piątek, 29 lipca 2011

1:2

Grałem białymi kamieniami. Mimo szybkiej straty grupy kamieni w prawym dolnym rogu udało mi się nawiązać walkę i nie ustępowałem pola. Z biegiem czasu partia zrobiła się skomplikowana dla obu stron, odnalezienie właściwego ruchu wymagało nieustannego skupienia i czasu. Z zagraniem 161 na desce wynikła pozycja z ko (chyba niepotrzebna dla czarnych, bo już prowadziły i mogły upraszczać grę), strzępiąca resztę nerwów, które nam zostały. Była to dla mnie spora szansa, by może nawet wyjść na minimalne prowadzenie, a gra już chyliła się ku końcowi i być może zdołałbym je utrzymać. Zacząłem czytać, rozgrywać w głowie warianty, rachować groźby ko, punkty, możliwości przeżycia moją grupą w drugim ko dzięki N7 i F1. Tak głęboko się zamyśliłem, że zapomniałem, iż część mojego przeliczonego w głowie wariantu nie została jeszcze zagrana. W zagraniu 184 spoconą dłonią położyłem kamyk w polu F1, zamiast najpierw odpowiedzieć na groźbę w J17 i wykorzystać drugie ko później, gdy miałbym zabezpieczony niemały teren w górnej części deski. W następstwie tego ruchu cała końcówka, choć myślę, że zagrana poprawnie, nie mogła przynieść mi wiele więcej, jak grę przegraną 15 punktami.

W zapisie są drobne błędy w kolejności ostatnich 30-40 ruchów oraz przy wspomnianym ko.




To był trudny pojedynek. Być może nawet nie myląc się w ko nie mógłbym dogonić czarnych, ale z pewnością to w tej grze były one najbliżej przegranej. Walka w ko była ostatnim etapem kilku innych pojedynków na planszy, które być może były od niej ważniejsze i bardziej decydujące. Przegrana w tym ko (paradoksalnie poprzez jego zbyt szybkie wygranie) była więc gwoździem do trumny. Nie wytrzymałem napięcia.

Graliśmy prawie cztery godziny. Przegrywam teraz 1:2, ale w następnej partii to ja będę grał czarnymi.

Brak komentarzy: