sobota, 30 lipca 2011

2:2

w go wystarczy jedno błędne zagranie, by gra była stracona. Gdybym w poniższej partii grał białymi kamieniami i doprowadził do takiej sytuacji w otwarciu, mimo wszystko nie poddałbym się tak szybko. Moja przeciwniczka zrobiła to jednak natychmiast po 29 zagraniu.


Jest 2:2. Znów remis!

piątek, 29 lipca 2011

1:2

Grałem białymi kamieniami. Mimo szybkiej straty grupy kamieni w prawym dolnym rogu udało mi się nawiązać walkę i nie ustępowałem pola. Z biegiem czasu partia zrobiła się skomplikowana dla obu stron, odnalezienie właściwego ruchu wymagało nieustannego skupienia i czasu. Z zagraniem 161 na desce wynikła pozycja z ko (chyba niepotrzebna dla czarnych, bo już prowadziły i mogły upraszczać grę), strzępiąca resztę nerwów, które nam zostały. Była to dla mnie spora szansa, by może nawet wyjść na minimalne prowadzenie, a gra już chyliła się ku końcowi i być może zdołałbym je utrzymać. Zacząłem czytać, rozgrywać w głowie warianty, rachować groźby ko, punkty, możliwości przeżycia moją grupą w drugim ko dzięki N7 i F1. Tak głęboko się zamyśliłem, że zapomniałem, iż część mojego przeliczonego w głowie wariantu nie została jeszcze zagrana. W zagraniu 184 spoconą dłonią położyłem kamyk w polu F1, zamiast najpierw odpowiedzieć na groźbę w J17 i wykorzystać drugie ko później, gdy miałbym zabezpieczony niemały teren w górnej części deski. W następstwie tego ruchu cała końcówka, choć myślę, że zagrana poprawnie, nie mogła przynieść mi wiele więcej, jak grę przegraną 15 punktami.

W zapisie są drobne błędy w kolejności ostatnich 30-40 ruchów oraz przy wspomnianym ko.




To był trudny pojedynek. Być może nawet nie myląc się w ko nie mógłbym dogonić czarnych, ale z pewnością to w tej grze były one najbliżej przegranej. Walka w ko była ostatnim etapem kilku innych pojedynków na planszy, które być może były od niej ważniejsze i bardziej decydujące. Przegrana w tym ko (paradoksalnie poprzez jego zbyt szybkie wygranie) była więc gwoździem do trumny. Nie wytrzymałem napięcia.

Graliśmy prawie cztery godziny. Przegrywam teraz 1:2, ale w następnej partii to ja będę grał czarnymi.

czwartek, 28 lipca 2011

1:1

Druga partia naszego dżubanga rozgrywana była z przerwą, która zaważyła o wyglądzie całej gry. Zagranie 57 było ruchem odłożonym, po którym do gry wróciliśmy późnym wieczorem, chyba zbyt zmęczeni. Najpierw ja, a następnie moja przeciwniczka popełniliśmy kilka okropnych błędów. Ostatecznie gra obróciła się na moją korzyść i po zagraniu 155 białe kamienie poddały się. Oto zapis:




Brzydka gra nie przynosi satysfakcji. Trochę bardziej zadowolony jestem ze swojej poprzedniej partii, mimo że była przegrana. W każdym razie zwycięstwo przyniosło mi remis 1:1.

W trzeciej grze dostanę białe kamienie.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Spacerowicz w ogrodzie

