wtorek, 18 grudnia 2012

Goistyczne peregrynacje Tomasza P

Dzięki uprzejmości Cadracha umieszczam tu swój spóźniony już nieco wpis gościnny, traktujacy o ostatnich katowickich bojach z mojej perspektywy. 

 Aura turniejowa się już rozwiała, euforia zwycięstw minęła a gorycz z tytułu porażek zanikła. Pora zatem sine ira et studio skrobnąć słów kilka o dość krwiożerczych zmaganiach na deskach jakich i ja byłem uczestnikiem. Zanim może o grach dwa słowa o samych turnieju.

 Toczyły swe zmagania dwie grupy. Pierwsza - grupa mistrzowska, była to ośmioosobowa sekcja siłaczy, walczących o tytuł Mistrza Polski. Mieli oni odosobnioną salę, aby w ciszy i spokoju prać się wzajem jak na solidnie wyedukowanych wrestlerów przystało. Grupa druga, którą nazwać by można uczniowską, tudzież partacką lub piwniczną była zborem 24 bodajże wrestlerów w siłach od 20 kyu do 1 kyu. Był to więc pełen przekrój przez stopnie uczniowskie właśnie. Danowców ci u nas zabrakło, bez szkody zresztą, łatwiej o podium było. Było łatwiej, ale nie łatwo. Co tu gadać po próżnicy - o mięsie właściwym czas zacząć a więc o grach i graczach.

 Pierwszą turniejową partię wypadło mi zagrać z Markiem Rojewskim, 4 kyu. Gracz ów swe 4 kyu uzyskał przedturniejowym awansem i przykro to mówić, ale był to w mej okrutnej ocenie zawyżony awans o dwa stopnie. Dlaczego zapytacie? Otóż jak zobaczycie w poniższym zapisie partii Marek popełnił błąd w dwóch sekwencjach joseki co miało fatalne dlań skutki. Już pierwsze zwarcie doprowadziło do sytuacji w której wasz uniżony raportujący uzyskał i ścianę i róg i sporo punktów i siły na centrum mnogość. Sprawiedliwość jednak oddać należy memu przeciwnikowi, albowiem pomimo dramatycznego obrotu sprawy już na starcie, nie poddał się on i nadal zamierzał walczyć. Duch walki go nie opuszczał, co chwalić należy, bo zacny to wojownik, który nie poddaje się zbyt łatwo! Podczas gdy przeciwnik głowił się jak wykaraskać się z ciężkiej kabały ja spokojnie dopijałem yerba mate, zakąszając waflem tudzież ciastkiem i będąc absolutnie spokojnym o wynik partii. Bezstresowo dobijałem przeciwnika biorąc gigantyczne centrum, oddając nawet spory róg. Pomimo uwag Krzysztofa Urtnowskiego 1 kyu próbującego po partii przekonać mnie, że jednak oddanie rogu w pewnym momencie nie było optymalnym wyborem, to stwierdzam, że nic nie mogło odmienić już wyniku gry. Oddanie 30 punktów w zamian za sto w centrum było dla mnie czymś oczywistym. Finiszem partii, już nie ujętym w poniższym zapisie było przejęcie przez piszącego te słowa całej górnej bandy oraz postawienie kropki nad "i" zabijając jeden biały róg. Spokój i łatwość tyle pamiętam z tej partii. 







 Druga gra zapowiadała się na trudny bój i pewną moją przegraną, grałem bowiem z przeciwnikiem nominalnie silniejszym o dwa stopnie (Marcin Sokół 2 kyu) co nie wróżyło dobrze. Start miałem co się zowie. Moja zła ocena sytuacji na bandzie dała przeciwnikowi możliwość cięcia moich kluczowych kamieni na zewnątrz. Wiedziałem, że tracę sporo, ale byłem uparty, i czułem że nie jest tak tragicznie. To znaczy, po prawdzie było tragicznie, ale ja widziałem szanse na wykorzystanie złapanych przez wroga kamieni. Wiedziałem gdzie i po co brnę. To ważne, moi mili, nawet jak toniecie mieć przekonanie, że tylko nurkujecie do z góry zaplanowanego celu. Spore dawki yerba mate utrzymywały mnie w spokoju i w stanie koncentracji przewyższającej  dopuszczalne normy. Stałem się wręcz niebezpiecznie uważny i otworzyłem w sobie głębinowe pokłady cierpliwości. Osiem złapanych przez przeciwnika kamieni... teoretycznie nie dawało zbyt wiele przeciwnikowi albowiem miałem możność je nadal wykorzystać i zmuszać przeciwnika do ich dobijania. Strata kamieni usunęła jednak podstawowy element gry z planszy - słabą grupę przeciwnika... Miał on jeno silne kobyszczę na planszy z którym kopać się to jak z koniem. Nic nie mogłem zrobić temu bydlęciu co tylko złośliwie się szczerzyło z deski. Wytraciło mi to z ręki wszelkie asy i postawiła na głowie cały plan jaki miałem lub jaki mógłbym mieć na grę. Na żadne plany czasu już nie miałem. Miałem dwie słabe grupy w centrum czekające katowskiego cięcia. Jednakże! Niezbadane są wyroki losu! Miękkość charakteru przeciwnika wyczuć się dało w kilku miejscach. Pewność siebie przysłoniła mu oczy i nie widział pewnie potrzeby drastycznych posunięć. A to błąd i to spory. W momencie gdy zagrał zdecydowanie za miękko, przeprowadziłem kontratak, następnie idąc za ciosem pokarałem chciwość i odcinając kluczowe dla całej gry kamienie wyciągnąłem ostatecznie grę na kilkanaście punktów dla mnie. Przez całą grę, po dość feralnym starcie, byłem ostro skoncentrowany i grałem bez zbędnych emocji. Zimno kalkulowałem i czekałem na to jedno warte eksploatacji potknięcie przeciwnika. Wygrana w tej grze była wygraną partacza, który zmęczył przeciwnika swoim cierpliwym uporem. Nie mam wątpliwości co do umiejętności Marcina - jest silniejszy, zwłaszcza widać było to w yose, gdzie ja popełniałem błąd za błędem a on wyciągał ile się tylko dało z moich kalekich pozycji. Jednak straty jakie poniósł wcześniej były za duże i jedyne co mógł to redukować moją przewagę z dwudziestu kilku punktów do kilkunastu. Gdyby w kluczowym momencie nie spartaczył przez wspomnianą już miękkość paru zagrań jak i nie okazał chciwości to wynik byłby wcale odwrotny. Kilkanaście punktów do przodu z przeciwnikiem silniejszym o dwa stopnie sprawiły, że poczułem napływ niebezpiecznego optymizmu.







 Partia trzecia z jakże dobrze mi znajomym Łukaszem Olesiem zwanym Salmonem. Tym razem nie chciałem dzikiej walki i okładania się cepami od początku. Miałem zamiar spokojnie rozegrać grę na modłę Cadrachową, czyli spokojnie do yose a potem wybierać punkty na łatwe zwycięstwo. Nic z tych rzeczy. Gdybym choć trochę pomyślał i wspomniał poprzednie moje gry z Salmonem, wiedziałbym że tak się nie da, nie w przypadku nas dwóch. Każda, ale to każda nasza gra zamieniała się w młóckę, rzeźnię i mordownię jakich nie pamiętam z kimkolwiek innym. To że akurat przez przypadek bilans gier pomiędzy nami jest znacząco dobry dla mnie niewiele znaczy. Po prostu - moje granie z Łukaszem to zawsze była i będzie show amerykańskich wrestlerów albo coś na kształt finałowych walk Rocky'ego Balboa. Krew, pot i łzy i trupy na planszy. Ale wróćmy do gry. Rozentuzjazmowany wygraną z 2kyu zagrałem najgłupsze otwarcie w całym turnieju, dając czarnemu na starcie 35 punktów w terenie i trupach. Coś wyłączyło mi się w mózgu, przestałem czytać, zagrałem kilkanaście ruchów "na pałę" i ocknąłem się gdy gra była praktycznie do poddania już po fuseki. Powtórka a rebour mojej partii z Markiem Rojewskim. Ocknąwszy się, wziąłem oddech, skumulowałem całą mi dostępną energię psychiczną i zaatakowałem... Tengen. Tak jest, ten atak na tengen jaki widać w zapisie gry okazał się mieć zdumiewające działanie. Przeciwnik doznał bodajże szoku, i dalszy zapis pokazuje jakie nieprawdopodobne zagrania zaczęły mi bezczelnie wychodzić. Nie potrafię powiedzieć jakim cudem, ale jednak moja determinacja rozjuszonego buhaja przestraszyła matadora grającego czarnymi i popełniając błąd za błędem dał się pozabijać na sporej części planszy. Ta partia mnie otrzeźwiła i przypomniała mi dlaczego gram w turnieju piwnicznym, pośród podobnych mi wrestlerów. Po prostu - jestem partaczem i liga piwniczna będzie zawsze mym domem.







 Dzień drugi turnieju rozpoczęty bojem z Cadrachem. Co tu pisać. Przegrałem. Cuda się nie zdarzyły. Uwag do samej gry wielu nie mam. Jest ich kilka w samym zapisie gry, ale skromnie jedynie, nie miałem na to sił. Za to podzielę się kilkoma uwagami z tak zwanej fenomenologii porażki, tego wewnętrznego fermentu jaki się nam objawia gdy dostaniemy po swej, pardon, mademoiselle and messier, szacownej dupie.
Dziwnie zmienne zdaje się być postrzeganie gry i własnych umiejętności w zależności od wygranej lub przegranej partii. Mając za sobą wygraną rozgrywkę z przeciwnikiem o teoretycznie "większej mocy" od nas, okazuje się, że uczucie rozumienia gry jest większe niżeli po partii sromotnie przegranej. Czas po zwycięstwie to jakby ktoś ściągnął zasłonę z planszy, jasno i wyraźnie widzimy prostotę gry, jej logikę, rozumiemy flow of the game czy direction of play, gdzie kto popełnił błąd, gdzie nastąpił przełom i mamy to uczucie kontroli gry. To najbardziej intrygujący aspekt go - poczucie kontroli gry. Nie ślepe miotanie się, nie bezrozumne skakanie po planszy ale poczucie racjonalności swoich działań i swoistego determinizmu spod którego przeciwnik wyrwać się nie może bez szkody dla siebie samego. Wygrana gra daje wrażenie czystości i łatwości, emfatycznie mówiąc "dodaje skrzydeł". Ale niech nastąpi taka przegrana, która ukruszy "beton" miłości własnej i "ja" niech zostanie zmuszone  do pokornego wypowiedzenia "poddaję się", albo niech będzie zgruchotane dwucyfrowym wynikiem na korzyść przeciwnika. O, wtedy to wszystko rozsypuje się jak domek z kart; cała nasza wiedza, całe rozumienie jest jakby w strzępach. Dotychczas skuteczne techniki stosowane do rozwiązywania Problemu (czyli partii go jako całości) okazały się nieskuteczne, zostaliśmy obrabowani z kognitywnej pewności co do swoich umiejętności i swojej wiedzy. I nic to takiego jeżeli i tak nie mamy wiary co do własnych umiejętności - zamęt po grze w takim razie pozostaje zamętem, kolejna przegrana wiele nie zmienia. Ale kiedy pewne elementy gry są dla nas jasne, a i przekonani jesteśmy o jakimś poziomie posiadanych umiejętności, wtedy poznawczy dysonans pomiędzy naszymi przekonaniami a obrazem gry jest szczególnie odczuwalny. Krótko mówiąc - Duch nasz jęczy w męczarniach gdybologii, udręka próżnego roztrząsania niezrealizowanych szans gniecie i odbiera sen, pozostaje jedynie marzenie o rewanżu. To tyle uwag pokonanego, a poniżej zapis części gry. (Zapis dubluje niejako to, co i Cadrach umieścił, tu w zapisie zamieściłem kilka moich uwag, jest tu także błąd w jednym shimari białego ale o tym sza).







 Ostatnia partia turnieju, przeciwnikiem był Paweł Skibiński 4 kyu. Tym razem poczułem presję. Przegrana to dalsze kiblowanie w klasie 4kyu, wygrana dawała złudzenie, że może i na awansik człowiek uzbiera. I choć rację ma Cadrach pisząc mi po turnieju, że nie gra się rankingiem i awans taki nic nie wart, to moja słodka próżność wymagała pielęgnacji. I co tu pisać, zależało mi na odegraniu się po wcześniejszej przegranej. Grę tę najmniej pamiętam, była najbardziej skomplikowaną pod względem tego co obaj wyrabialiśmy w chubanie i yose. Pomimo dobrego startu dla mnie, kiedy to przeciwnik dał się i pociąć, i następnie w walce pomylił się, dając mi złapać kilka dodatkowych kamieni i otoczyć sporo punktów, była to męcząca gra. O tak, lekkiej gry nie miałem. Parokrotnie czułem, że właśnie partaczę wygraną, że jestem o włos od przegrania dobrej dla mnie partii. Przeżyłem ciężkie chwile kiedy przeciwnik zignorował moje "stuprocentowe sente" i zostawiwszy słabość w swoich szeregach zdecydował się redukować moje główne terytorium. Bolało. A mogłem spokojne zabudować wjazd, spokojnie zostawić to "stuprocentowe sente" na później, a tu taki cios poniżej pasa. Już nie byłem pewien wygranej, już nie wiedziałem ile tracę ja, ile on, podczas gdy sobie wzajem wyrywaliśmy ostatnie ochłapy punktowe na planszy. Było nerwowo. Paweł powoli wyżerał kolejne punkty mojego terenu, odbijał dawno utraconych towarzyszy i bezwstydnie brał punkty w MOIM centrum! Nic nie mogłem poradzić, wszędzie złe aji poczynało wychylać swą parszywą facjatę. Uratowało mnie chyba zmęczenie przeciwnika i to moje "stuprocentowe sente"... Owszem, odebrał mi sporo z tego co nagrabiłem wcześniej, jednak nie pozostałem dłużny i bezczelnie przeżyłem kosztem całego jego rogu. To była spora strata w punktach dla czarnego i właściwie ta, która zdecydowała o moim zwycięstwie.





Kolejna gra zatem wygrana nie błyskotliwymi zagraniami a ciężką wrestlerską młócką 3 kategorii. Cóż wygrana to wygrana, punkciki trafiły na konto. Awans na 3 kyu jest. Ale partactwo pozostało partactwem. Do zobaczenia na następnym turnieju.

niedziela, 9 grudnia 2012

Mistrzostwa Polski w go w Katowicach

Od 29 listopada do 2 grudnia bieżącego roku odbywały się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach Mistrzostwa Polski w go. Zwyciężył Stanisław Frejlak nie będąc pokonanym nawet jeden raz w siedmiorundowym turnieju. Bilans ten sam, jaki osiągnął w tym roku na mistrzostwach do lat 24 w Bielsku, o których niedawno pisałem. Relacja Janka Baranka oraz zdjęcia z niej znajdują się na polskiej stronie go.

W sobotę wieczorem miałem okazję obserwować jedną grę Siasia i Fisza (Kamila Chwedyny), w zasadzie jej drugą połowę, na żywo. Siasio był już w byo-yomi. Sytuacja na desce była trudna, wydaje mi się, że była to jedyna gra, którą tak naprawdę powinien był przegrać, gdyby nie łaskawość przeciwnika, a mówiąc wprost jego chciwość i ambicje zabicia jeszcze większej grupy kamieni. Ostatecznie grę, która niedawno zdawała się być wygraną, Fisz musiał poddać. Nie tylko sama sytuacja na desce była ciekawa, ale też sposób, w jaki gracze grali mając do dyspozycji już tylko doliczony, jednominutowy czas namysłu na każdy kamień. Spokojnie liczyli, po kamień z gosu sięgając dopiero wtedy, gdy zegar oznajmiał im, że pozostało pięć sekund. Wyjmowali kamień i kładli go na gobanie, nieśpiesznie przenosili rękę nad zegar i przełączali czas przeciwnikowi. Spokój (na pewno pozorny, bo nad deską wyraźnie wyczuwało się bardzo napiętą atmosferę i wolę zwycięstwa obu graczy) bardzo rzucił mi się w oczy. Żeby rozgrywać byo-yomi w ten sposób, grając o taką stawkę, mając tak trudną sytuację na gobanie, trzeba mieć naprawdę dużo doświadczenia, nie wspominając już o odporności psychicznej. Jako bywalec goistycznych turniejów dopiero od tego roku może jeszcze mało widziałem, ale to, co zobaczyłem w grze Siasia i Fisza, było dla mnie czymś bardzo nowym i zaskakującym. Tym bardziej, że na turnieju towarzyszącym, w którym wziąłem udział, jak zresztą na każdym innym, byo yomi było moją zmorą. Właśnie w sobotę wieczorem, pięć minut przed tym, jak wszedłem do sali, gdzie trwał ich pojedynek, sam przegrałem "wygraną" partię w doliczonym czasie gry popełniając błędy, bo nie potrafiłem pohamować zdenerwowania.

Turniej towarzyszący rozpoczął się 1 grudnia, kiedy rozegraliśmy trzy rundy, zaś następnego dnia odbyły się ostatnie dwie. Stawiło się dwudziestu czterech graczy. Do dyspozycji mieliśmy godzinę czasu podstawowego i trzydziestosekundowe byo-yomi. Na pierwszą rundę sparowany zostałem z Pawłem Skibińskim 4 kyu. Przypominam sobie, że gdy znajomy gliwicki wrestler namówił mnie, w maju 2008, po raz pierwszy na wyjazd na turniej do Krakowa, w pierwszej rundzie trafił mi się tam tenże właśnie przeciwnik. Grę wtedy przegrałem, w ostatnim ruchu yose stawiając łańcuch kamieni w autoatari i tracąc dwudziestopunktowe prowadzenie. Nadszedł jednak czas zmian, oto wyszedłem z paprocańskiego lasu by palić i mordować i mścić się za dawne zniewagi. Wylosowałem czarne kamienie i rozpoczęliśmy grę. Pomimo błędu w fuseki udało mi się uzyskać lepszą pozycję, którą utrzymywałem dość długo. Zdarzały się wręcz chwile, w których dziwiłem się, że mój przeciwnik gra tak łagodnie, mając przecież gorszą sytuację. Najbardziej decydującą w utrwaleniu mojej pewności siebie była jego rezygnacja z ataku na najsłabszą grupę na desce, jaką posiadałem, którą po prostu wykorzystał do otoczenia terenu w centrum, dając mi bezpieczne życie. Uśpił tym moją czujność i już zdawało mi się, że gra jest moja, gdy zaskoczył mnie kontratakiem w lewym górnym rogu, przeżywając kamieniami w miejscu, które jeszcze niedawno uważałem za swoje terytorium. To niezwykłe, jak szybko i jak bardzo można człowiekowi popsuć humor. Wszystko to uczynił grając ryzykowne dla niego samego tenuki, a po tak niespodziewanym ciosie nie miałem wyjścia, jak zrekompensować straty w zaniedbanym przezeń miejscu. Kilkadziesiąt ruchów później jego kamyki miotały sie gdzieś w centrum, szukając oczu, a ja znów miałem dwudziestopunktowe prowadzenie. I wtedy, jak grom z nieba, tym straszliwszy, że byłem już od pewnego czasu w byo yomi, pojawiło się tesuji dające mojemu przeciwnikowi szansę na zbicie wielu moich centralnych kamieni. Nie mając jak grać o taką stawkę, musiałem oddać kilkanaście punktów i końcówka yose była już całkowitym chaosem. Nie miałem pojęcia, kto wygrywa, nie miałem czasu, by oszacować wynik, nie było też go, by grać yose rozumnie i z pomysłem. Gdy po podliczeniu okazało się, że wygrałem o 4.5 punkta, była to dla mnie ogromna ulga. Zapis części partii poniżej.





Drugą rundę zagrałem z Grzegorzem Sobańskim 5 kyu. Otrzymawszy ponownie czarne kamienie rozpocząłem grę fuseki, w którym coraz pewniej i pewniej się czuję. Bardzo szybko jednak wynikła walka w rogu, która nam obu odebrała ponad połowę czasu. Wyszedłem z niej na szczęście z równym wynikiem lokalnie, odrobinę lepszym zaś globalnie i, co najważniejsze, w sente, choć gdy bójka w narożniku się rozpoczynała, nie sądziłem, że uda mi się z niej wyjść cało. Wspomnę jeszcze, że mój wróg wszedł szybciej ode mnie w byo yomi, co rzadko mi sie zdarza. Jego yose było zresztą dość słabe i powiększałem stopniowo swoją przewagę, grając tenuki od kilku jego nazbyt małych punktowo ruchów. Prowadziłem znacznie, gdy udało mi się zabić jeszcze jego grupę i poddał przed liczeniem. Była to bardzo ciekawa i nie tak chaotyczna partia, jak poprzednia.





Trzecią rundę zagrałem z Dariuszem Bednarczykiem 3 kyu. Obaj nie mieliśmy żadnej porażki na swoim koncie i jeden z nas z tym bilansem miał kończyć pierwszy dzień turnieju. Gra okazała się być moją najbardziej zaciętą i wyrównaną partią tego dnia. Nad pierwszymi kilkudziesięcioma ruchami spędziłem całą godzinę, później już cały czas znosząc grę w byo yomi. Mój przeciwnik zachował znacznie więcej czasu i grał do początku yose w czasie podstawowym. Gdy wszedłem w byo yomi, gra wydawała mi się bardzo równa, wobec czego nie byłem w najlepszym humorze, ale właśnie wtedy mój przeciwnik popełnił ogromny błąd, tworząc grupę, którą nie miał dokąd uciekać. Po grze przyznał, że chciał zredukować moje potencjalne włości w centrum, ale obaj uznaliśmy, że gdyby redukował bardziej od zewnątrz, byłoby to właściwsze i utrzymało równy bieg partii. Od tego momentu miałem wiele okazji, by zagrać ruch, który dałby mi zwycięstwo, ale byo yomi wymuszało pośpieszne, ryzykowne zagrania i błędne decyzje. Grupa przeciwnika miotała się, raniąc inne swoje kamienie i w pewnym momencie była martwa nie tylko ona, ale też jeszcze jeden, znacznie większy łańcuch kamieni. Mimo to nie potrafiłem grać spokojnie, nerwy i zmęczenie graniem ponad połowy partii w byo dały znać o sobie i przegrałem o 12.5 punkta grę, która mogła być moim największym zwycięstwem.





Poza Dariuszem Bednarczykiem jedyną osobą z czołówki, która nie przegrała partii po sobocie, był Trepanator 4 kyu, znany już z tego bloga. Gdy w niedziele rano zostaliśmy ze sobą sparowani, wiedzieliśmy obaj, że czeka nas brutalna, wrestlerska wymiana ciosów po mordzie. Grając z Tomkiem zawsze wiem, że muszę walczyć do końca, że goban i to, co na nim widać, to tylko marny odblask tego, jak bardzo każdy z nas chce pokonać drugiego. Gdyby nam dano rapiery, na pewno nie walczylibyśmy tylko do pierwszej krwi. Śmiertelnego wroga trzeba zakłuć, ciało zaś zostawić sępom i psom bez pogrzebu, a kobietę sprzedać w niewolę za haniebną cenę. Te partie z pewnością nie są najpiękniejsze, na naszym poziomie nigdy nie będą, ale to pojedynki specjalne, które cenię najbardziej i przez rośnie moje przywiązanie do grania w go. Katowickie mordobicie wygrałem dość zdecydowanie, o 15.5 punkta. Poniżej zapis gry, w której, jak to zwykle przeciw Tomkowi, zacięta walka zaczęła się natychmiast w fuseki, a jej tempo i nasza wspólna niechęć do "odpuszczenia" przeciwnikowi nie pozwalały przez długi czas wrócić do zajęcia ostatniego wolnego rogu. Z wygranej cieszę się tym bardziej, że pierwszą naszą grę na turnieju przegrałem (we wrześniu 2011 w Gliwicach, przez poddanie). W obu partiach zagrałem białymi kamieniami.





Ostatnią rundę zagrałem z Wojtkiem Adamusem 5 kyu. Otrzymałem białe kamyki i tym razem zagrałem znacznie spokojniej, niż przeciw Tomkowi, decydując się wziąć małe, ale solidne terytoria i poczekać na okazję. A ta przyszła sama i to kilkakroć, bo Wojtek popełnił szereg błędów technicznych, które dały mu złe kształty, oraz jeden poważny - stworzył słabą grupę, którą mogłem gonić przez cały goban. Wygrałem przez poddanie.





W piątej rundzie Dariusz Bednarczyk został także pokonany i wszyscy trzej, razem z Tomkiem "Trepanatorem" Podolcem, kończyliśmy turniej z wynikiem 4/1. Po podliczeniu SOSu Dariusz zajął pierwsze, ja drugie, Tomek trzecie miejsce. Obaj z Tomkiem zostaliśmy też awansowani na 3 kyu. Pełne wyniki z obu turniejów, zarówno mistrzowskiego, jak i naszego wrestlerskiego, znajdują się na stronie Mistrzostw Polski.

Na zakończenie przedstawiam zanalizowaną (głównie przez Tomka) partię bardzo początkujących graczy: Krzysztofa Kosta, wytrwałego bywalca turniejów, który jak dotąd nie wygrał na nich jeszcze nawet jednej partii, oraz Tomka Kubaszka. Była to druga runda sobotniego turnieju towarzyszącego.





piątek, 23 listopada 2012

Listopadowy turniej w Bielsku - Białej

17 listopada odbył się w Bielsku-Białej klubowy turniej go, na którym udało mi się zagrać. Przyjechało łącznie sześć osób, więc panowała dość prywatna atmosfera, podobnie jak na wrześniowym turnieju na mniejszych deskach (13x13), także organizowanym przez Igoyamę. Rozegraliśmy trzy rundy. Na każdą grę mieliśmy do dyspozycji 45 minut i 30 sekund byo-yomi; niewiele, co zaważyło na niższej jakości partii i liczbie błędów w nich popełnionych. Turniej był handicapowy, czyli silniejszy gracz miał zaniżone komi, a czasem dodatkowo jeszcze oddawał kilka pierwszych ruchów słabszemu przeciwnikowi.

 (Dla tych, którzy nie wiedzą - poniższe komentarze do partii są mojego autorstwa, a zatem osoby znającej go na niskim poziomie (4 kyu w rankingu EGF). Mają one wartość przede wszystkim pamiętnikarsko-sentymentalną, ale słabsi gracze, poniżej 6 kyu, może coś z tych uwag wyciągną.)

W pierwszej rundzie zostałem sparowany z równym mi rankingowo Bogdanem Krukiem - 4 kyu. Nawiasem mówiąc, we wrześniu był on jedynym przeciwnikiem, którego pokonałem na "trzynastce". W pozostałych pięciu grach byłem wtedy bity bez litości. Wylosowałem czarne kamienie i zagrałem moje ulubione ostatnio fuseki, wobec którego Bogdan okazał się grać tak ostrożnie, że prędko stało się widoczne, iż uzyskałem od początku lekką przewagę, sprawniej rozwinięte pozycje. W czubanie udało mi się kontrolować przebieg pojedynku, wykorzystałem potencjał do przeżycia w mojo białych kamieni, a potem także do przejęcia dolnego rogu i moja przewaga jeszcze bardziej urosła. Mimo błędu w późniejszym etapie gry nic nie mogło mi już odebrać zwycięstwa. Grę wygrałem przewagą 15.5 punkta.

 W drugiej rundzie moim przeciwnikiem został Łukasz Oleś 5 kyu. Otrzymałem białe kamienie, a komi zostało zmniejszone do 0.5 punkta, by wyrównać różnicę siły między nami. Na czerwcowym turnieju, który zorganizowałem w Tychach, Łukasz pokonał mnie po ciekawej i wyrównanej do niemalże samego końca grze. Mówiąc ściśle - sam pokonałem wtedy siebie. Omawiana teraz partia, w której zamierzałem pomścić ową haniebną porażkę z Korsarza, wydawała mi się dość równa do momentu, w którym wkroczyliśmy w jose, kiedy zacząłem uzyskiwać duże, coraz większe prowadzenie i ostatecznie wygrałem o 16.5 punkta. To też zdało mi się naturalną koleją rzeczy podczas gry z Łukaszem - wystarczy wyczekać do jose i co najmniej 10 punktów można zawsze przy tym przeciwniku odrobić, a nawet więcej, jeśli grę z nim ustawi się wyłącznie pod granie jose i upraszcza czuban. Teraz jednak, gdy patrzę po kilku dniach na zapis partii, widzę, że moje prowadzenie zaczęło się chyba jednak wcześniej, nawet pomimo tego, że grałem bez komi. Łukasz starał się grać bardzo aktywnie i niestandardowo, ale wszędzie miałem stabilne, żywe grupy, którym nic nie mogło zagrozić, a które, gdy doszło do finiszu, systematycznie zmniejszały terytoria bielskiego barbarzyńcy.

Ostatnią partię zagrałem z Andrzejem Gegą (7 kyu). Andrzej, pomimo trzech kamieni handicapu, jakie otrzymał, pozwolił mi zrobić spore mojo w centrum, co prawda sam zagarniając równie obszerne ziemie. Okazało się jednak, że moje terytorium było większe o 1.5 punkta. Grę rozgrywaliśmy bardzo szybko i być może dlatego zwyciężyłem. Nie sądzę, bym na tak wysokim handicapie był w stanie wygrać ten pojedynek, zwłaszcza w aż tak pokojowy sposób, po prostu otaczając teren, nie dokonując nawet jednej inwazji. Partia, za sprawą tempa, nie była ciekawa i nie ma sensu zamieszczać tutaj jej zapisu. Po pokonaniu Andrzeja żaden rezultat z pozostałych desek nie mógł wpłynąć na wynik turnieju; miałem zapewnione pierwsze miejsce.

29 XI rozpoczynają się w Katowicach czterodniowe Mistrzostwa Polski w go. 1 i 2 XII dodatkowo rozgrywane będą gry na turnieju towarzyszącym (dla wrestlerów mojego pokroju), na którym zamierzam grać i oczywiście zdać z niego relację.

EDICTUM 
 Poniżej słowa o turnieju zapisane przez Trepanatora - jego także partie przezeń omówione. Mam nadzieję, że wspomnienia jego partactw będzie jeszcze okazja tutaj zamieścić. 

 Partia pierwsza. Batalia pełna błędów obu stron, którą to batalię ostatecznie wygrał biały przez poddanie. Szczegółowszy opis w samej partii poniżej.

Partia numer dwa. Przeciwnikiem był Andrzej G.(7kyu) Gra handicapowa rządzi się własną logiką. Wyrównanie sił poprzez dodatkowe kamienie na planszy daje teoretycznie szansę słabszemu. Daje przewagę. I jak można się domyślać jest to przewaga złudna jeno i chwilowa tylko. Brak początkowej równowagi gracz silniejszy nadrabia cierpliwoscią. Wystarczy poczekać a przeciwnik sam ukręci bicz na się i obnaży plecy. Czarne kamienie w przewadze, biały wygląda jak intruz, co więc innego pozostaje jak nie atak? O bogowie, gdybyż go było tak banalne! Oto proszę państwa po stronie czarnych kilka kamieni przewagi na pustej planszy i paląca pewność siebie. Po stronie białych doświadczenie i cierpliwy ogląd sytuacji. Jak wszyscy pamiętamy z bajki Kiplinga o ichneumonie imieniem Rikki-Tikki-Tavi, uroczy gryzoń nie zwyciężał frenetycznie atakując, jeno spokojnie podchodził do wroga, i gdy trzeba refleksem unikał gadzich kłów po to tylko by swe własne zatopić we łbie upatrzonego egzemplarza żmijowego rodu. Tak pokrzepieni mądrością bajek wiedzieć winniśmy co robić. Mianowicie czekać a okazja sama się zjawi. Tym przydługim wstępem do mojej drugiej partii tegoż turnieju pragnę odwrócić uwagę czytelnika od pewnego materialnego braku mianowicie braku zapisu gry. Odtworzenie pierwszych ruchów jednakże jest dość prostą sprawą i rozpoczęcie gry zamieszczam poniżej. Biały po początkowych błędach czarnego miał łatwą i przewidywalną grę, atakując co i rusz kolejną czarną grupę, ubijając średnio co drugą. Smutny i przewidywalny skutek pośpiechu i braku cierpliwości.

Najgorszy rodzaj zwycięstwa, trzecia partia z Bogdanem K. (4kyu), która mądrości poprzedniej partii wyrzuciła gdzieś na śmietnik, i w której po radosnym rozpoczęciu nastąpiło zmarnowanie wszelkiego posiadanego przeze mnie potencjału i oddanie prowadzenia przeciwnikowi, który jednakże postanowił, nieprzymuszany przez nikogo, w ostatnich ruchach gry popełnić jedną z grup dość malownicze harakiri, oddając ostatecznie zwycięstwo mej osobie. Gra która sprawiła, że poczułem się obrażony własną głupotą, a nieoczekiwana wygrana tylko ugodziła mocniej mą miłość własną. Zapisu brak, albowiem obaj z przeciwnikiem już po partii nie potrafiliśmy jej odtworzyć co było dość zabawnym szczegółem, kwestia emocji jak widać upośledziła naszą pamięć i obaj wymazaliśmy grę z rejestrów naszych umysłów... (gdybym tylko nie zainwadował, gdybym tylko spokojnie obronił teren, gdybym tylko redukował...) Tak, tak, obaj wymazaliśmy tę partię z naszych pamięci. Złego miły początek poniżej.

Turniej choć kameralny, klubowy, tylko sześcioosobowy, przyniósł sporo emocji i sporo dodatkowej wiedzy, zwłaszcza o sobie. Jak to mawiali starożytni γνῶθι σεαυτὸν, poznaj samego siebie. Święta prawda, święta prawda, braciszkowie. Ech, nigdy więcej takich prawd, nevermore. Dziękuję za uwagę.

niedziela, 15 lipca 2012

Samuraj. Bitwa pod Nagashino.

Bitwa pod Nagashino rozegrała się 29 kwietnia 1575 roku, trzy lata po śmierci wielkiego Takedy Shingena, zastąpionego przez Takedę Katsuyoriego, blady cień poprzedniego wodza. Katsuyori oblegał zamek Nagashino, gdy z odsieczą przybyły wojska Tokugawy Ieyasu i Ody Nobunagi. Prowadzili armię dwakroć liczniejszą, lepszą pod względem uzbrojenia (kilka tysięcy muszkietów) oraz dysponowali czasem na przygotowanie się do bitwy, a mimo to Takeda Katsuyori postanowił zaatakować przybywających z odsieczą. Jego armia została rozgromiona, szarżujące wojska rozstrzelane przez muszkieterów. Wydarzenia te przedstawione zostały w filmie Akira Kurosawy „Kagemusha”.

Aby oddać charakter tej bitwy w scenariuszu zastosowano szereg zasad specjalnych. Po pierwsze, istnieje szansa na pogorszenie się pogody i deszcz, co oznacza, że w danym etapie nie będzie można używać broni palnej. Po drugie, aby oddać „zamiar" atakowania, gracz dowodzący wojskiem Takedy Katsuyoriego zmuszony jest do poświęcenia pierwszego ruchu w każdym kolejnym etapie na wprowadzenie nowych jednostek do bitwy (zaatakowanie nimi), w innym razie będzie dysponował w tym etapie tylko jedną aktywacją. Po trzecie – ma możliwość zarządzenia szarży konnej na całej linii frontu. Wówczas wszystkie jednostki kibamusha (kawaleria) mogą zaatakować jednocześnie. Tym samym można aktywować darmowo wszystkich (swoich i zapewe przeciwnika) busho w grze, ponieważ jeśli choć jedna jednostka podlegająca danemu busho walczy, wówczas cały jego kontyngent uznawany jest za aktywowany. Po czwarte: wojska Ody Nobunagi dysponują unowocześnioną wersją muszkietów, znacznie bardziej skuteczną od tych, które posiadają oddziały Takedy.

Morg: Oda Nobunaga (czerwoni) i Tokugawa Ieyasu (żółci) C: Takeda Katsuyori (niebiescy)

Plany Morga:
Siły Ody i Tokugawy rozmieszczone za rzeką, na dodatkowo umocnionych pozycjach dawały mi przewagę w obronie. Dodatkowo za defensywą przemawiała niewielka liczba oddziałów kawalerii i ogromna liczba posługujących się muszkietami jednostek Teppo. Oda jako głównodowodzący dawał mi też sporą liczbę aktywacji, dzięki czemu uznałem, że w czasie spodziewanego frontalnego ataku będę mógł skutecznie kontratakować i wymieniać nadszarpnięte jednostki. Na flankach rozmieszczone były siły, które miały skłonić Takedę do ataku, postanowiłem je wycofać, aby wzmocnić skrzydła. Plan zakładał więc radykalną defensywę a następnie przejście do kontrataku. Jako, że ta gra jest ciągle dla mnie pewną zagadką, większa liczba żetonów i większe liczebnie klany nie powodowały, że czułem się pewnie. Mój przeciwnik miał po prostu znacznie większe doświadczenie w grach wojennych i za każdym razem bezlitośnie wykorzystywał moje błędy w przeszłości – nie takie moje przewagi obracał już w perzynę.

Plany C: Zamierzyłem uderzyć wyłącznie na lewym skrzydle, na słabsze wojska Tokugawy Ieyasu (żółty kolor), który ponadto nie jest tak dobrym wodzem, co Oda Nobunaga (mniejsza ilość aktywacji). Tym razem postanowiłem nie prowadzić odciągających działań na drugim skrzydle oraz w centrum i czekać wpierw, jak rozwinie się sytuacja na wybranym kierunku.

Morg: Pierwszy Etap. Niestety wygrałem inicjatywę. Jestem znany z gorącej głowy, więc wizje lokalnych sukcesów powodują, że zapominam o realizacji planu, toteż postanowiłem zaatakować na skrzydłach. Po stronie Ody zreorganizowałem więc moich podżegaczy i wysunąłem jeden klan do przodu, po stronie Tokugawy ruszyłem wysuniętym oddziałem do głupiego ataku. Skutki były dla mnie opłakane, a kontratak Takedy sprawił, że całe skrzydło Tokugawy straciło długość i zaczęło się jeszcze bardziej zwijać. Fakt, że ściąłem łeb jednemu Dajmio*, wcale nie poprawił mi humoru. Takeda był w furii, niszcząc pozycje obronne. Szybko straciłem cały klan.
* Mnie się wydaje, że łeb ścięto później, w trzecim etapie, dopiero wtedy zaatakowałem w tamtym miejscu.

C: Na zdjęciu widać, jak kłopotliwa jest konieczność zaatakowania przeciwnika nowym klanem podczas pierwszej aktywacji. Hara Masatane (przykryty żetonem szarży - Norikizushi) musiał natychmiast zaatakować choć jednym oddziałem. Do oskrzydlenia mogłem użyć tylko pozostałych dwóch jednostek piechoty z jego kontyngentu (maszerują na tyłach wojsk Yamagata Masakage). W tej sytuacji nawet, gdybym miał momentum, niewiele mógłbym piechurami zdziałać.

C: Udana kontynuacja i druga aktywacja. Dopiero Naytoh Masatoyo mógł w pełni wykorzystać sytuację. Szerokim łukiem obchodzi osłabione pozycje i dopiero on naprawdę zagraża wojskom Tokugawy.

W reakcji na pogorszenie sytuacji na skrzydle Oda Nobunaga wysyła Okazaki Nobuyasę, aby pomógł. Jego oddziały widać maszerujące na tyłach armii Ody i Tokugawy. Pierwszy etap kończył się stanem 85 (z 90) utrzymanych RP Takedy Katsuyoriego i 116 (ze 140) Ody i Tokugawy.

Morg: Drugi Etap. Stało się to czego obawiałem się najbardziej. Zaczął padać gęsty deszcz – cała moja siła obrony opartej o muszkiety stopniała niemal do zera, a skrzydło Tokugawy zwijało się coraz bardziej. Spodziewałem się, że Takeda ruszy z całym impetem na moje pozycje – byłoby to ryzykowne, ale związane na skrzydle siły Tokugawy nie mogły by ich wzmocnić. Takeda jednak nie zaryzykował takiej konfrontacji widząc, że siły Tokugawy ustąpiły już pola, postanowił kontynuować natarcie na skrzydle. Musiałem ruszyć jego siły, aby chronić resztę podległych mu klanów przed załamaniem. Oda posłał mu na pomoc jeden z pośledniejszych klanów.

W drugim etapie inicjatywę wygrał Oda i to on może rozpocząć etap. Może gdyby Takeda Katsuyori był lepszym wodzem i w tym momencie rzut wskazałby na inicjatywę dla niego, bitwa rozstrzygnęłaby się szybko. Łatwo można sobie wyobrazić Naitoha Matsuyoriego szarżującego na głębokich tyłach na oddziały Tokugawy zanim zdązyły się przygotować do obrony. Na zdjęciu reakcja Tokugawy i ruch jego licznych wojsk, nowa linia obronna przygotowana na „przyjęcie” Naitoha, co prawda kosztem osłabienia centrum, ale babo-saku i strumień same w sobie będą stanowić trudną do sforsowania zaporę. Drugi etap skończył się stanem 68 RP Takedy i 100 Ody i Tokugawy.

Morg: Trzeci Etap. Deszcz przestał padać, ale muszkiety ciągle były wyłączone z użycia. Byłem pewien, że atak nastąpi właśnie teraz, kiedy była ku temu ostatnia okazja, ale było już za późno, siły Takedy związane na skrzydle spotkały się z oporem. Uderzenie Tokugawy było potężne, ale okupione potwornym wysiłkiem – większość klanów trzeszczała już w posadach gotowa do ucieczki, kontratak odciążył je i odzyskałem pole – z wielką ulgą, lecz z drżeniem serca - pośledni klan z sił Ody miał tu swoją zasługę. Wymiana sił jest w tej grze niesłychanie ważna. Zaś dumny Honda chronił zaciekle oddziały Togukawy przed przełamaniem na przedpolach za rzeką.

C: Bardzo chciałem kontynuować natarcie na skrzydle, póki nie jest ono w pełni przygotowane do obrony, ale wpierw, aby uzyskać trzy aktywacje w tym etapie, muszę znowu w pierwszym ruchu zaatakować oddziałami, które jeszcze nie walczyły. Porywczy Takeda Katsuyori rzuca więc następne szeregi do walki. Rusza Obata Nobusada i jego 800 żołnierzy, przedzierają się przez strumień, przechodzą na brzeg i atakują Teppo osłoniętych za babo-saku oraz niewielki oddział piechoty dowodzony przez Hondę. Natarcie załamuje się, straty są krwawe, sam zaś Obata, wyzwany na pojedynek przez samuraja Gotoha Oi-No-Suke, aby nie stracić honoru i twarzy przed swoimi podkomendnymi, bez wahania przyjmuje wyzwanie. Kilkanaście minut później posłańcy zanoszą jego głowę Oda Nobunadze. Widok ściętego łba Obaty jest dla niego wyraźnym sygnałem, że bitwa zmieniła przebieg. Na zdjęciu widać już „replacement” Obaty, wyłoniony pośród zatrzymanych oddziałów.

Morg: Czwarty Etap. Klany sił Takedy, które zaatakowały na skrzydle, były już w rozsypce – nie twierdzę, że po stronie Tokugawy było lepiej, ale ciągle dysponowałem zapleczem Ody, którego mogłem użyć – Takeda swoje posiłki zostawił daleko od strefy walki. Niemniej jednak, szeregi Takedy po kilku ostatnich potyczkach uciekały w popłochu rozpadając się w pył. To samo stało się z głównymi siłami Tokugawy, które także uciekły z pola bitwy.

Na zdjęciu sytuacja pod koniec czwartego etapu.

C: Wyczerpane walką oddziały Takedy pierzchły z pola bitwy, pozostawiając nielicznych, którzy utrzymują jakąś linię. Jednocześnie próg załamania osiągnął cały potężny kontyngent Tokugawy, który także opuścił pole walki, pozostawiając pozostałych busho swojego klanu bez komendy.To jednak nie zmieniło wyniku bitwy. Wskutek właściwie przeprowadzonego i wykonanego na czas kontrataku, Tokugawa rozbił armię Takedy. Skończyłem czwarty etap na poziomie -29 RP i moje wojska wycofały się w panice z pola bitwy. Oddziały Ody i Tokugawy zakończyły bitwę z pozostałymi im 26 RP.

Podsumowanie Morga:Przewaga była po mojej stronie, a zatem wygrałem – moje klany były liczniejsze, więc trudniej było je przepędzić z pola bitwy. Miałem dogodne do obrony pozycje – błąd z pierwszego etapu sprawił, że ledwie obroniłem skrzydło. Sam scenariusz sugerował frontalny atak – myślę jednak, że obaj jeszcze nie znamy na tyle specyfiki tej gry, aby uznać tę rozgrywkę za dobrze przeprowadzoną taktycznie. Prawdopodobnie zbytnio forsujemy swoje siły, szybko przechodząc do gwałtownych ataków, nie zapewniając stosownych uzupełnień – aktywację poświęcamy na ruchy i ataki, a być może warto się skupić także na regeneracji jednostek i manewrach albo zaczepnych, albo prowokujących. Myślę, że Cadrach (po bitwie łatwo mi to mówić) mógł podejść do ataku ze spokojem i przegrupować swoje siły, tak, aby zbudować ciąg uzupełnień – raczej nie przeszkadzałbym mu w tym siedząc na swoich pozycjach.

Podsumowanie C: Największym obciążeniem w prowadzeniu tego pojedynku była konieczność ciągłego wprowadzania nowych oddziałów do walki bez chwili na właściwe ich ugrupowanie, jeśli tylko chciałem zachować 3 punkty aktywacyjne na etap. Samo to jest już obciążeniem, ale przede wszystkim wpływa na kolejność ruchów, jakie mogłem wykonywać w etapie, bo nawet, gdybym miał inicjatywę i mógł pierwszy ruszyć się oddziałami, musiałbym podczas pierwszej aktywacji ruszać się "nowymi", nie mógłbym kontynuować natarcia na odcinkach, gdzie było to najpilniejsze. Chyba że zdecydowałbym się na grę tylko z jedną aktywacją w etapie. Być może powinienem był wykonać szarżę (opcja dostępna dla wojska Takedy – wszystkie jednostki konnicy atakują na całej linii), co aktywowałoby mi wszystkie klany automatycznie, ale też wystawiło na ogromne straty, a jako że armia Takedy ma stosunkowo niski próg ucieczki (90 Rout Points), na takie zagranie się nie zdecydowałem. W samej zaś grze Morg dobrze poprowadził kontratak, który był kluczowy dla wyniku. To wszystko sprawiło, ze ustąpiłem pola.

sobota, 14 lipca 2012

Samuraj. Mikata-Ga-Hara.

Dwa i pół roku po bitwie nad Anegawą*, 22 grudnia 1572 roku Takeda Shingen wszedł na ziemie Tokugawy Ieyasu, kontrolującego zamek Hamamatsu, który mógł być przeszkodą w marszu na Kyoto. I rzeczywiście, Tokugawa, po bitwie nad Anegawą nadal w sojuszu z Oda Nobunagą i wsparty jego wojskiem, postanowił maszerującego przeciwnika zaatakować, mimo potężnej armii, jaką tamten dysponował. Pod Mikata-Ga-Harą wojska Tokugawy liczyły około 8000 żołnierzy (wsparte nie tak skorymi do walki 3000 żołnierzy Ody Nobunagi), natomiast armia Takedy Shingena liczyła 30000. Warto dodać, że jest to czas, w którym Takeda Shingen i jego wojska są u szczytu swej potęgi. Atak Tokugawy nastąpił niedługo przed zmierzchem, w trakcie śnieżycy. Mimo początkowego sukcesu jego wojska poszły w całkowitą rozsypkę, a on sam zdołał uciec do zamku Hamamatsu ledwie z pięcioma ludźmi.

Na powyższym zdjęciu widać zastępy Tokugawy Ieyasu (żółty kolor) wsparte niewielkim kontyngentem Ody Nobunagi (czerwoni) rozwijające natarcie na ledwie widoczne przez śnieg i panujący półmrok oddziały przeniewiercy Takedy Shingena.
Bitwę pod Mikata-Ga-Harą rozgrywałem trzeci raz, jest ona świetna na wprowadzenie w zasady Samuraja (tym razem grałem z Morgiem). Po raz pierwszy udało nam się bitwę zakończyć (gra zajęła nam dwie i pół godziny).
Jako bardziej zaawansowany dowodziłem szalonym Tokugawą i atakowałem na przeważające wojska Takedy. Mimo to do gry przystąpiłem z podniesionym czołem; wydawało mi się, że mam świetny plan na zwycięstwo, znakomity fortel. Czułem, że bitwa jest moja.
W przeciągu 3 etapów gry moje oddziały, jeden za drugim, rozbijały się o wojska przeciwnika i uciekały w popłochu. Nie pomogło wprowadzenie wielkiego kontyngentu pod osobistymi rozkazami Tokugawy, na wszystko już było za późno. Zostałem całkowicie zmasakrowany. Jedynie żołnierze Ody Nobunagi, których w ogóle nie użyłem w walce, nie ponieśli strat i wycofali się w szyku. Sam zaś wojskom Takedy Shingena nie zdołałem nawet lekko zagrozić. Wszędzie byłem ubiegany przez przeciwnika, każdy mój ruch był zagraniem spóźnionym i pogarszającym sytuację.
Ostatnie chwile porządku w szeregach oddziałów Hondy Tadakatsu. Miał ściągnąć i zatrzymać na lewym skrzydle możliwie dużą część wojsk przeciwnika, podczas gdy na drugim planowałem przeprowadzić rozstrzygające natarcie. Honda, a także kontyngenty dwóch innych busho, zostały w trakcie tego pozorowanego ataku tak ciężko poturbowane, że zamiast zasłonić, odsłoniły "decydujące" (i w dodatku spóźnione) natarcie Tokugawy. Chwilę później Honda zdecydował się zająć wioskę na tyłach. Ale gdy wykonał ten planowany odwrót, jego żołnierze uciekli z pola bitwy...
Od wielu lat nie przegrałem w żadną heksową grę wojenną. Samuraj jest dla mnie systemem całkowicie nowym, którego muszę się „nauczyć” i sam popełniam zabawne pomyłki w trakcie gry, a które praktyka z pewnością szybko wyeliminuje, lecz mimo to takie baty dają do myślenia, nawet jeśli nie brać pod uwagę ogromnej dysproporcji sił i trudności zadania, jakie stoi pod Mikata-Ga-Harą przed armią Tokugawy.
Prawe skrzydło. "Kluczowe”, spóźnione natarcie Tokugawy pod jego osobistą komendą. W chwili, gdy brnie przez śnieg na oddziały dowodzone przez Obatę z klanu Takedy, na jego lewym skrzydle praktycznie nie ma już sojuszniczych wojsk, armia ucieka w popłochu.
Niestety nie mamy z tej gry więcej zdjęć. Tę krótką notkę zamieszczam w zasadzie wyłącznie dlatego, że stanowi ona wstęp do bitwy, która została stoczona trzy lata później pod Nagashino, w 1575 roku, a na którą szybko umówiliśmy się z Morgiem i rozegraliśmy - także do końca - następnego dnia. Relację z niej przedstawimy niebawem.

* Bitwę nad Anegawą rozegrałem w lutym z Trepanatorem, niestety nie dokończyliśmy jej, często jeszcze zaglądając do instrukcji i tracąc na to zbyt wiele czasu. W tamtej bitwie Trepanator zagrał sprzymierzonym wojskiem Ody Nobunagi i Tokugawy Ieyasu, których sojusz dotrwał do bitwy pod Mikata-Ga-Harą i dłużej, do odsieczy pod Nagashino, gdzie nadal walczą razem przeciwko klanowi Takedy. Ja zagrałem klanami Asai i Asakura, które wystąpiły przeciwko Odzie. Historycznie bitwa była wygrana przez Odę, ale w grze sytuacja układała się bardzo pomyślnie dla mnie i miałem szansę wygrać po poważnym poturbowaniu lewego skrzydła armii przeciwnika. Wiele jeszcze mogło się zdarzyć, bo mimo zadania ciężkich strat i dobrej sytuacji, ciągle nie miałem przewagi liczebnej, Oda ponadto sprowadzał kilkutysięczny zastęp posiłkowy i bitwa mogła jeszcze zmienić swój przebieg.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Czarny Kamień w Katowicach

Seria siedmiu (z planowanych dziesięciu) turniejów go pod nazwą Czarny Kamień zakończyła się w miniony weekend w Katowicach. Na każdym z turniejów Czarnego Kamienia, mających swoich własnych finalistów, uczestnicy otrzymują za osiągnięte miejsca punkty pucharowe. Rozwiązanie to mobilizuje graczy do przyjeżdżania na turnieje i daje szansę wygrać puchar nawet słabszym, o ile będą aktywnie uczestniczyli w rogrywkach. Z tak ogłoszonymi zasadami Czarny Kamień stanowi zachętę do udzielania się w niewielkiej społeczności goistów, kurczącej się w ostatnich latach do „starej gwardii” i nie odnoszącej żadnego sukcesu w pozyskiwaniu graczy nowych, początkujących. Aby odwrócić tę tendencję potrzebna jest jednak także cierpliwość organizatorów i nie zważanie na nikłe zainteresowanie, z jakim w tym roku się spotkali, a w związku z którym nie są pewni, czy Czarny Kamień będzie kontynuowany. Niektóre z planowanych turniejów zostały odwołane z braku zainteresowania graczy. Na finał do Katowic przyjechało czternaście osób, w tym ja, który trafiłem tam przez zbieg pomyślnych okoliczności. Nie było nawet jednego początkującego.

Gracze mieli do dyspozycji godzinę oraz 30 sekund byo-yomi na każdą grę. W sobotę rozegraliśmy trzy, w niedzielę dwie rundy. Pierwsza gra rozpoczęła się o godzinie 9.30. Sparowano mnie z Marcinem Sokołem 3 kyu, wylosowałem czarne kamienie. Ostatnio nie miałem czasu na zajmowanie się go, poza tym byłem lekko zaziębiony, co, jak przypuszczałem, miało przełożyć się na moje gry, toteż nie oczekiwałem po sobie wiele. Okazało się jednak, że pierwsza runda zaczęła się dla mnie pomyślnie. W fuseki udało mi się doprowadzić do rodzaju gry, którą lubię, w chubanie skutecznie zredukowałem moyo przeciwnika i zapewniłem życie swojej słabej grupie. Gdy wchodziliśmy w yose i policzyłem punkty, wychodziła mi przewaga około 15.5 dla mnie. Byłem jednak zmęczony i od tego czasu nie liczyłem w ogóle, po prostu grając yose tak, jak mi się wydawało, że powinienem. Go to bezlitosna gra, która nie wybacza takiego folgowania sobie, ani nawet znacznie krótszych chwil nieuwagi. Gdyby ten pojedynek miał trwać trochę dłużej, pewnie bym przegrał. Na szczęście skończył się w chwili, gdy na gobanie wychodziło 1.5 punkta dla mnie. Taki wynik był dla mnie wstrząsem, bo do samego końca, do wyłączenia zegarów, przesuwania kamieni i podliczania terenu zdawało mi się, że utrzymywałem komfortowe, kilkunastopunktowe prowadzenie. Te 1.5 punkta zwaliło się na mnie jak cios w twarz. Mimo wszystko była to ciekawa gra z zaciętym, niełatwym chubanem. Poniżej krótki jej zapis, tyle, ile zapamiętałem. Że tylko 40 ruchów, to wskazuje, w jakim byłem stanie. Na szczęście z biegiem dnia stawałem się coraz bardziej przytomny i kolejne gry pamiętam nieco dokładniej.




