poniedziałek, 25 lipca 2011

Spacerowicz w ogrodzie

Pochodzenie gry go oraz jej niepopularność w Polsce i Europie sprawiają, że łatwo przylega do niej mistyczna etykietka. Mam wrażenie że u nas znaleźliby się „prawdziwsi” goiści od tych z Azji, podobnie jak po Jałcie „prawdziwszych” komunistów łatwiej było znaleźć we Włoszech i we Francji, niż w komunizowanej Europie Wschodniej. Ja sam nigdy nie zdołałem ulec „czarowi” Azji, co u erpegowców nie jest jednak rzadką przypadłością. W japońskiej kulturze interesujące wydają mi się okrucieństwo i perwersja, zaś idee etyczne i estetyczne dopiero w odniesieniu do nich. Miłość widziana przez pryzmat zboczenia Musasziego; wpływ japońskich samurajów – onanistów na rozwój europejskiego drzeworytu: te rzeczy umożliwiają mi rozumne zbliżenie, czy raczej jego pozory, z tak różną kulturą. Samo poznawanie kodeksów, etykiety i estetyki japońskiej nigdy nie było moim ulubionym zajęciem, ale bez pochylania się nad równoległymi im sprawami życia miałoby sens zbliżony do czytania historii światów fantasy i nie umiałbym poświęcić im nawet drobnej uwagi. Jeśli chodzi o go, jestem graczem z przypadku, nie potrafię delektować się tą grą tak, jak gdyby byłaby ona czymś więcej, niż właśnie grą. A jednak wraz z poznawaniem jej tajników i dowiadywaniem się, zazwyczaj przypadkiem i z braku lepszych zajęć, ciekawostek z jej historii, zacząłem myśleć o tradycyjnym, nieaktualnym już modelu rywalizacji w go.

Do końca XIX wieku jedna partia nie rozstrzygała pojedynku między dwoma graczami o równych umiejętnościach. Gracze rozgrywali pewną liczbę gier, na przykład dziesięć, na zmianę biorąc białe kamienie. Nie istniało komi, czyli rekompensata dla gracza grającego białymi kamykami za to, że rusza się jako drugi, wynosząca dziś około siedmiu punktów. Nie mierzono także czasu. Do dyspozycji graczy było go tyle, ile potrzebowali. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu zauważalna część dawnych gier pozostała niedokończona. Niektóre partie mogły trwać nawet kilka dni.

Z ciekawości postanowiłem wypróbować ten model rozgrywki. Wczoraj rozpocząłem dziesięciorundowy pojedynek, zwany dżubango. Oczywiście, różnica jest niewielka, na moim poziomie gry niemal żadna – chodzi tylko o brak siedmiu punktów komi i o pojedynki ze stałym partnerem do gry, z którym rozegrany będzie szereg gier jedna za drugą. Zwłaszcza to drugie jest dla mnie rzeczą nową. Dotychczas grałem w go przez sieć, zawsze z anonimowymi przeciwnikami, zapewne nigdy więcej nie mierząc się z nimi ponownie, a nawet jeśli, to nawet nie zwracając na to uwagi. Dżubango to pojedynek dłuższy, można lepiej poznać przeciwnika, poszukać na niego bardziej wyrafinowanych sposobów. Ostatnią ważną zmianą jest to, że nie mierzymy czasu. Poznałem go późno i nigdy nie nabrałem takiej wprawy w intuicyjnym rozpoznawaniu kształtów kamieni, co osoby, które zaczynały wcześniej. Dlatego zwykle analizuję długo niemal wszystkie pozycje na planszy. Bez ramy czasowej mam okazję zagrać lepiej, niż zazwyczaj.

Oto wczorajsza partia, pierwsza w pojedynku. Wylosowałem białe kamienie.



Wydaje mi się, że po udanym ataku w prawej dolnej części gobanu udało mi się nadrobić stratę, z jaką biały rozpoczyna grę, ruszając się jako drugi. Niestety, nie dość, że straciłem ją szybko, bo jednym błędnym posunięciem, to też całkowicie pogrzebałem nim tę grę. Mówię o zagraniu 72, które oczywiście powinno być w Q2. Późniejsza część gry to nieudolne próby doścignięcia przeciwnika, pogrążanie się, następstwa błędu. Poddałem grę widząc zagranie 123.

Dlaczego zagrałem R2 zamiast Q2? Przecież następująca po tym sekwencja jest łatwa do przeczytania. Nie przeczytałem jej, mimo że mogłem, że była tak łatwa do policzenia. Rozochocony sukcesem (albo też tym, co za sukces uważałem), zlekceważyłem przeciwnika i chciałem zyskać więcej, więcej niż mogłem. A powinienem był zadowolić się małym zyskiem w Q2, po którym gra byłaby nadal otwarta. Wystarczyło opanować się, chwilę pomysleć, czas mnie nie ścigał. Ale nawet ostrożnemu i długomyślącemu graczowi najtrudniej przychodzi to wtedy, gdy właśnie odniosło się sukces.

Następną partię pojedynku zagram czarnymi kamieniami.

Brak komentarzy: