poniedziałek, 17 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 15 września 1940 (11)



W poprzednich wpisach rozproszyłem tyle informacji i uwag o grze, że na razie nie mam ochoty więcej się nad nią rozwodzić. Ostatnia notka miała być podsumowaniem, ale niestety nie będzie. Być może za jakiś czas dam radę takie podsumowanie napisać.

Zdarzyło się tak, że dzień zwycięstwa RAF-u w grze zbiegł się z rocznicą “dnia bitwy o Anglię”. 15 września 1940 roku odbył się największy i decydujący rajd niemieckich sił powietrznych: Luftwaffe przekroczyło kanał La Manche kolejno w dwóch wielkich formacjach, wysyłając łącznie ponad 600 myśliwców i 500 bombowców. RAF zaangażował do bitwy z tymi siłami 24 dywizjony myśliwców. Większość niemieckich celów nie została osiągnięta, a zacięta całodniowa bitwa przyniosła Niemcom duże straty. Co decydujące, nastąpił tego dnia upadek morale niemieckich lotników. Przyszło im walczyć z 300 myśliwcami RAF-u, podczas gdy na odprawach zapewniano ich, że – jako całość – RAF nie liczy już nawet tyle. 17 września Hitler odłożył inwazję na bliżej nieokreśloną przyszłość. Same naloty bombowe i walki powietrzne nad Anglią trwały jeszcze długo, ale uwaga Hitlera przenosiła się na wschód. Wygrana wojna z Sowietami miała przekonać Anglię do przyjęcia pokoju...

W rozgrywanej partii decyzja o odwołaniu inwazji przyszła o 2 dni wcześniej, już 15 września. Na ten dzień Niemcy postanowili pozostawić priorytety bez zmian: najważniejszym celem pozostały lotniska, mniej istotnymi fabryki oraz porty, a najmniej ważnymi miasta i radary.
Od godziny 8 do 18 przeprowadzono 5 nalotów: dwa na lotniska North Weald, jeden na lotnisko Biggin Hill; pozostałe dwa rajdy Szkopy przeprowadzili na zakłady przemysłowe Brooklands i Yeovil. Co prawda ostatni z tych nalotów przypadł na 18 i po nim miało nastąpić podliczanie punktów rezerw, wyczerpania Luftwaffe itd., ale zanim to nastąpiło, wskutek strat Luftwaffe poziom punktów zwycięstwa osiagnął próg 35 (dokładnie 37), co oznacza natychmiastowy koniec gry i złamanie potencjału militarnego przeciwnika. Rzecz jasna nawet gdyby to nie nastąpiło, to przy rozliczaniu reszty i tak wyszłoby na to, że inwazja została odwołana, ale to czysta przyjemność wygrywać z Hitlerem poprzez nokaut.


Zapewne rozgrywka siłami niemieckimi będzie o wiele trudniejsza i jeśli sięgnę jeszcze po tę grę, to spróbuję zagrać Luftwaffe. Będzie to zupełnie inny punkt widzenia i zupełnie inna historia.

*


Starałem się do którejś z tych notek dodać parę słów i zdjęć związanych z dywizjonem 303, który odegrał ważną rolę w bitwie o Anglię, ale odkładałem to ciągle do następnego razu, aż tu nagle wypadło, że obsługiwany przez system gry “wąsik” poddał partię.

Historycznie dywizjon 303 został sformowany wcześniej, ale dopiero od 31 sierpnia 1940 uznano jego gotowość bojową. Złożyła się na niego grupa doświadczonych pilotów, którzy wcześniej brali udział w kampanii wrześniowej 1939 oraz majowej 1940. Pierwszy patrol odbyli 1 września 1940 roku, w rocznicę rozpoczęcia wojny – zestrzelono podczas niego 6 messerschmittów bez strat własnych. Pośród dywizjonów latających na Hurricane`ach 303 osiągnął największą liczbę zestrzeleń w całym RAF-ie, a według niektórych szacunków miał ich więcej nawet od tych dywizjonów, które latały na Spitfire`ach. Nawet jeśli nie i jeśli przyjąć najmniej korzystne dla 303 szacunki, polski dywizjon jest na 4 miejscu. Niezależnie od powyższego, poniósł on w czasie całej kampanii najmniejsze straty, więc ilość zestrzeleń w stosunku do strat własnych i tak czyni go najskuteczniejszą jednostką RAF-u w bitwie o Anglię.
Josef František
Asem dywizjonu i najskuteczniejszym myśliwym całego RAF-u był czeski pilot Josef František. W czasie bitwy o Anglię zestrzelił 17 wrogich samolotów, w tym 9 messerschmittów. Część z tych zestrzeleń osiągnął w czasie samotnych polowań, które były wbrew brytyjskiej taktyce prowadzenia walki powietrznej, ale ze względu na wyniki wyjątkowo dano mu na nie przyzwolenie. Zginął 8 października 1940 roku w wieku 26 lat. Przyczyną śmierci było prawdopodobnie fizyczne i psychiczne wyczerpanie, które spowodowało utratę kontroli nad samolotem w czasie lądowania po patrolu.