Drugą rundę rozpoczęliśmy w południe. Sparowano mnie z Łukaszem Pawlakiem 4 kyu. Tym razem wylosowałem białe kamienie. Otwarcie nie miało w sobie nic szczególnego, ale chuban był interesujący. W pewnym momencie gra ułożyła się dla mnie pomyślnie do tego stopnia, że postanowiłem postawić kropkę nad i zabijając grupę przeciwnika. A przecież tyle razy przysięgałem sobie, że już nigdy więcej zabijania w go, że to się nie opłaca, że to głupota, że zawsze są z tego tylko problemy, a jedynym efektem niesmak, że lepiej skupić się na grze na punkty i spokojnie dotrwać do yose, wyciskając przeciwnika jak cytrynę. Biada mi, Dzeusie, bo instynkt łowcy zagłuszył zdrowy rozsądek! Zaatakowałem, ale umierająca grupa przeciwnika żyła, a nawet miała się tak świetnie, że pocięła moje atakujące kamienie i przegrałem całą grę w nędznym, bardzo nędznym stylu. Moja psyche chyba wyparła się tego, co nastąpiło w czasie i po moim ataku, bo zapamiętałem ruchy tylko do momentu, gdy gra układa się dobrze dla białych.




Trzecią rundę zaczęliśmy o 15. Zostałem sparowany z Przemysławem Wojnowskim 4 kyu. Ponownie przypadł mi biały kolor. Postanowiłem zagrać mane-go, czyli grę symetryczną (lustrzaną) względem środka gobanu. Po przegranej w drugiej rundzie to był mój ostatni pomysł na odzyskanie równowagi psychicznej. Okazało się jednak dość szybko, że sam muszę rozbić lustro. Gra jednak rozwinęła się ciekawie i mimo poważnego błędu w chubanie udało mi się wyjść na niemałe prowadzenie. Gra środkowa była skomplikowana i kilkakroć miałem chwile zwątpienia, czy uda mi się wyjść w sente i zabezpieczyć spory teren w centrum. To była udana, ciekawa gra, która jednak nie usunęła niesmaku związanego z poprzednią porażką. Nic już go nie usunie.



Czwarta runda zaczęła się o 9.30 w niedzielę. Sparowano mnie z Marią Pilarczyk 9 kyu. Wylosowałem czarny kolor. Szybko dało się zauważyć, że różnica w sile była wyraźna, ale Maria, nomen non omen est, nadrabiała agresją. Dawno nie zagrałem tak ostrej, bezpardonowej gry, pełnej brudnych cięć, ryzykownych hane i niezważania na stabilność własnych, atakujących kamieni. W chubanie osiągnęliśmy climax, gra już nie mogła skończyć się inaczej, jak pojmaniem jednego z otaczających się łańcuchów kamieni, złożonego przynajmniej z 50-60 części. Na szczęście to nie moje kamienie zostały otoczone. Yose się nie odbyło, choć muszę powiedzieć, że atak Marii był w pewnym momencie naprawdę groźny i obudził mnie na tyle, iż na ostatnią rundę byłem trzeźwy, w dobrej przytomności i po przyzwoitym treningu tsumego.

Na finałową rundę, tuż przed południem, sparowano mnie do gry z Sebastianem Pawlaczykiem 2 dan. To pierwsza gra z tak silnym przeciwnikiem w mojej goistycznej karierze. Jeszcze raz zagrałem białymi kamieniami i jeszcze raz postanowiłem zagrać mane-go. I znowu to ja sam musiałem rozbić lustro. Przez większą część gry widziałem, że cały czas zagrażam mojemu przeciwnikowi i że idziemy łeb w łeb. W późnym yose popełniłem jednak dwa czy trzy błędy, zwłaszcza jeden bardzo kosztowny, na pewno decydujący o wyniku. Gra skończyła się na 12.5 dla czarnego. Mimo wszystko jestem z niej zadowolony. Dzięki organizatorowi turnieju zamieszczam cały zapis, którego na bieżąco dokonywał.




Ostatecznie zająłem czwarte miejsce. Turniej wygrał Sebastian Pawlaczyk nie przegrywając ani jednej gry; natomiast w klasyfikacji generalnej doszło do przykrego zgrzytu, jako że zarówno Sebastian, jak i Krzysztof Bożek 2 dan mieli dokładnie tę samą ilość punktów, a regulamin nie rozstrzygał, co w tej sytuacji zrobić. Nagrodę przyznano temu, kto miał więcej zwycięstw we wszystkich turniejach, ale było to kryterium arbitralnie, ad hoc ustanowione przez organizatora. Podług zaś innego, równie istotnego dla charakteru tego cyklu: ilości wszystkich rozegranych gier, a co za tym idzie aktywności turniejowej (która leży u założeń Czarnego Kamienia), prowadził Krzysztof Bożek.

O tym, jak niewielkie było zainteresowanie Czarnym Kamieniem i w ogóle graniem na żywo na turniejach świadczy fakt, że gracz o przeciętnej sile, taki jak ja, będąc zaledwie na 3 turniejach serii, zakończył na dość wysokiej 8 pozycji ze 146 punktami. Wydaje mi się, że przyznanie pierwszego miejsca według kryterium obecności na turniejach byłoby jakimś znakiem co do tego, czego się od grających oczekuje.

Wkrótce (23 czerwca) odbędzie się w Tychach organizowany przeze mnie turniej, na który zapraszam wszystkich chętnych. Oto strona z informacjami: http://korsarz.meijin.pl

wtorek, 1 maja 2012

Turniej go w Bielsku-Białej

Między 27 a 30 kwietnia w Bielsku-Białej odbywał się turniej go zwany Ligą Młodych Mistrzów, będący rywalizacją najlepszych polskich goistów do lat 24. Dla starszych oraz niezakwalifikowanych do ligi Stowarzyszenie Meijin zorganizowało dwudniowy turniej towarzyszący w dniach 28 i 29 kwietnia, w którym wystąpiłem. Pomimo tego, że znam go dość długo, rzadko bywam na turniejach. Nie przepadam za pojedynkami z wyznaczonym czasem na grę i pod tym względem jestem konserwatywnym zwolennikiem powrotu do XIX wieku. Przypadkowo wyszło jednak tak, że w Bielsku zagrałem. Ranking EGF mierzy obecnie moją siłę na 4 kyu.

Mieliśmy do dyspozycji godzinę oraz trzydziestosekundowe byo yomi, najgorszy wynalazek od czasu wymyślenia zegara, na grę. Przewidziane zostały nagrody oraz upominki dla debiutantów, m.in. koszulki, raczej nieudane, ale wzór z wytatuowaną kobietą rozbierającą się nad gobanem trafił w mój kampowy gust. Niestety, koszulki nie dojechały na turniej. W sali, gdzie graliśmy, było bardzo gorąco i nieprzewiewnie. Chłodny prysznic, który brałem co jakiś czas, pozwolił mi przetrwać.  

Turniej zaczął się o 10 rano. Pierwszą grę rozegrałem z Jankiem Barankiem (9kyu), graczem nie tylko znacząco słabszym, ale jeszcze umęczonym, odpędzającym od siebie sen rodzajem mikstury z mocnej kawy i herbaty. W trakcie naszej gry dowiedziałem się, że Janek przyjechał prosto z Londynu, prowadząc bez dłuższych przerw przez 48 godzin swój automobil i dojechał „za pięć dwunasta”, akurat na otwarcie turnieju i rejestrację. I w takim stanie przystąpił ze mną do gry. Kiedy skończyliśmy, poszedł się zdrzemnąć, mówiąc: „obudźcie mnie na drugą rundę”. Gra z początku nie układała mi się kompletnie, zagrałem jakieś wątpliwe hasami, z którego powstały dwie słabe grupki i dopiero w późniejszej fazie gry, gdy przybyło na desce kamieni, a Janek popiłał już drugą lub trzecią filiżankę ożywczego liquoru, zacząłem wychodzić na prowadzenie, a następnie, w dość trudnym i ryzykownym dla mnie ko, zmusiłem do poddania. Miałem wrażenie, że zwycięstwo przyszło do mnie przypadkiem. To na pewno nie był dobry początek turnieju. Z pewnością Janek grał ponad siłę, na którą ocenia go ranking EGF. Być może stan, w którym był, pchnął go do takiej gry, przydał mocy, podobnie jak mistykom, których pustynny żar i zmęczenie przybliżają do Boga.  

Druga runda zaczęła się o 14. Sparowano mnie z Łukaszem Olesiem (5kyu); ponownie wylosowałem białe kamienie. Grę znowu rozpocząłem od hasami, z którego niewiele dobrego wynikło. Salmon otoczył sporo terenu i długo miał przewagę o dobre 20 punktów, a moją jedyną szansą było jedno lub dwa aji i generalnie to, że miałem bardzo solidne grupy, toteż mogłem sobie w końcówce na więcej pozwolić. No i nadrobiłem. Gdyby nie przeoczenie Salmona w byo yomi, byłoby +10 dla mnie, ale przedostatnim zagraniem, tuż przed pasowaniem, dostałem od niego jeszcze w prezencie dodatkowe 10 punktów w postaci odciętej grupki kamyków. To zwycięstwo także przyszło do mnie przypadkiem. W normalnej grze nie dałoby się odrobić 40 punktów, rozpoczynając robotę w oyose. Salmona wykończyło chyba bardziej byo yomi, niż moje pomysły, czy raczej ich widma, które mnie nawiedzały w tamtym gorącu.