Pochodzenie gry go oraz jej niepopularność w Polsce i Europie sprawiają, że łatwo przylega do niej mistyczna etykietka. Mam wrażenie że u nas znaleźliby się „prawdziwsi” goiści od tych z Azji, podobnie jak po Jałcie „prawdziwszych” komunistów łatwiej było znaleźć we Włoszech i we Francji, niż w komunizowanej Europie Wschodniej. Ja sam nigdy nie zdołałem ulec „czarowi” Azji, co u erpegowców nie jest jednak rzadką przypadłością. W japońskiej kulturze interesujące wydają mi się okrucieństwo i perwersja, zaś idee etyczne i estetyczne dopiero w odniesieniu do nich. Miłość widziana przez pryzmat zboczenia Musasziego; wpływ japońskich samurajów – onanistów na rozwój europejskiego drzeworytu: te rzeczy umożliwiają mi rozumne zbliżenie, czy raczej jego pozory, z tak różną kulturą. Samo poznawanie kodeksów, etykiety i estetyki japońskiej nigdy nie było moim ulubionym zajęciem, ale bez pochylania się nad równoległymi im sprawami życia miałoby sens zbliżony do czytania historii światów fantasy i nie umiałbym poświęcić im nawet drobnej uwagi. Jeśli chodzi o go, jestem graczem z przypadku, nie potrafię delektować się tą grą tak, jak gdyby byłaby ona czymś więcej, niż właśnie grą. A jednak wraz z poznawaniem jej tajników i dowiadywaniem się, zazwyczaj przypadkiem i z braku lepszych zajęć, ciekawostek z jej historii, zacząłem myśleć o tradycyjnym, nieaktualnym już modelu rywalizacji w go.

Do końca XIX wieku jedna partia nie rozstrzygała pojedynku między dwoma graczami o równych umiejętnościach. Gracze rozgrywali pewną liczbę gier, na przykład dziesięć, na zmianę biorąc białe kamienie. Nie istniało komi, czyli rekompensata dla gracza grającego białymi kamykami za to, że rusza się jako drugi, wynosząca dziś około siedmiu punktów. Nie mierzono także czasu. Do dyspozycji graczy było go tyle, ile potrzebowali. Prawdopodobnie właśnie z tego powodu zauważalna część dawnych gier pozostała niedokończona. Niektóre partie mogły trwać nawet kilka dni.

Z ciekawości postanowiłem wypróbować ten model rozgrywki. Wczoraj rozpocząłem dziesięciorundowy pojedynek, zwany dżubango. Oczywiście, różnica jest niewielka, na moim poziomie gry niemal żadna – chodzi tylko o brak siedmiu punktów komi i o pojedynki ze stałym partnerem do gry, z którym rozegrany będzie szereg gier jedna za drugą. Zwłaszcza to drugie jest dla mnie rzeczą nową. Dotychczas grałem w go przez sieć, zawsze z anonimowymi przeciwnikami, zapewne nigdy więcej nie mierząc się z nimi ponownie, a nawet jeśli, to nawet nie zwracając na to uwagi. Dżubango to pojedynek dłuższy, można lepiej poznać przeciwnika, poszukać na niego bardziej wyrafinowanych sposobów. Ostatnią ważną zmianą jest to, że nie mierzymy czasu. Poznałem go późno i nigdy nie nabrałem takiej wprawy w intuicyjnym rozpoznawaniu kształtów kamieni, co osoby, które zaczynały wcześniej. Dlatego zwykle analizuję długo niemal wszystkie pozycje na planszy. Bez ramy czasowej mam okazję zagrać lepiej, niż zazwyczaj.

Oto wczorajsza partia, pierwsza w pojedynku. Wylosowałem białe kamienie.



Wydaje mi się, że po udanym ataku w prawej dolnej części gobanu udało mi się nadrobić stratę, z jaką biały rozpoczyna grę, ruszając się jako drugi. Niestety, nie dość, że straciłem ją szybko, bo jednym błędnym posunięciem, to też całkowicie pogrzebałem nim tę grę. Mówię o zagraniu 72, które oczywiście powinno być w Q2. Późniejsza część gry to nieudolne próby doścignięcia przeciwnika, pogrążanie się, następstwa błędu. Poddałem grę widząc zagranie 123.

Dlaczego zagrałem R2 zamiast Q2? Przecież następująca po tym sekwencja jest łatwa do przeczytania. Nie przeczytałem jej, mimo że mogłem, że była tak łatwa do policzenia. Rozochocony sukcesem (albo też tym, co za sukces uważałem), zlekceważyłem przeciwnika i chciałem zyskać więcej, więcej niż mogłem. A powinienem był zadowolić się małym zyskiem w Q2, po którym gra byłaby nadal otwarta. Wystarczyło opanować się, chwilę pomysleć, czas mnie nie ścigał. Ale nawet ostrożnemu i długomyślącemu graczowi najtrudniej przychodzi to wtedy, gdy właśnie odniosło się sukces.

Następną partię pojedynku zagram czarnymi kamieniami.