranking EGF. Być może stan, w którym był, pchnął go do takiej gry, przydał mocy, podobnie jak mistykom, których pustynny żar i zmęczenie przybliżają do Boga.  

Druga runda zaczęła się o 14. Sparowano mnie z Łukaszem Olesiem (5kyu); ponownie wylosowałem białe kamienie. Grę znowu rozpocząłem od hasami, z którego niewiele dobrego wynikło. Salmon otoczył sporo terenu i długo miał przewagę o dobre 20 punktów, a moją jedyną szansą było jedno lub dwa aji i generalnie to, że miałem bardzo solidne grupy, toteż mogłem sobie w końcówce na więcej pozwolić. No i nadrobiłem. Gdyby nie przeoczenie Salmona w byo yomi, byłoby +10 dla mnie, ale przedostatnim zagraniem, tuż przed pasowaniem, dostałem od niego jeszcze w prezencie dodatkowe 10 punktów w postaci odciętej grupki kamyków. To zwycięstwo także przyszło do mnie przypadkiem. W normalnej grze nie dałoby się odrobić 40 punktów, rozpoczynając robotę w oyose. Salmona wykończyło chyba bardziej byo yomi, niż moje pomysły, czy raczej ich widma, które mnie nawiedzały w tamtym gorącu.

Trzecia runda rozpoczęła się przed 17. Grałem z Pawłem Stepnowskim (2kyu), z którym, o ile dobrze pamiętam, przegrałem już wcześniej grę na turnieju w Gliwicach. Tym razem jednak szło mi dość dobrze przez większą część gry. Partia była niezmiernie ciekawa i wciągająca, ale też bardzo trudna dla nas obu. Zużyliśmy cały dostępny czas (ja oczywiście znacznie szybciej) i końcówka dogrywana była w byo yomi. Jest to pojedynek na tyle interesujący, że odtwarzam jego początek, na ile potrafię, poniżej:


Czwarta runda zaczęła się o 10 rano następnego dnia. Warunki klimatyczne przypominały nadal Beludżystan w samo południe. Przed grą musiałem wziąć zimny prysznic, żeby się upewnić, że mi mózg nie odparuje. Sparowano mnie z Andrzejem Gegą (7kyu), po raz trzeci dostałem białe kamienie. Andrzej okazał się najmniej wymagającym przeciwnikiem i już wychodząc z fuseki widziałem wyraźnie, że mam przewagę. Z biegiem gry rosła ona coraz bardziej, a na sam koniec, zupełnie przypadkowo i „niechcący” zabiłem mu tak dużą grupę kamieni w rogu, że musiał poddać, zanim dograliśmy yose.

Obok nas na desce toczyła się inna ważna gra, zakończona dość dla mnie pomyślnie zwycięstwem Stefana Wrocławskiego nad Pawłem Stepnowskim. Kiedy sparowano mnie do ostatniej rundy ze Stefanem (3kyu), dotychczas niepokonanym, miałem szansę na doprowadzenie do sytuacji, że nasza trójka miałaby po cztery gry wygrane i jednej przegranej. Gra była bardzo zacięta, ale po perturbacjach w chubanie wyszedłem na prowadzenie. Szybko skończył mi się jednak czas podstawowy i byo yomi naznaczyło tę grę kilkoma fatalnymi pomyłkami (np. G19 zamiast dobicia martwej grupy w lewym dolnym rogu, ale były też inne perełki), które zaprzepaściły moje prowadzenie. Podobno odrobiłem jednak kilka z utraconych punktów w końcowym yose, gdy i Stefan wpadł w byo yomi. Tę partię pamiętam trochę lepiej i mogę zaprezentować zapis większej jej części:


Po podliczeniu SOS wyszło, że Stefan zajął pierwsze, ja drugie, Paweł trzecie miejsce. Trudno powiedzieć, by był to jakiś szczególny powód do dumy, skoro w turnieju uczestniczyło tylko dziesięcioro graczy i ani jeden był naprawdę dobry. To raczej temat do żartów, że mierni gracze o mojej sile zajmują wysokie miejsca w turnieju, zwłaszcza, że część zwycięstw była zupełnie przypadkowa i będę musiał Dzeusowi, co chmury gromadzi, złożyć krwawą ofiarę w podzięce, że mi sprzyjał.

Wczoraj po południu zakończyły się gry Ligi Młodych Mistrzów, zwyciężył Stanisław Frejlak. Zagrał wszystkie siedem gier bez jednej porażki. Mistrz.