Trzecia runda rozpoczęła się przed 17. Grałem z Pawłem Stepnowskim (2kyu), z którym, o ile dobrze pamiętam, przegrałem już wcześniej grę na turnieju w Gliwicach. Tym razem jednak szło mi dość dobrze przez większą część gry. Partia była niezmiernie ciekawa i wciągająca, ale też bardzo trudna dla nas obu. Zużyliśmy cały dostępny czas (ja oczywiście znacznie szybciej) i końcówka dogrywana była w byo yomi. Jest to pojedynek na tyle interesujący, że odtwarzam jego początek, na ile potrafię, poniżej:


Czwarta runda zaczęła się o 10 rano następnego dnia. Warunki klimatyczne przypominały nadal Beludżystan w samo południe. Przed grą musiałem wziąć zimny prysznic, żeby się upewnić, że mi mózg nie odparuje. Sparowano mnie z Andrzejem Gegą (7kyu), po raz trzeci dostałem białe kamienie. Andrzej okazał się najmniej wymagającym przeciwnikiem i już wychodząc z fuseki widziałem wyraźnie, że mam przewagę. Z biegiem gry rosła ona coraz bardziej, a na sam koniec, zupełnie przypadkowo i „niechcący” zabiłem mu tak dużą grupę kamieni w rogu, że musiał poddać, zanim dograliśmy yose.

Obok nas na desce toczyła się inna ważna gra, zakończona dość dla mnie pomyślnie zwycięstwem Stefana Wrocławskiego nad Pawłem Stepnowskim. Kiedy sparowano mnie do ostatniej rundy ze Stefanem (3kyu), dotychczas niepokonanym, miałem szansę na doprowadzenie do sytuacji, że nasza trójka miałaby po cztery gry wygrane i jednej przegranej. Gra była bardzo zacięta, ale po perturbacjach w chubanie wyszedłem na prowadzenie. Szybko skończył mi się jednak czas podstawowy i byo yomi naznaczyło tę grę kilkoma fatalnymi pomyłkami (np. G19 zamiast dobicia martwej grupy w lewym dolnym rogu, ale były też inne perełki), które zaprzepaściły moje prowadzenie. Podobno odrobiłem jednak kilka z utraconych punktów w końcowym yose, gdy i Stefan wpadł w byo yomi. Tę partię pamiętam trochę lepiej i mogę zaprezentować zapis większej jej części:


Po podliczeniu SOS wyszło, że Stefan zajął pierwsze, ja drugie, Paweł trzecie miejsce. Trudno powiedzieć, by był to jakiś szczególny powód do dumy, skoro w turnieju uczestniczyło tylko dziesięcioro graczy i ani jeden był naprawdę dobry. To raczej temat do żartów, że mierni gracze o mojej sile zajmują wysokie miejsca w turnieju, zwłaszcza, że część zwycięstw była zupełnie przypadkowa i będę musiał Dzeusowi, co chmury gromadzi, złożyć krwawą ofiarę w podzięce, że mi sprzyjał.

Wczoraj po południu zakończyły się gry Ligi Młodych Mistrzów, zwyciężył Stanisław Frejlak. Zagrał wszystkie siedem gier bez jednej porażki. Mistrz.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Samuraj. Bitwa nad Anegałą.


"Tysiąc pięćset siedemdziesiąty rok
Ostatni dzień lipca
Nad rzeką Anegawą
pola ryżowe wyglądają pięknie


Oda Nobunaga ma 36 lat
i ze wzgórza spogląda
na piętnaście tysięcy wojska
z kamon jego klanu
na białych chorągwiach

Lecz w tej okolicy
wszystko co wzrok obejmie
jest takie chłodne

Mglisty dzień
nad brzegiem rzeki stoimy w szyku
jak kamienne bożki
po drugiej stronie łopocą
proporce klanu Asai

Daleko po lewej klan Asakura
Trzy żółwie tarczki z północy
naprzeciw Trzem Malwom
Młodego Tokugawy

Nad rzeką Anegawą
pola ryżowe wyglądają piękne
lecz kto je zbierze?
nie zostaną zebrane

Zaciskam dłoń na włóczni
i mój umysł cichnie
Chwała Buddzie Amidzie
Chwała Buddzie Amidzie

Oddziały Sakai Masahisa w gotowości
Oddziały Ikeda Tsuneoki w gotowości
Oddziały Kinoshita Hideyoshi w gotowości
Oddziały Shibata Katsuie w gotowości
Oddziały Mori Yoshinari w gotowości
Oddziały Sakuma Nobumori w gotowości

Oda Nobunaga nie idzie naprzód
ani się nie cofa
"Można zwyciężyć nie ruszając się z miejsca"
Powtarza słowa mistrza

Stoimy wytrwale
Aż wreszcie po drugiej stronie
Ze środkowych szeregów klanu Asai
Atsuji Sadahide
wyrywa się oddziałami
ku naszej prawej flance
chce zadać pierwszy cios


Oda Nobunaga wydaje rozkaz
i Sakai Masahisa rusza na wroga
Oto będzie ichiban yori, pierwsza lanca boju!
Trzykroć potężniejsze są jego oddziały
Atsuji nawet nie odważy się zbliżyć


Działania głupców
trzeba naprawiać szybko
z pomocą Atsuji rusza Asai Masazumi
by wyrównać siły


Gdy przekraczamy rzekę
i nadchodzą wrogie oddziały
zaciskam dłoń na włóczni
i Budda i mój umysł cichną

Na miejsce oddziałów Sakai
wstępuje Ikeda
formuje linię i spogląda
na milczące oddziały
Isono Kazumasy
po drugiej stronie rzeki

Zielone pola wyglądają pięknie

Nad rzeką Anegawą
Ostatni dzień lipca
Tokugawa Ieyasu ma 27 lat
Spogląda z namiotu i cichną rozmowy
gdy wydaje rozkazy

Oddziały Sakai Tadatsugu w gotowości!
Oddziały Ishikawa Kazumasa w gotowości!
Oddziały Ogasawara Nagamasa w gotowości!


Trzy Malwy rozkazują
i trzech dowódców rusza
ku brzegom rzeki Anegawa

Czy nie znasz mądrości mistrza?
"Można zwyciężyć nie ruszając się z miejsca"
Czemu jej nie posłuchasz?

Trzy Malwy rozkazały
trzech dowódców zmierza
ku brzegom rzeki Anegawa

W miękkiej ziemi
stawiają kroki
Nie myślcie teraz o zbiorach!
zginie na brzegu rzeki ten
czyj umysł nie ucichł


Trzy Żółwie tarczki rozkazują
i z centrum rusza
Maeba Shinpachirou
ku brzegom rzeki Anegawa

Oddziały jego
w miękkiej ziemi
stawiają kroki
Nie myślą teraz o zbiorach
ani o pięknie zieleni

Oddziały Trzech Malw przekroczyły rzekę
rozwinęły szyki
na spotkanie z wrogiem

Trzy Malwy łopoczą na wietrze
Sakai Tadatsugu atakuje
lecz tylko on atakuje
bo nie wie
co dzieje się za nim


Niezbadane są wyroki bogów
Nigdy nie wiesz co zamyślają
Odwracają oczy od swych ulubieńców
Nie można im zawierzać

Maeba lisim atakiem
walką związał tylne oddziały


Sakai uderza na wroga
Nie wiedząc co dzieje się za nim

Gdzież są inne odziały?
Gdzie wsparcie od Ishikawy?
Co stało się z Ogasawarą?
Sakai walczy samotnie


Maeba uderza z lewej
i wiąże siły Ogasawary
Ishikawa nie może nic zrobić
Sakai walczy samotnie


Gdzie są odziały Ishikawy?
Czy zdradził go Ogasawara?
Sakai walczy, lecz ulegnie
taki los przeznaczyli mu bogowie.


Oda wysyła wsparcie
Sakuma pobiegł jak wicher
i wsparł lewe skrzydło złamane
Odepchnął wrogie oddziały
Maeba musi się cofnąć


Lecz Sakai walczył w centrum

Niezbadane są wyroki ludzi
Nigdy nie wiesz co zamyślają
Odwracają oczy od swych ulubieńców
Nie można im zawierzać
Sakai walczy, lecz ulegnie
taki los przeznaczył mu Oda.

Czy nie znałeś mądrości mistrza?
Czemu jej nie posłuchałeś?

Asai widząc sposobność
wysyła nowe oddziały
w centrum uderza Shinjoh Naoyori
w przelocie dobija Sakai
Już czuje smak przyszłych zwycięstw
daleko myślą wybiega
i tworzy nowe podziały
wśród dóbr i majątków wrogów
i staje nad brzegiem rzeki
w tym dniu swojej marnej śmierci


Czekają tam nań oddziały
Kinoshita Hideyoshiego
Bój krótki i krwawy
Przynosi rozwiązanie
i głowa Shinjoha
zawisa u pasa zwycięzcy.


Nad rzeką Anegawą
w ostatni dzień lipca
zielone pola utraciły piękno

zielone łodygi ryżu
nie zostaną zebrane
w tysiąc pięćset siedemdziesiątym roku"

*Dalszy fragment utworu zniszczony działaniem czasu. Jak dotychczas nie odnaleziono innych kopii tego utworu mogących rzucić światło na dalszy przebieg bitwy ani dlaczego autor przesuwa ją o dzień w stosunku do innych przekazów historycznych.

(Powyższy rękopis złożył w moje ręce mój przeciwnik, znany gdzieniegdzie jako trepanator).