W sieci jest sporo głosów na temat niedocenienia polskich pilotów. Poniższy film brytyjskiej produkcji temu przeczy. Swoją drogą, mam wątpliwości, czy analogiczny film na temat cudzoziemców mógłby powstać w Polsce. Trwa on niecałą godzinę i jeśli ktoś ma chwilę czasu, to czemu nie? Co prawda kręcony jest z użyciem kiczowej telewizyjnej maniery, z podniosłą muzyką i graniem na uczuciach w najmniej subtelny sposób, ale jak się to przełknie, to może być.

Na koniec dodam, że szperając po sieci za ciekawostkami znalazłem angielski (amerykański?) dowcip idealny na zakończenie tej relacji z gry:

A Polish pilot sees a German airplane and a Russian airplane. Which one does he shoot down first? The German. Business before pleasure. 
dywizjon 303

niedziela, 16 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 13 września 1940 (10)

Dygresja wojennicza
W połowie września rozpoczęto ewakuację dzieci z Londynu
Mam problem ze znalezieniem odpowiedniej formy na pisanie relacji z tej gry. Wyliczanie dni, godzin, celów i sił niemieckich wysłanych nad Anglię w każdej misji znudziło się już nawet mnie, który rozumie, o co tu chodzi i skąd opisywane dane się biorą. Mija się to zresztą z przyjętym na początku założeniem, czym miała być ta relacja. Spróbuję chociaż trochę naprawić tę omyłkę i jeszcze raz wskazać, co jest tematem gry i na czym polega rola grającego. Przede wszystkim przyjmijmy właściwą perspektywę i wróćmy do podstaw.

RAF: The Battle of Britain Johna Butterfielda to gra w skali operacyjnej. W ogóle nie tyka ona taktycznych szczegółów walki powietrznej, toteż po kilku godzinach nalotów – a co dopiero po kilku dniach – gracz rzuca na pamięć i w kółko kostką sześcienną i wprowadza na planszę rezultaty walk, powtarzając wielokrotnie tę samą procedurę, która czynnik taktyczny bitwy o Anglię rozstrzyga elementem losowym. Gracz nie dowiaduje się z gry w zasadzie niczego, co dawałoby mu wyobrażenie o tym, jak latano, które parametry samolotów były cenione i czym w szczegółach różniły sie one między sobą; nie dowiaduje się też, jak współdziałano ze sobą w powietrzu, czy używano jakichś formacji i jeśli tak, to jakich. To nie istnieje w tej grze. Fabularyzując w tych wpisach rzuty kostką i przedstawiajac rozgrywkę w ten sposób oddalałem się cały czas od tego, o czym gra próbuje opowiedzieć.

Sercem RAF-u jest wyznaczanie godzin i rejonów patroli oraz decyzje, w jaki sposób odpowiadać na naloty, jaką siłą i skąd. Robiąc te wpisy powinienem był skupić się na przedstawieniu mechanizmów odpowiedzialnych za te elementy gry. Jeśli więc jakiś szalony czytelnik dotrwał do tego momentu i uparcie czyta tę relację, pozostaje mi przeprosić go za wprowadzanie w błąd oraz ukłonić się za wytrwałość. Myślę, że dobrnąć tutaj mogli wyłącznie ci, którzy albo są tak zainteresowani grą Johna Butterfielda, że chłoną każde zdanie na jej temat, albo tak lubią czytać tego bloga, że wybaczają jego autorowi przynudzanie oraz błędne decyzje. Miło was tutaj gościć.

Dygresja blogerska

Błędne decyzje pisarskie autora bloga są na szczęście nieszkodliwe i nie przynoszą takich rezultatów, jakie przyniosłaby Anglikom błędna strategia obrony wyspy w 1940 roku. Chciałoby się nawet rzec, że pisanina jest zawsze niewinną próbą, która nikomu nie przynosi krzywdy. To jednak nie do końca prawda. Do pewnego stopnia strategie pisarskie pierwszych dekad dwudziestego wieku pomogły rozpowszechnić i oswoić przemiany ducha inspirowane przez baronów przemysłowych i prometeuszy dzisiejszego lepszego świata, którzy z artystów uczynili swoich pupilków i pomogli im puszczać ich ujadanie przez megafony.
Bombardowanie Londynu trwało co dzień przez prawie 2 miesiące

Noi vogliamo cantare l'amor del pericolo, l'abitudine all'energia e alla temerità – zwiastował anioł nadchodzącego pokolenia w 1908 roku, a wyrocznię jego publikowano na pierwszej stronie każdej gazety chcącej uchodzić za nadążającą za duchem czasów. Niedługo później Europa składała się z milionów futurystów okopanych za siatką z drutu lub, w drugim pokoleniu, przemierzających Europę pojazdami pancernymi, a siatkę z drutu pozostawiających dla cywilów. Niewinna miłość do niebezpieczeństwa, nawyk do energii oraz gwałtowności w imię tego, by nie pamiętać o spokojnej przeszłości – jeśli na czymś zależy sprzedawcy towaru, to uczyni on z artysty kreatora całego kierunku, a z kierunku obowiązującą modę i szanowaną estetykę, choćby była to gra chochlą na patelni, pisanie listów po ciemku lub malowanie farbą olejną z użyciem szczoteczki do zębów. Odpowiednikiem tej rąbanej siekierą estetyki jest dziś zmuszanie publiczności do nadążania za tzw. światem informacyjnym. Po przemówieniach kilku ministrów, po kilku obejrzanych rozmowach na najwyższych szczeblach, które brzmią jak poematy Marinettiego, człowiek, który do takiej sztuki nie przywyka na co dzień, nie będzie miał innego marzenia, jak wrócić do czytania książki o belle epoque jak do schronu przeciwbombowego. Nigdy przedtem równie mocno nie domagało się odpowiedzi zapytanie, czy to ten, kto nie ma TV i Internetu, nie wie, w jakim świecie żyje, czy też jest na odwrót?
 
Noi vogliamo glorificare la guerra - sola igiene del mondo - il militarismo, il patriottismo, il gesto distruttore dei libertari, le belle idee per cui si muore e il disprezzo della donna. Chcemy wysławiać wojnę – jedyną higienę świata – militaryzm, patriotyzm, destrukcyjny gest wyzwolicieli, piękne idee, za które się umiera, oraz pogardę dla kobiety.

Autor Bombardamento di Adrianopoli byłby niepocieszony widząc, że RAF w mojej rozgrywce, czasu gry 13 września 1940 roku, nie tylko zestrzelił wiele myśliwców i nie dopuścił do części bombardowań, ale w ogóle był o włos od wyperswadowania Hitlerowi, że inwazję na wyspy należy odwołać. Zanim jednak skończę tę przydługą dygresję i napiszę, jak powinien wyglądać raport gry w RAF, który powiedziałby czytelnikowi o grze od właściwej perspektywy, a zarazem miał szansę utrzymać jego zainteresowanie, pociągnę choć w paru słowach przyjęty na początku modus scribendi:

13 września 1940

Niemcy otrzymali priorytet wysoki dla ataków na lotniska, średni na porty i zakłady przemysłowe oraz niski na miasta i radary.

Zaczęli o 8 rano i do godziny 18 przeprowadzili 6 dużych nalotów: dwa na lotnisko Hornchurch, jeden na lotnisko Middle Wallop, kolejne na fabryki w Rochester oraz w Bristolu, oraz mały rajd na radar w Beachy Head. Taktyka atakowania niemieckich samolotów tylko przy własnej przewadze okazała się dla RAF-u skuteczna. Postanowiłem tak dokończyć grę i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Duże naloty atakuję wyłącznie wtedy, gdy radary wcześnie wykrywają Niemców i mogę zareagować szybko. W grze oznacza to możliwość wsparcia atakowanego sektora przez siły RAF-u z innych rejonów. Jeśli nie mogę uzyskać przewagi, nie wysyłam nawet jednego samolotu. Niemcy wtedy nadlatują i bombardują cele bez strat własnych. Tocząca się kostka oznacza rozmiar zniszczeń. Wyjątek robię przy obronie radarów – zawsze staram się przeszkodzić atakom na nie, na szczęście bardzo rzadkim. Z perspektywy militarnej najbardziej na rękę byłyby mi bombardowania miast i śmierć cywilów. Taki obraz daje gra, zgodny z historią.

Po całym dniu powietrznych walk nad Anglią, w czasie których dzięki oszczędnemu gospodarowaniu siłami i graniu nie tak, jak Niemcy chcą, ale do własnej melodii – czyli traktowaniu ich jako celów, które należy atakować, a nie przed którymi należy się bronić, wynik przedstawia się następująco:

Punkty Zwycięstwa: 18 dla Anglików (przy 19 byłoby zwycięstwo strategiczne nad Niemcami. Od 11 września każdy dzień ma przypisaną liczbę Punktów Zwycięstwa – ujemną oraz dodatnią – poza którą gdy wynik wychodzi, gra kończy się i inwazja wchodzi bądź w fazę przygotowań, bądź też jest odwołana. Dla każdego kolejnego dnia września liczba ta maleje (czyli z przedziału 19/-19 spada do 17/-17 itd. Wystarczy więc, że w następnym dniu nalotów utrzymam obecny rezultat i wygrałem, Hitler odwoła inwazję.)

Rezerwy angielskie: Spitfire 19, Hurricane 23, piloci 1
Rezerwy niemieckie: myśliwce 0, bombowce 14, punkty wyczerpania Luftwaffe 7 (przy 8 punktach wyczerpania Luftwaffe zaczyna nie nadążać z nadrabianiem strat; ujawniają się też pierwsze oznaki coraz niższego morale pilotów niemieckich maszyn).

Kilka myśli o właściwym wyglądzie relacji z partii w RAF

Londyńczycy kładą się do snu
Jest takie powiedzenie wojenników, że gra wojenna jest tak dobra, jak dobre są jej zasady o zaopatrzeniu. W przypadku RAF-u gracz w ogóle nie musi martwić się o zaopatrzenie, ponieważ działa u siebie i jest stale zasilany nowymi punktami rezerw Spitfire`ów oraz Hurricane`ów. Nie musi rozciągać linii zaopatrzeniowej, zapewniać paliwa itd., bo wszystko jest na lotniskach, a gra nie przedstawia skali strategicznej, w której chodziłoby o pozyskiwanie i zapewnianie dopływu tych środków.

W przypadku RAF-u idealna relacja byłaby fabularyzowanym (lub nie) raportem logistyka. Można by się z niego dowiedzieć, o której godzinie i z którego lotniska zostały posłane na patrol samoloty kolejnych dywizjonów, jaki sektor patrolowały, kiedy wróciły oraz ile czasu zajmie przygotowanie tych maszyn do kolejnego patrolu, w czasie którego inne maszyny muszą być poderwane i obecne na angielskim niebie. Istotna byłaby też liczba samolotów na każdym jednym lotnisku. Jako że dzień nalotów w grze składa się z 12 godzin (rozgrywanych w turach po 2 godziny), gracz musi przez ten czas gospodarować dostępnymi środkami. Stosując jednostki czasowe z gry - patrol trwa 2 godziny, po których dywizjon, jeśli nie poniósł strat i może być gotowy do dalszej służby, potrzebuje 2, a czasem 4 godzin na przywrócenie do gotowości bojowej. Na lotnisku w Hornchurch mamy 4 dywizjony. Jeśli poślemy dwa o 6 rano, to musimy liczyć się z tym, że na 8 rano będą dostępne tylko pozostałe 2. Na godzinę 10 te z pierwszego patrolu powinny już być gotowe, ale może się zdarzyć tak, że będą gotowe dopiero na 12 albo też że wskutek ciężkich walk w ogóle nie wrócą już tego dnia do działań. I tak na każdym lotnisku. Do patrolowania jest 15 sektorów, do dyspozycji jest 14 lotnisk. Na niektórych stacjonują 2 lub 3 dywizjony, na żadnym nie pomieścimy więcej niż 4. Z relacji, które napisałem, powinno być oczywiste, że 2 dywizjony nie są zbyt wielką siłą i że Niemców trzeba atakować większymi grupami. Okazje, które na to pozwalają, są określane w znacznej mierze przez los (tak długo, jak radary działają). Wczesne wykrycie pozwala wysłać na zagrożony sektor samoloty z okolicznych lotnisk. Gracz na ten element nie ma jednak żadnego wpływu – może poza tym, że powinien starać się, by wykrywalność wroga była zachowana, czyli aby radary funkcjonowały. Ich uszkodzenia mają decydujący wpływ i wydaje mi się, że tylko ich stałym bombardowaniem Luftwaffe ma szansę unieszkodliwić RAF. Zadawanie krwawych strat RAF-owi nie przynosi efektów wobec szybkiej produkcji kolejnych samolotów, choć w czasie ciężkich walk może pojawić się problem z niedoświadczonymi załogami, którymi trzeba będzie obsadzać maszyny.
zniszczenia dokonane minami zrzucanymi na spadochronach

Biorąc powyższe pod uwagę, zaczynając relacje z gry powinienem był wybrać jakieś lotnisko i na jego przykładzie przybliżyć, jak działa ruch na nim i z jakimi problemami się spotyka, jakie dywizjony na nim stacjonują i w jakim są stanie. Powiedziałoby to więcej o grze.

POST SCRIPTUM

Oprócz gry RAF: The Battle of Britain, która problem zaopatrzenia zamieniła na kłopoty logistyczne, temat zaopatrywania wojsk jest elementem innych dobrych gier solo. D-Day at Omaha Beach, gra tego samego autora, z pozoru wyda się zasiadającemu do niej wojennikowi grą w zdobywanie bunkrów i umiejętne wykorzystywanie własnych wojsk przy minimalizowaniu strat. Zrozumienie tego nie daje jednak zwycięstwa w grze, ono tylko umożliwia ją do ostatniego etapu, po którym gracz przekonuje się, że właśnie przegrał. Istotne jest bowiem zabezpieczenie linii komunikacyjnej (na wzór linii zaopatrzeniowej), bo tylko dzięki niej można wejść desantowanymi żołnierzami głębiej w pozycje niemieckie i realizować właściwe cele desantu. Inne świetne gry solo – Silent War i Steel Wolves autorstwa Briena Millera – z pozoru przedstawiają walkę okrętów podwodnych ze statkami nawodnymi wrogich państw (odpowiednio Japonii i Anglii/aliantów). Właściwym ich tematem i problemem do pokonania przez grającego jest jednak rozciąganie linii zaopatrzeniowej do baz; linii, która będzie pozwalała okrętom podwodnym utrzymywać się daleko i długo na patrolu, bo tylko wtedy okręt może dawać jakieś “wyniki”. Pozostałe elementy tych gier – ataki na statki handlowe, wykrycie przez niszczyciele, walka – są dodatkami, podobnie jak w RAF-ie, rozstrzyganymi przez element losowy. Decyzje w tych grach solo polegają na zbudowaniu działającego systemu komunikacyjnego, zaopatrzeniowego czy logistycznego, zapewniającego maksymalne wykorzystanie dostępnych środków, żeby można było sobie dzięki nim porzucać kostkami i dopowiedzieć w wyobraźni całą resztę.

czwartek, 13 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 7 września 1940 (9)


Priorytet wysoki: lotniska
Średni: porty, zakłady przemysłowe
Niski: radary i miasta

8 rano to w tej partii ulubiona pora Niemców. Wykrywam 7 grup lecących na port Dover. Jestem w stanie odpowiedzieć 6 dywizjonami i robię to mając nadzieję, że tylko połowa niemieckich sił to myśliwce i że szanse na zwycięstwo są realne. I rzeczywiście, skład nalotu okazuje się następujący: 2 grupy myśliwców Bf-109 polujących na RAF, 1 grupa myśliwców pozostająca na kanałem, 2 kolejne grupy w bliskiej eskorcie bombowców: grup złożonych z Dornierów-17 i Heinkli-111. Te posłane 6 dywizjonów RAF-u nie zostawia Niemcom żadnych szans, najpierw rozbijam myśliwce, potem przechwytuję bombowce i w przeciągającej się walce powietrznej całe zgrupowanie zostaje pokonane, a każda z niemieckich grup przetrzebiona – poza tymi, którzy patrolowali kanał.

Niestety, w tym samym czasie odbywa się inny nalot w tym samym sektorze – na fabryki w Rochester. Niemców jest dużo – 4 grupy Bf-109, 3 grupy Bf-110 i 2 grupy He-111, a ja zaangażowałem większość do walki nad Dover, więc postanawiam przepuścić to zgrupowanie. Bombardowanie nie przynosi wielkich zniszczeń.
Dorniery 17, chyba ostrzeliwane
O tej samej porze Niemcy rozpoczęli też nalot na lotnisko Kenley, wykrycie mówi o 8 grupach. Waham się chwilę, ale posyłam na nie 4 dywizjony licząc, że wypadki potoczą się tak jak nad Dover. Problem w tym, że nie mam tam żadnych Spitfire`ów, a niemiecka osłona okazuje się silna: 4 grupy Bf-109 pilnujace 3 grup He-111 (+1 grupa myśliwców nad kanałem). Przegrywam, tracę sporo Hurricane`ów, a Kenley zostaje zbombardowane.

O 10 nalot na Hornchurch. Wykrycie podaje dokładne siły wroga: 2 grupy Bf-109, 3 grupy Ju-88 i dodatkowo po jednej grupie myśliwców w bliskiej eskorcie i nad kanałem. Przy wsparciu artylerii przeciwlotniczej moje Hurricane`y (tylko je mogę zaangażować że względu na to, ze Spitfire`y mam na lotnisku po walce nad Dover) rozbijają Niemców, ale nie w całości. Nieliczne Junkersy-88 dają radę zrzucić bomby na Hornchurch. Na szczęście żadna z nich nie pada na lotnisko.

Nastaje chwila oddechu. Mam czas na reorganizację sił, bo następny nalot wypadł na lotnisko w Debden dopiero o godzinie 14. Duży rajd – nic więcej nie wiem. Z uśmiechem na ustach posyłam 10 dywizjonów i mówię Szkopom “szach mat”. Sprawdzam, co tam leci, co szykują. Okazuje się, że to fałszywy alarm. Posłałem większość okolicznych sił RAF-u oczyszczając niebo w innych miejscach z osłony. Pora sprawdzić, kiedy i gdzie odbędzie się następny nalot, bo wygląda to bardzo niedobrze...
Hurricane`y
Szczęście początkującego. Dopiero o 18 i daleko na Portsmouth radar wykrywa 1 grupę. Tak Niemcy chcą zakończyć dzień. Posyłam 4 dywizjony dla pewności. Bf-110 ponoszą ciężkie straty zanim doleciały do wybrzeży... Ale to nie koniec dnia: jeszcze nalot na Hornchurch, mam dokładne dane: na moich będą polować 3 grupy Bf-109, a centrum stanowią 2 grupy Ju-88 osłaniane przez Bf-110. Po chwili namysłu podrywam z lotniska 3 dywizjony Spitfire`ów. Będzie równa walka, której planowałem już unikać, ale skoro mam te samoloty na lotnisku i mam choć czas, by je z niego podnieść, to tak robię. Niestety, okazuje się “na miejscu”, że wykrycie nie było dość dokładne i niemieckich myśliwców jest więcej. Przewaga Niemców doprowadza do poważnych strat RAF-u, co boli, bo dzień był niezły i kończyłem go w dobrym humorze. Co gorsza, Junkersy nadlatują nad lotnisko i zrzucają bomby wybuchowe. Na szczęście nie spadają one na lotnisko... Morda piszącego te słowa śmieje się, już zamierzam przejść do fazy kończącej dzień, kiedy to spostrzegam na “pożegnalnej” karcie bombardowań informację, że o tej samej porze, na to samo miejsce przeprowadzana jest od razu druga fala nalotu. Ech.. Kolejna ekipa Szkopów pastwi się nad lotniskiem, nie mam co im przeciwstawić. Tym razem bomby spadają tam gdzie mają spaść.

Tak wygląda hangar lotniska Middle Wallop po nalocie
Najzabawniejsze jest to, że lotnisko w Hornchurch pozostaje gotowe do użycia. Nie miałem jak dotąd nawet raz wyłączonego lotniska z gry. Nie wiem, na ile to jest wiarygodne i czy czasem nie ma tutaj w grze jakiegoś błędu. Argumenty, które trzeba wziąć pod uwagę, są nastepujące: widzę po zdjęciach, że były to lotniska polowe, więc rzeczywiście o wyłączeniu pasa startowego z użycia można mówić dopiero wtedy, gdyby się dokumentnie zaorało całe pole bombami. Z drugiej strony nie chodzi tylko o pas startowy, także o hangary, gdzie przeprowadzana jest naprawa maszyn, miejsca, gdzie przechowywane są zbiorniki z paliwem, amunicja itd. Gra pokazuje, że niemieckie siły bombowe nie miały możliwości, by przeprowadzić tak niszczące bombardowania, jakich od nich oczekiwano.
W czasie rozgrywki wygląda to więc tak, że niemiecki cel: lotnisko, o ile nie ma się na nim samolotów – a łatwo do tego doprowadzić – jest dobrą wiadomością dla grającego. Myślę, że mimo wszystko nie tak to powinno wyglądać. Szkody nie są wielkie. Jedyne, co może się zdarzyć, to wyłączenie lotniska z gry na cały dzień, ale nawet wówczas efekt byłby jedynie taki, że samoloty z tego lotniska mogą być angażowane do walki tylko we własnym sektorze, nie mogą wspierać innych. Nie jest to coś strasznego.

Punkty zwycięstwa: 7 dla Anglików
Rezerwy angielskie: Spitfire 21, Hurricane 23, piloci 2 (przy czym ciągle 3 dywizjony obsadzone świeżakami)
Rezerwy niemieckie: myśliwce 2, bombowce 19, punkty wyczerpania Luftwaffe: 2

W kąciku historycznym amatora z oślej ławki mogę dodać kilka słów na temat bombardowań lotnisk, bo data 7 września 1940 roku jest z tym częściowo powiązana. Od nalotu odwetowego na Berlin z 25 sierpnia upłynęło trochę czasu. Przed tym bombardowaniem w niemieckich komunikatach propagandowych – a i zapewne w przekonaniu wielu nazistowskich koryfeuszy – RAF był już na kolanach. To, że w ogóle dokonano tego bombardowania w tak trudnym dla angielskich sił lotniczych czasie, musiało wprawić niemieckie dowództwo w zakłopotanie; dało też pewnie do myślenia samym Berlińczykom. 4 września Hitler wygłosił mowę potępiającą ten nalot i ostrzegł, że Luftwaffe w odwecie również może zrzucać bomby na cywilów i niszczyć miasta. Jak dotąd Niemcy skupiali się głównie na lotniskach. Do końca sierpnia 1940 roku Biggin Hill było częściowo wyłączone, a w parę dni później nieczynne “do odwołania”, podobnie jak Eastchurch. Hornchurch i Debden były poważnie uszkodzone. Ciężka sytuacja była też na innych lotniskach. Był to w ogóle jeden z najtrudniejszych momentów RAF-u, zbliżającego się do punktu, w którym musiałby przenieść siły na lotniska w głąb kraju.
Centrum Londynu 7 września 1940

Pogróżki, że Luftwaffe, zamiast lotnisk, zacznie bombardować miasta, musiały być przyjęte z nadzieją przez Churchilla i sztab Fighter Command. W nadchodzących dniach Bomber Command urządza kolejny rajd na Berlin. W nocy miasto “odwiedza” 85 bombowców RAF-u. 7 września Niemcy w odpowiedzi zmieniają taktykę, dając RAF-owi czas na przywrócenie lotnisk do używalności. Płacą za to Londyńczycy. W ciągu dnia około 600 samolotów atakuje Londyn. W nocy przylatuje kolejne 300.

John Beard z 249 dywizjonu RAF-u, na widok niemieckich samolotów wyłaniających się z chmur i lecących w kilku warstwach i falami w stronę Londynu, powiedział, że “był to widok piękny i przerażający”.
Heinkel 111 nad Londynem 7 września 1940

niedziela, 9 kwietnia 2017

RAF: The Battle of Britain. 5 września 1940 (8)

Wysoki priorytet: lotniska
Średni: zakłady przemysłowe, porty
Niski: miasta, radary

Zastanawiałem się dzisiaj, co zrobić, by zacząć wygrywać, czyli eliminować Luftwaffe ponad możliwości jej odnawiania. Póki co wymiana ciosów jest bardzo równa i choć nie jestem już zagrożony porażką, to nie widzę też, bym sam zagrażał Niemcom. Jak tak dalej pójdzie, gra zakończy się remisem. Postanowiłem od tego dnia atakować wielką siłą wszystkie małe rajdy, a puszczać każdy, w ataku na który i tak nie zdołałbym uzyskać co najmniej dużej przewagi. Wymiana 1:1 i zakłócanie nalotów przestają mnie interesować. No chyba że byłby to nalot na radar – te zamierzam zawsze próbować zakłócać.

O 8 rano wykrywam nalot na lotnisko w Middle Wallop. 3 grupy Bf-109, 2 grupy He-111 dodatkowo wzmocnione 1 grupą Bf-109 w bliskiej eskorcie i kolejną grupą myśliwców osłaniających drogę powrotną nad kanałem. Idealna ekipa do przetestowania nowej taktyki. Wysyłam komitet powitalny – 3 dywizjony Hurricane`ów i 3 dywizjony Spitfire`ów, będzie wesoło. Rozbijam Messerschmitty, ale ponoszę duże straty. Pora na bombowce. Ten pojedynek jest trudniejszy, strąconych zostaje wiele maszyn. Nie podoba mi się to. Do lotniska dolatują niedobitki He-111 i zrzucają bomby, na szczęście niecelnie. Na Szkopów zawsze można liczyć.

Godzina 10 – nalot na Northolt, ponownie mam dokładne dane: 2 grupy Bf-109, 2 grupy Do-17 osłaniane przez 2 grupy Bf-110, a nad kanałem 1 grupa Bf-109. Znowu idealna ekipa do testu; nie zraziłem się sieczką nad Middle Wallop i próbuję jeszcze raz. Montuję eskadrę 4 dywizjonów Spitfire`ów i 3 Hurricane`ów i niech se Szkopy radzą. Pojedynek przynosi oczekiwane efekty – co prawda ciągle sporym kosztem, ale straty Niemców są o wiele wyższe. Nad Northolt dolatuje grupa Bf-110, która zdołała zbombardować hangary lotniska. Spływa to po mnie jak po kaczce, bo jeśli nie przyłapano żadnych samolotów na ziemi, to bombardowania lotnisk dają Niemcom niewiele.
Ekipa Szkopów lecąca na Biggin Hill
Godzina 12 – nalot na Biggin Hill. Podrywam samoloty, ale puszczam Niemców, bo jest ich za dużo (14 grup), a ja miałbym tylko 3 dywizjony. Nad puste lotnisko dolatuje 5 grup bombowców złożonych z Do-17, Ju-88 i He-111. Uszkodzenia są duże, ale obiekt pozostaje w użyciu...

Godzina 14 – wykrywam 6 grup lecących na lotnisko Debden. Zgodnie z nowoprzyjętą taktyką wysyłam na nie przeważające siły i rozbijam w całości. Ten rajd to chyba największa klęska Niemców w dotychczasowej grze (wszystkie jednostki niemieckie poniosły ciężkie straty).
Anglia w samo południe 5 września 1940
O 18 radary wykrywają kolejne 6 grup kierujące się na fabryki w Rochester. Waham się, bo nie jestem w stanie skompletować o tej porze odpowiednich sił, by zapewnić sobie dużą przewagę, ale po sukcesie nad Debden chcę jeszcze dokopać Szkopom. Puszczam na nich 4 dywizjony Spitfire`ów, ale jeden gubi w chmurach kierunek i ostatecznie wraca na lotnisko, więc czeka mnie walka 1:1 z Messerschmittami. Jest ciężko i niedobrze, tracę masę samolotów. Co prawda jeden dywizjon mógł dostać się do Bomb Boxu i zaatakować Dorniery, ale tam miałby kolejną grupę Bf-109 na plecach, więc odpuszczam. Niezawodni Niemcy bombardują kilka mniej ważnych obiektów i jakieś pastwiska wokół Rochester. Myślę o  zatrudnieniu Royal Mail do przesyłania do Berlina odznaczeń dla niemieckich lotników.

Koniec dnia. Nareszcie coś poszło do przodu, chociaż sam też nigdy nie miałem tak wysokich strat.

Punkty Zwycięstwa: 1 dla Niemców
Rezerwy Anglików: Spitfire 20, Hurricane 23, piloci 0 (po dzisiejszym dniu mam 3 zielone załogi)
Rezerwy Niemców: myśliwce 0, bombowce 17, punkty wyczerpania 2 (od 8 pojawia się pierwszy poziom wyczerpania zasobów w Luftwaffe).

Przy okazji: 5 września 1940 roku Roosevelt podpisał umowę, w ramach której USA zobowiązały się dostarczyć Anglii 50 przestarzałych niszczycieli (chyba jeszcze z czasów pierwszej wojny światowej) w zamian za 99-letnią dzierżawę bazy wojskowej w Nowej Funlandii oraz kolejnych na Karaibach (i okolicy): na Bahamach, Jamajce, Saint Lucia, Trynidadzie, na Antigua i w Brytyjskiej Gujanie. Dodatkowo Amerykanie otrzymali gratis jeszcze inne bazy w Nowej Funlandii oraz na Bermudach. Podpisując tę umowę USA wykraczały poza swoją neutralną pozycję, ale nie miało to konsekwencji. Oprócz korzyści, rzecz jasna. Pozbyto się przestarzałego złomu, który można było nazwać ładnie gwarantem bezpieczeństwa Anglii. Jeden z brytyjskich admirałów powiedział, że to najgorsze okręty, jakie kiedykolwiek widział. Umowa była tak niekorzystna, że któryś z asystentów Churchilla nazwał ją finlandyzacją Anglii.

Wiosna homilią


Wiosna zaskoczyła pana Tralalińskiego.

Wyszedł dzisiaj rano na spacer do parku i po raz kolejny zobaczył, jak drzewa jednego gatunku, tego samego dnia i o tej samej porze razem zakwitają, jakby w tajemniczej zmowie przed innymi i koordynujące swój spisek tymi samymi satelitami GPS. Te żyjące blisko siebie i szumiące sobie latem, i te położone daleko, w innych częściach miasta, czasem samotne; wszystkie na tę samą wiadomość, że to już czas, że nadeszła ich godzina, razem zakwitają.
Ptaki oszalały. Drzewa pełne są śpiewu, tralalewu. Zdjęcia pana Tralalińskiego są pokrywą zagłuszającą ich szaleństwo, tłumiącą to, co dzieje się pod tymi zdjęciami.

Niewidoczne na nich trele morele czasem zwiastuje coś nie tak wesołego, jak mogłoby się zdawać. Pan Tralaliński już z końcem zeszłego lata widział w parku niespotykaną liczbę gołębi. Dzisiaj upewnił się, że to gołębia inwazja na Park Kościuszki, Tralaliuszki, a może i wszystkie inne parki Śląska. Zła wiadomość dla wróbelków, tralabelków, a pewnie i wielu innych mniejszych i słabszych.

Spacerując alejkami pan Tralaliński dopiero na widok kościoła przypomniał sobie, że dziś niedziela. Tłum wiernych otaczał budynek kręgami, coraz szerszymi i luźniejszymi, jak na tafli jeziora. Nie słuchał od wielu lat kazania, czy nawet ogłoszeń parafialnych, więc postanowił odświeżyć sobie rytuał i usiadł na ławie.

“Dlatego powiadam wam: Nie martwcie się o swoje życie, o to, co macie jeść i pić, ani o swoje ciało, czym macie się przyodziać. Czyż życie nie znaczy więcej, niż pokarm, a ciało więcej, niż odzienie? Przypatrzcie się ptakom podniebnym: nie sieją ani żną, nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż one?

Kto z was martwiąc się może dołożyć choćby jedną chwilę do wieku swego życia? A o odzienie czemu się martwicie? Przypatrzcie się liliom polnym, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany, jak jedna z roślin. Jeśli więc zielę polne, które dziś jest, a jutro będzie do pieca wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, ludzie małej wiary?”

Pan Tralaliński zamyślił się nad tymi słowami. Święty Mateusz, Tralaleusz, to jeden z jego ulubionych pisarzy. Każde zdanie Ewangelii zostało wyrąbane jakby toporem i rezonuje w nim, choć atonalnie, bo drzewa nie lubią toporów, a pan Tralaliński przyjaźni się z drzewami.

Dawno już przyznał sobie samemu, że gdyby żył w czasach Chrystusa, zapewne byłby jednym z jego uczniów. Chętnie zostawiłby życie za sobą i poszedł za nim. Ale wśród nich byłby naczelnym sceptykiem i wątpliwe jest, czy Chrystus nie podarowałby mu wilczego biletu. Byłaby o tym wzmianka we wszystkich Ewangeliach. Można by czytać wtedy w Nowym Testamencie, jak to jeden z Apostołów, niejaki pan Tralaliński, zafascynowany może nawet bardziej talentem literackim celnika Mateusza, Tralaleusza, niż oratorskim Chrystusa, Tralalusa, został przez tego ostatniego wydalony z grupy. Podający się za syna Boga pewnie zostawiłby go gdzieś przy jeziorze i powiedział na odchodne: “nie chcę, panie Tralaliński, byś szedł za mną, nie uczynię cię rybakiem ludzi.”

Kiedy już zostałby sam, w głowie pana Tralalińskiego dudniłoby wyrąbane toporem: “Czyż wy nie jesteście ważniejsi niż ptaki?” Ale dlaczego miałby się uważać za ważniejszego niż ptaki lub rośliny? Na ławce przy kościele ta myśl wydała mu się wstrętna jak nigdy wcześniej. W ten wiosenny dzień, kiedy wszystko się zieleniło i śpiewało, radykalny antropocentryzm chrześcijaństwa, tralalaństwa, wydał mu się żałosny.  W śpiewie dochodzącym z drzew i w rześkości wiatru uznał je za aberrację. Na szczęście wiosna jest na to wszystko obojętna i nie współpracuje z kapłanami i poetami. Równo obdarowuje sobą każdego, nie rozróżniając, czy to zwierzę, czy roślina. “Nie”, powiedział pan Tralaliński w stronę Mesjasza, Tralalasza. Wstał z ławy, odwrócił się i poszedł do drzew. Widziałem, jak słucha tam ptaszków, tralalaszków.